Parę lat temu przestałem zaliczać się do młodzieży stając się pełnoprawnym obywatelem upoważnionym do używania zwrotu „za moich czasów”. I, sam nie wiem od kiedy i jak to się stało, używam. Coraz częściej i z coraz większą goryczą w głosie. I czuję się całkowicie uprawniony do używania tego zwrotu. Jako „stracone pokolenie” przemiany ustrojowej mogę z całą mocą powiedzieć, że za moich czasów inaczej bywało. Normalniej. Wielki polityczny absurd jakim był okrągły stół i późniejsze „prawie wolne” czerwcowe wybory nie zdołały jeszcze oderwać narodu od rzeczywistości, nie wytrzebiły normalnego, zdrowego myślenia. To nastąpiło później. Postępujący zanik zdrowego rozsądku, uleczalny jedynie operacyjnie, dopiero dziś możemy obserwować w pełnej krasie objawów wraz z lekarzami stojącymi nad trupem kastrata, którzy zastanawiają się co mu jeszcze wyciąć...
Za moich czasów wyznacznikiem działania była jakaś idea. Jakakolwiek, czasem idei było nawet więcej niż ludzi je wyznających. Ale były. Dziś ich nie ma. Dziś jedyną ideą wyznawaną na prawicy, lewicy i w centrum jest szmal. Forsa. Pieniądz. Nic innego się nie liczy. No, może jeszcze zabawa, szalona i na całego. Bez ograniczeń. Jak w piosence Maryli Rodowicz – kasa i seks to coś co nas podnieca. Prorocze słowa. Ojczyzna, naród, przyszłość – to już się nie liczy. Młode pokolenie zaprzeda duszę każdemu, kto im pozwoli dać upust podnietom. Stracone pokolenie to nie ja, to współczesna młodzież. Już nie bananowa, nie bikiniarska, nie hippie, punk, czy disco. Młodzież oszalała na punkcie... no właśnie, na punkcie czego? Sam nie wiem. Za moich czasów szaleństwo miało sens. Dziś nie ma, jest sensem samo w sobie. Szaleństwo bez konsekwencji, bez barier. Bez przyszłości...



Komentarze
Pokaż komentarze