Wczoraj w Polsat News miała miejsce debata z czterema przedstawicielami PiSu. Co się uśmiałem to się uśmiałem, choć może nie jest to wcale takie śmieszne skoro partia Kaczyńskiego pretenduje do bycia u władzy po październikowych wyborach.
Co prawda żadna z czterech pisowskich osobliwości nie pobiła w wygadywaniu farmazonów Waldemara Pawlaka, którego wypowiedź koniecznie muszę tu przywołać. Otóż wicepremier stwierdził, że PO głosi hasła rynkowe, a PSL społeczne więc tym się te partie różnią. Dobra, bez komentarza.
Bolesław Piecha popisał się ciekawym łamańcem retorycznym godnym mistrzów żonglerki słowami i zaprezentował tak kuriozalny wywód, że o mało z krzesła nie spadłem. Zdaniem tego pisowskiego neofity, szpitale nie mają być państwowe a... publiczne. Szpitale publiczne od szpitali państwowych różni to, że szpitale publiczne należą do społeczeństwa, które wybiera demokratycznie władzę i ta władza nad nimi ma nadzór... zaraz, zaraz, czyli de facto zarządza nimi państwo w ramach samorządu. Ale w żadnym razie nie żaden dyktator satrapa. Bolesław Piecha chyba nie zauważył, że od przeszło 20 lat władzę wybiera się w Polsce na drodze demokratycznej (jakkolwiek by ta demokracja nie wyglądała).
Prawo i Sprawiedliwość nie chce prywatnych czy nawet skomercjalizowanych szpitali bo te działają na zasadzie zysku. Dziwny wywód skoro każdy szpital działa na zasadzie zysku, bo zyskują lekarze i pielęgniarki. Różnica w tym jest taka, że na prywatny szpital płaci się z pominięciem tzw służby zdrowia, a na państwowy przez ową służbę zdrowia. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że PiS nie chce centralnego rozporządzania pieniędzmi przez służbę zdrowia tylko stawia na samorządy. Istota problemu jest jednak ta sama, szpitale mają być państwowe i już...nawet jeśli tym państwem ma być jakieś ICH państwo ponoć lepsze.
Następnie trochę śmiechu miałem słysząc co wygadywano o gospodarce. Może trochę szkoda że Zbigniew Kuźmiuk, nawrócony na PiS Ludowiec nie dał dojść do głosu Beacie Szydło, tylko co chwilę jej przerywając wygadywał populistyczne dyrdymały na żenującym poziomie. Argumentem za podatkiem progresywnym którego tak zaciekle pisowcy bronią ma być to, że taki podatek jest w całym cywilizowanym świecie. Jakoś niespecjalnie ten cywilizowany świat jest obecnie godny naśladowania. Co chwila kryzysy, dodruki pieniędzy, ratowanie strefy Euro. I to święte przekonanie, że taki podatek jest sprawiedliwy choć to jawna bzdura. Dziwne, że PiS nie zdaje sobie sprawy z tego iż 32% stawkę płaci zaledwie 1% najlepiej zarabiających więc jest to jedynie psychologiczne określenie progu w ramach populistycznej walki o mniej zamożny elektorat.
Na koniec debaty pisowcy chórem pochwalili kościół, wynosząc pod niebiosa jego zbawcze dla kraju właściwości co dodatkowo sprawiło mi ból przepony. Panowie (i pani) dość już tego kabaretu bo godzina w zupełności wystarczy. Ja oczywiście rozumiem, że znajdą się tacy co pochwalą PiS za dobre przygotowanie do debaty. Fakt, nie było wyzywania Tuska od zdrajców narodu, opowiadania głupot o katastrofie smoleńskiej i innych agresywnych wycieczek ale i skład był tak dobrany, żeby nie zaszkodzić PiSowi w ostatecznej batalii o władzę. O władzę której i tak nie zdobędą więc śmiało, obiecujcie dalej... co tam było, bony dla mniej zamożnych? Już chyba tylko z litości prowadzący nie zapytali skąd na to PiS weźmie pieniądze.


Komentarze
Pokaż komentarze (213)