Polska pod rządami Donalda Tuska się zwija. Premiera przygniata trudna sytuacja w finansach publicznych i być może dlatego w swoim przemówieniu w Parlamencie Europejskim tak starał się przypodobać głównym sternikom Unii bowiem już przewiduje problemy na miarę Grecji. Nawet jeśli nie będą one aż takich rozmiarów, to co najmniej skutkujące przymusowymi cięciami tam, gdzie Tusk tych cięć boi się robić.
Kiedy Donald Tusk niefrasobliwie pozwolił administracji państwowej rozrosnąć się do bizantyjskich rozmiarów, nie wiedział jeszcze, że jego główny mag od ekonomii (ja się nie ośmielę nazwać ministra Rostowskiego, ekspertem od finansów) ma dla niego hiobowie wiadomości odnośnie zadłużenia kraju, które co tu dużo mówić pobiło wszelkie rekordy i jest najwyższe w historii III RP.
Premier przemyślawszy sprawę postanowił oszczędzać. Subwencje dla partii udało się zredukować tylko o połowę gdyż niechętne pomysłowi całkowitego odcięcia partii od budżetowego finansowania było PSL. Później Tuskowi zaświtała myśl, że kadrę urzędniczą trzeba jednak odchudzić. O dziwo na drodze stanął mu prezydent, który chyba jeszcze mniej orientuje się w sprawach finansów państwa niż premier.
Jak znam życie urzędników z ich stołków przepędzić się nie da, innymi słowy Donald Tusk w ponownym rozdaniu premierem to sytuacja grożąca bankructwem kraju.
Czy da się temu zaradzić? Jest parę pomysłów które mogłyby uratować finanse państwa jednak nie łudzę się że stać będzie na takie kroki jakąkolwiek z partii zasiadających w parlamencie.
Po pierwsze trzeba obniżyć VAT w celu nakręcenia koniunktury gospodarczej (całkowicie znieść go nie możemy gdyż to sprzeczne z prawem UE). VAT na żywność może pozostać na tym samym poziomie co jest, chodzi głównie o najwyższą stawkę bo to ona przypisana jest większości towarów bez których konsument może się obejść całkowicie. I ta stawka powinna zostać zredukowana do 15%.
Po drugie należy dokonać drastycznych cięć w administracji. Nawet biorąc pod uwagę wszelakie unijne normy liczbę urzędników można zredukować co najmniej o 30%.
Po trzecie należy całkowicie przestać wypłacać zasiłki osobom bezrobotnym zdolnym do pracy, samotnym matkom (dziecko utrzymywać powinien ten kto je spłodził), inne świadczenia zapomogowe ludziom nie wytwarzającym PKB.
Po czwarte należy już teraz zmienić prawo pracy, podwyższyć wiek emerytalny, a także zmienić zasady odnośnie przechodzenia na emeryturę (składki dobrowolne, w okresie przejściowym finansowanie emerytur z budżetu państwa, wszak dzisiejszym emerytom trzeba zgodnie z umową wypłacić świadczenia).
Po piąte musi nastąpić szeroko zakrojona prywatyzacja (przede wszystkim mediów publicznych, kopalń, jeśli uda się to także PKP, jeśli nie kolej pójdzie do likwidacji jako nieopłacalna). Pieniądze z prywatyzacji w całości mają zostać przeznaczone na świadczenia emerytalne dla obecnym emerytów.
Po szóste znaczne obniżki czynszów od lokali miejskich co pozwoli na rozwijanie się drobnej przedsiębiorczości w miastach.
Po siódme ułatwienia dla przedsiębiorców po to by nakręcić zwłaszcza drobny i średni biznes, można tutaj na przykład wprowadzić półroczny okres całkowitego zwolnienia od podatku wszak przedsiębiorca najpierw musi zarobić ponosząc ryzyko rynkowe by móc zapłacić podatek. To zachęci wiele osób bez znacznego kapitału. Oczywiście sytuacja optymalna to taka, kiedy przedsiębiorca w ogóle nie płaci podatku od działalności gospodarczej tylko podatek pogłówny, podobnie jak i pracobiorca ale to są rozwiązania na dalsze lata po stopniowej liberalizacji która pozwoli gładko przejść od socjalizmu do normalności.
Jest to kilka punktów do przeprowadzenia od zaraz. Chodzi przede wszystkim o to, by budżet był wydolny a nie o to żeby było w nim jak najwięcej pieniędzy, a i tak ciągle brakowało. Mniej podatków, mniej wydatków państwa i zgodnie z logiką Laffera wszystko będzie w stanie się dopiąć bez potrzeby uchwalania budżetu z deficytem. Panie premierze. Do roboty!


Komentarze
Pokaż komentarze (47)