„Wszystko jest względne” orzekł kiedyś Albert Einstein wywołując tymi słowy rewolucję w fizyce. Taki sam tytuł nadał zbiorowi opowiadań Stephen King. A za nimi poszedł Donald Tusk, nie wiedzieć czy bardziej zapatrzony w fizycznego geniusza czy mistrza grozy, choć obserwując jego poczynania na politycznej scenie skłonny jestem raczej do wskazania bramki numer dwa. „Jestem odpowiedzialny za to, żeby w Polsce użytkownicy internetu czuli się względnie bezpiecznie i względnie swobodnie” – powiedział premier tygodnikowi „Wprost”. I stała się jasność. Względna swoboda i względne bezpieczeństwo to żadna swoboda i bezpieczeństwo. Względnie bezpieczny jestem również idąc środkiem autostrady po trawiastym pasie albo pomiędzy mijającymi się ekspresowymi pociągami. Tak samo czułbym się stojąc na skraju przepaści, chyba, że za mną stałby pan premier, który mógłby w przypływie dobrego humoru uznać, że bezpieczniejszy będę na dole. Problem w tym, że ja surfując po sieci chciałbym się czuć całkowicie bezpieczny i mieć pewność, że żaden urzędas nie śledzi moich poczynań. Niestety, tego mi pan premier zagwarantować nie chce.
Władza lubi kiedy podwładny się boi, jest wtedy bardziej uległy i można mu wmówić wszystko dając pozór bezpieczeństwa i troski o jego interesy. Tyle, że ja za taką troskę bardzo dziękuję, sam umiem o siebie zadbać. Nie potrzebuję setek urzędników śledzących każdy mój ruch, na nic mi państwowy moloch przykuwający mnie łańcuchem do ściany bym nie zrobił sobie krzywdy. Nie życzę sobie by jakiś samozwańczy opiekun narodu zamykał mnie w pokoju bez klamek, ze ścianami obitymi miękką wykładziną i kontrolował w regularnych odstępach czasu moje poczynania. Nie odpowiada mi kraj zamieniony w gigantyczny szpital dla nerwowo i psychicznie chorych. Zwłaszcza taki, który staje w płomieniach a przywiązani do łóżek (dla ich bezpieczeństwa oczywiście) pacjenci patrzą bezsilnie na płomienie. To nie powieść mistrza Stephena Kinga a deliryjna wizja Stefana Króla, szefa wiejskich pijaczków. Bardzo dziękuję, ale ja wysiadam. A pan premier w wolnej chwili pomiędzy szusowaniem w Dolomitach a harataniem w gałę niech poczyta innego mistrza horroru, Grahama Mastertona, a konkretnie jego powieść p.t. „Czarny anioł” znaną również pod angielskim tytułem „Master of lies”...



Komentarze
Pokaż komentarze