0 obserwujących
7 notek
2221 odsłon
164 odsłony

TransTotartgresje – słowo o gdańskiej alchemii, cz. 2

betacool
betacool
Wykop Skomentuj2

makulektura nr 55

Maria Janion: Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencjach ludzi i duchów, Wydawnictwo PEN, Warszawa 1991

Gdy zdawałem egzaminy na studia mieszkałem w Domu Studenckim nr 4 przy ul. Polanki. Budynek był o tyle specyficzny, że w jego piwnicach mieścił się studencki klub „Wysepka”, który rozbrzmiewał w owym czasie donośnymi dźwiękami „Pieśni o bohaterze” niemiłosiernie dopieszczanej przez Dzieci Kapitana Klossa.

Po zdanych egzaminach wylądowałem w Nowym Porcie w Ośrodku Kształcenia Cudzoziemców. Jak sama nazwa wskazuje, mieszkali tam gromadnie cudzoziemcy przygotowujący się do studiów na gdańskich uczelniach. Było dużo młodych ludzi z Wietnamu i Korei Północnej, którzy w cieplejsze dni w przerwach zajęć wylegali na duże asfaltowe boiska i grali w siatkówkę lub piłkę nożną. Grali w lakierkach, w jednakowych garniturkach i jednakowych krawatach. Na obrzeżach boisk przyglądali się temu śniadzi ludzie w „arafatkach” – chyba Palestyńczycy. Cała ta cudzoziemska brać mieszkała w sąsiednich budynkach, chyba po to, by się z nami za bardzo nie bratać.

Od drugiego roku studiów mieszkałem już w DS4 przy ulicy Polanki. Pierwsze co odnotowałem, to fakt, że zmienił się muzyczny repertuar. W weekendy budziło nas darcie Bielizny, której wyraźniejsze skrawki układały się w historię prywatnego życia kasjerki PKP. Chyba w 1988 studiów gruchnęła wieść, że przy ulicy Polanki będzie mieszkał Lech Wałęsa, a my z ciekawością spozieraliśmy z okien w kierunku dużej i pustej i szybko ogrodzonej połaci ziemi. Mniej więcej w tym samym czasie po okolicy zaczęli się kręcić studenci w „arafatkach”. Nie byli już jednak śniadzi. Biel ich twarzy kontrastowała zazwyczaj z czernią powyciąganych swetrów. To byli ludzie z organizacji Wolność i Pokój, która w nieco później obrodziła wysypem ważnych postaci ze świata służb, a nawet dyplomacji. Pamiętam także Koreańczyka, który lubił odwiedzać mieszkające po sąsiedzku koleżanki. Raz przyszedł do nich wyraźnie rozdygotany i opowiadał o koledze, który próbował zwiać z Polski na Zachód. Opowiadał, że skończył w bagażniku samochodu na dyplomatycznych rejestracjach i został relegowany do ojczyzny. To był już chyba rok 1989 i on czuł, że gdański turnus skończy się dla wszystkich Koreańczyków bardzo gwałtownie. Któregoś dnia zniknęli wszyscy, ale dokładnej daty tego zdarzenia chyba nikt nie pamięta.

Jednak nie o akademickich przyległościach ma to być tekst, ale o „Humanie”, czyli Wydziale Filologiczno-Historycznym.

Ryszard Tymon Tymański powiedział kiedyś o tej szkole tak:

„UG był słabą szkołą, jedynym potencjałem był potencjał ludzki i wyraźnie odznaczające się, osobne koterie w postaci socjety pani Janion oraz kompanii obiecujących świrów, z Sajnogiem i Konjem na czele”.

Nigdy nie zadałem sobie trudu, by przez wszystkie lata w czymkolwiek się z Ryszardem Tymonem Tymańskim zgadzać lub nie zgadzać, ale widocznie kiedyś musi być ten pierwszy raz. UG miał ponoć pierwotnie nosić nazwę Uniwersytetu Bałtyckiego, jednak skrót takowej nazwy budził niepożądane skojarzenia i ostatecznie z UB zrezygnowano. Gdyby była to szkoła tak słaba jak uważa Ryszard Tymon Tymański to uważam, że „kompania obiecujących świrów” skończyła by ją korzystając z samych przebłysków błyskotliwości i bycia obiecującym. Z tego co wiem, szkoła aż tak z poziomem nie zeszła i większość członków „obiecującej kompanii świrów” studiów nie pokończyła, argumentując to głoszeniem prawdy, że kończenie słabych szkół jest do niczego obiecującym świrom niepotrzebne. Trudno w tym miejscu również nie zaznaczyć, że jak pewnie pamiętamy, prezydent Kwaśniewski bardzo tę szkołę chciał skończyć, ale ostatecznie mu nie wyszło, co w pewnym stopniu utwierdza mnie w przekonaniu, że poziom „potencjału ludzkiego” uczelnia była w stanie ocenić całkiem należycie.

Warto przyjrzeć się także drugiej objawionej przez Ryszarda Tymona Terleckiego prawdzie, którą można by zawrzeć w twierdzeniu, że dualizm wyznaczony przez „Transgresistów” i „Totartowców” był na Humanie bardzo odczuwalny.

Zacznijmy od tych drugich. Liderem Totartu był bez dwóch zdań Zbigniew Sajnóg. Nasze drogi skrzyżowały się w wymiarze realnym tylko raz. Było to podczas przedstawienia Totartu, które na dobrą sprawę mógłbym dziś określić „performą fantazmatyczną”. Skąd takie określenie? Ano dlatego, że opisu tego wydarzenia na próżno szukam we wszelkich (dość licznych dodam) opisach przedsięwzięć tej grupy, a przecież pamiętam, że byłem jego naocznym świadkiem. To co jednak istnieje w świadomości indywidualnej nie koniecznie musi zaistnieć w świadomości zbiorowej i wtedy (co już wiemy z książki profesor Janion) mamy do czynienia z istnieniem w nieistnieniu, albo niebytem w bycie, czyli z fantazmatem.

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura