"Żałuję, ubolewam i przepraszam za różne dotkliwe konsekwencje stanu wojennego. Był on ostatecznością, stał się koniecznością. Był mniejszym złem, ale zło nawet mniejsze jest również złem. Wiele spraw – które zaistniały w wirze burzliwych wydarzeń i towarzyszących im emocji – oceniam z żalem i smutkiem. Dotyczy to m.in. skali i formy internowań, weryfikacji i zwolnień z pracy. Również – nieuzasadnionych sytuacyjną koniecznością – różnych uciążliwości i represji. Wreszcie wszelkich niegodziwości – o niektórych dowiaduję się po latach". - Te słowa są cytatem z najnowszej książki gen. Wojciecha Jaruzelskiego „Starsi o 30 lat”. Nie jest to jednak auto da fe, jakiego należałoby oczekiwać po zbrodniarzu stojącym już prawie nad grobem, ale raczej próba zrzucenia win na wszystkich wokół – współpracowników, przeciwników, wrogów, sojuszników a nade wszystko narzeka na niezrozumienie sytuacji, w jakiej znalazły się polskie władze w grudniu 81 roku przez współczesnych historyków. Nie dziwi nic, każdy z nas przecież czasem umniejsza swoje winy starając się wybielić w oczach tych, wobec których zawinił.
Nie byłoby w tym wszystkim niczego wartego opisania i zawracania ludziom głowy gdyby nie drobny fakt: generał na kartach swojej książki twierdzi, że stan wojenny był„oczekiwanym i popieranym przez znaczną część społeczeństwa rozwiązaniem”. Dziś oczywiście wiemy kim byli przedstawiciele tej znacznej części społeczeństwa – przerażonymi aparatczykami, którym władza zaczęła się wymykać z rąk patrzącymi z otwartymi ze zdziwienia gębami na naród zrzucający kajdany. Zadziałał ten sam mechanizm jaki moglibyśmy zaobserwować u klawisza podczas buntu więźniów – najpierw strach o własny zadek, potem ulga i wdzięczność dla interweniujących antyterrorystów czy sił prewencji. Tę kwestię generał jednak pomija milczeniem, kreując się niemal na „zbawcę narodu”, który bez jego „złej, ale jedynej możliwej” decyzji niechybnie by zginął.
Cała ta generalska pisanina sprawiła na mnie podobne wrażenie, jak pamiętniki hitlerowskich zbrodniarzy, którzy przedstawiali się jako niemieccy patrioci poświęcający swoje życie w służbie dla ojczyzny i ukochanego wodza. Nie wszystko co robili było dobre, oczywiście, ale była wojna, ale było to nieuniknione, a tak w ogóle to nie ich wina tylko dramatyczna sytuacja wymagała dramatycznych decyzji. Żałosne tłumaczenia żałosnych ludzi. A panu generałowi z całego serca radzę: jeżeli nie chce być postrzegany przez przyszłe pokolenia w takim samym świetle jak Hans Frank czy Adolf Eichmann musi stanąć w prawdzie, spojrzeć wstecz i odpowiedzieć na jedno pytanie – czy naprawdę wojna wypowiedziana własnemu narodowi była jedyną możliwością? Czy też może raczej strach nie pozwolił mu stanąć po tej samej stronie co górnicy z Wujka i gdańscy stoczniowcy?




Komentarze
Pokaż komentarze (8)