Dnia 21 maja 1939 roku chorzowscy kibice nie zapomną nigdy, legendę związaną z tą datą miłośnicy „Niebieskich” będą sobie przekazywać z pokolenia na pokolenie niczym opowieści o bohaterskich wyczynach przodków. Tego dnia Ernest Wilimowski ustanowił niepobity po dziś dzień rekord polskiej ligi: w meczu pomiędzy Ruchem Chorzów a Union Touring Łódź (klub już nieistniejący) zdobył dziesięć bramek. W rezultacie chorzowska drużyna zwyciężyła 12 : 1. Dzisiejsze, głośno komentowane hattrick'i to przy tym – mówiąc młodzieżowo – mały pikuś.
Wilimowski przyszedł na świat w typowej dla pogranicza rodzinie polsko – niemieckiej jako Ernest Otto Pradella 26 czerwca 1916 roku. Jego ojciec był żołnierzem cesarskim, walczył w pruskiej armii i zginął na froncie I wojny. Jego matka ponownie wyszła za mąż, nazwisko Wilimowski przyjął adoptowany przez ojczyma. Nie czuł się ani Polakiem ani Niemcem, uważał się za Górnoślązaka, mówił po niemiecku i śląską gwarą. Kiedy Górny Śląsk wraz z jego rodzinnymi Katowicami został w 1922 roku (na mocy plebiscytu) przyłączony do Polski został po prostu obywatelem II RP.
Karierę piłkarską Ernest Wilimowski rozpoczął w niemieckim klubie FC Kattowitz. Kiedy ukończył siedemnaście lat przeszedł do Ruchu Wielkie Hajduki, z którym zdobył (znacznie się do tego przyczyniając) cztery tytuły Mistrza Polski. Był najmłodszym graczem polskiej kadry narodowej, swój pierwszy mecz w jej barwach zagrał mając niespełna osiemnaście lat. Jako reprezentant naszego kraju wyróżniał się niezwykłą wręcz skutecznością: w 22 meczach zdobył 21 bramek. Do historii przeszedł debiut Polaków w finałach Mistrzostw Świata w 1938 roku w Strasburgu, gdzie w meczu z Brazylią (przegranym 5 : 6) Wilimowski zdobył cztery gole.
Po wkroczeniu Niemców Wilimowski podpisał Volkslistę i grał w niemieckich klubach i niemieckiej reprezentacji nadal wykazując się ogromną skutecznością: wraz z klubem TSV Monachium zdobył puchar Niemiec. Po wojnie został uznany za zdrajcę i wymazany z annałów polskiej piłki, moim zdaniem niesłusznie. Można powiedzieć, że Ernest Wilimowski – jak wielu Ślązaków – był postacią tragiczną, niczym z antycznej tragedii. Jakiegokolwiek wyboru by dokonał i tak byłby to wybór zły. Nigdy nie czuł się Niemcem podobnie jak nie uważał się za Polaka, dostosowywał się po prostu do sytuacji i wybierał najlepszą dla siebie opcję. Można, oczywiście, zarzucać mu koniunkturalizm i „śliskość”, jednak czy to umniejsza jego sportowy talent? No i czy mniejsza byłaby radość kibiców „Niebieskich”, którzy na ul. Cichej obserwowali jego popis w pamiętnym meczu z Łodzianami?
Ernest Wilimowski nigdy już nie wrócił na Śląsk. Do 1959 roku grał w niemieckich klubach po czym zakończył swoją karierę i został urzędnikiem. Nie przyjął posady oferowanej mu przez niemiecki związek piłkarski. Zmarł w roku 1997, niemal w Polsce zapomniany. Niemal, bo wśród miłośników chorzowskiego „Ruchu” jego legenda jest wciąż żywa.




Komentarze
Pokaż komentarze (8)