AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt
419
BLOG

Kontrakt okrągłostołowy

AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 4

 

4 czerwca 1989 roku Polacy odetchnęli z ulgą - właśnie tego dnia miał skończyć się w Polsce komunizm. Oficjalnie fakt ten ogłosiła znacznie później – bo dopiero w październiku tego samego roku – Joanna Szczepkowska, która miękkim głosem dziewczyny z sekstelefonu powiedziała w „Dzienniku Telewizyjnym”:

 

Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.”

 

Euforia wybuchła jednak znacznie wcześniej, bo już po zakończeniu obrad „Okrągłego Stołu” i podczas przygotowań do pierwszych (prawie) wolnych wyborów. To było jak haust świeżego, wiejskiego powietrza po całych tygodniach przebywania w wielkomiejskim smogu. Nikt się w takiej sytuacji nie przejmuje drobnymi problemami: podmokłą, błotnistą drogą, w której trzeba brodzić po kostki, wychodkiem na podwórzu czy wrzaskiem ptaków wyrywającym ze snu o piątej nad ranem. Później miało się okazać, że euforia była na wyrost a smród jaki był taki pozostał - zamaskowany tylko silnie tandetnymi perfumami. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

 

Przygotowania do wyborów ruszyły pełną parą.

 

Przy Lechu Wałęsie już oficjalnie ukonstytuował się Komitet Obywatelski, którego celem było wprowadzenie do Sejmu 161 posłów – czyli zajęcie wszystkich miejsc jakie otrzymała opozycja – i wygranie wyborów do Senatu. W skład Komitetu weszli wyłącznie współpracownicy Wałęsy z lat 80 – 81 i przywódcy „Solidarności”, do jego prac nie zostali dopuszczeni przedstawiciele opozycji niepodległościowej: Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Walczącej, Polskiej Partii Niepodległościowej i innych. Dokonał się ustalony w Magdalence i przypieczętowany przy „Okrągłym Stole” podział władzy i wpływów pomiędzy starą nomenklaturę i nową, wyrosłą z uległych opozycjonistów, którzy w odpowiednim momencie zrobili woltę by zdobyć wpływy. Ciekawie wygląda fakt, że wyborcom nie dano praktycznie żadnej możliwości wyboru – wystawiono tylko po jednym kandydacie na każde możliwe do zdobycia miejsce, 161 do Sejmu i 100 do Senatu. Mówiąc wprost: można było głosować albo na kandydatów wskazanych palcem przez Lecha Wałęsę, albo na komunistów. Trzecia możliwość nie istniała.

 

Najpierw wszyscy kandydaci zrobili sobie po fotce z Wałęsą, który wyrósł na niekwestionowanego (jeszcze wtenczas) bohatera narodowego. Między nimi byli starający się o miejsca w Senacie: późniejszy prezydent, Lech Kaczyński i jego brat, Jarosław, wtedy jeszcze wierni pretorianie przywódcy Solidarności. Sesję zdjęciową zorganizowano pod koniec kwietnia w słynnej sali BHP na terenie Stoczni Gdańskiej, tej samej, w której podpisano w 1980 roku porozumienia sierpniowe, jej reżyserem był Andrzej Wajda. Pojawili się prawie wszyscy kandydaci, jedynym wyjątkiem był Piotr Baumgart (współzałożyciel NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych), który w efekcie jako jedyny z wystawionych przez Komitet Obywatelski kandydatów przegrał wybory. Byli tam ludzie, których dzisiaj nikt już raczej nie kojarzy jako politycznych sojuszników: Barbara Labuda, Adam Michnik, bracia Kaczyńscy, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Krzysztof Putra... W kuluarach brylował Michnik, chętnie z każdym rozmawiał, analizował sytuację polityczną, wiódł prognozy. „Jakiej Polski chcemy? Kraju o tradycji chrześcijańskiej, tolerancyjnego i demokratycznego. W Sejmie będziemy współpracować ze wszystkimi siłami albo i nie, jeśli tak zdecydują wyborcy” - powiedział wtedy. Ile z tych słów zostało niech każdy sam oceni.

 

Potem zdjęcia te wydrukowano na plakatach, częściowo drukowane poza oficjalnymi drukarniami ze strachu (czy też z ostrożności raczej) przed ciągle działającą wtenczas cenzurą. Na potrzeby kampanii wyborczej reaktywowano „Tygodnik Solidarność”, którego redaktorem naczelnym został późniejszy pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki i założono całkowicie nowy dziennik, „Gazetę Wyborczą”, której pierwszy numer ukazał się 8 maja 89-ego roku, pod wodzą Adama Michnika. Kampania wyborcza była siermiężna. Cotygodniowa, godzinna audycja w radio, telewizyjne „Studio Solidarność”, kilka spotów ważniejszych kandydatów (w tym braci Kaczyńskich), plakaty... i ogromne pokłady nadziei, że wreszcie w kraju nastąpi normalność. Tę nadzieję i radość wyczuwało się wszędzie, na ulicach, w parkach, w domach, w zakładach pracy. Polacy, jak napisałem na wstępie, zachłysnęli się wolnością. Otrzeźwienie miało przyjść znacznie później, a na niektórych nie przyszło po dziś dzień.

 

Wielki dzień nastąpił w niedzielę, czwartego czerwca.

 

Pierwsza tura wyborów. Frekwencja była, jeżeli ją porównać do tych z jakimi mamy do czynienia obecnie, oszałamiająca – 62 % uprawnionych ruszyło do urn wyborczych. Kandydaci Solidarności zdobyli 160 miejsc w sejmie i 92 w senacie. Żaden kandydat reżimowy nie przekroczył progu, który wynosił pięćdziesiąt procent. Rozstrzygnięcie miała przynieść druga tura wyborów. Problem w tym, że ubiegający się o miejsca z list PZPR i jej satelitów nie mieli żadnych szans na zwycięstwo, a co za tym idzie nie było możliwości zrealizowania kontraktu zawartego przy Okrągłym Stole. Żeby do tego nie dopuścić – choć oficjalnie tłumaczono, że chodziło o wyeliminowanie sytuacji, w której kraj pozostałby bez władzy ustawodawczej – zmieniono ordynację wyborczą. Progi wyborcze w drugiej turze przestały obowiązywać a mandat otrzymał kandydat, który uzyska największą liczbę głosów. Uczyniono to wbrew prawu, które wyraźnie mówi, że w trakcie trwania wyborów ordynacji zmieniać nie wolno, ale tzw. „wyższe cele” były ważniejsze. Aż chce się zapytać, co to za państwo prawa, które już u swojego zarania posłużyło się jego naciąganiem, czy też mówiąc wprost, pogwałceniem, ale zostawmy. Niech nad tym dylematem głowią się moraliści, prawnicy i historycy idei.

 

Druga tura, po wspomnianych manipulacjach przy ordynacji wyborczej, wyłoniła wreszcie pierwszy niekomunistyczny Sejm. Albo raczej można by powiedzieć nie całkiem komunistyczny, bo jednak większość posłów stanowili członkowie dawnej nomenklatury. Całkowite zwycięstwo odniosła Solidarność w wyborach do Senatu, w których zdobyła 99 mandatów. Jedyny jej kandydat, który nie został wybrany – Piotr Baumgart – przegrał z (słynnym dziś skądinąd) Henrykiem Stokłosą. Można było odtrąbić sukces.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura