92 obserwujących
465 notek
619k odsłon
1403 odsłony

Druga dekada XX wieku oczami mojego Ojca

Wykop Skomentuj7

poprzedni rozdział

6. Przygotowywanie się do egzaminu

Siedząc na wsi nie zaniedbywałem się jednak całkowicie. Myśl, że może jeszcze kiedyś będę się mógł uczyć, stale mnie nurtowała. Ojciec prenumerował wtedy „Gazetę Świąteczną” tygodnik założony i redagowany przez Kazimierza Pruszyńskiego - „Promyka”. Przeznaczony dla wsi i pisany bardzo popularnie. Litery sz, cz, rz łączono w jedno, żeby ludzie mogli łatwiej czytać. Używano wyrażeń zrozumiałych dla czytelników np. „buchadło” zamiast bomba i t.p. Pamiętam rok 1910, kiedy obchodzono 500 lecie bitwy pod Grunwaldem i w Krakowie stawiano pomnik króla Jagiełły ufundowany przez muzyka Ignacego Paderewskiego. Za­czy­ty­wa­łem się wiadomościami zwłaszcza z historii Polski. Człowiek zarażony patriotyzmem w dzie­ciń­s­twie, już do koń­ca życia nie wyleczy się z tego. Czytałem historię Polski, wydaną we Lwowie dla dzieci, z ob­raz­ka­mi. Por­tre­ty królów Polski według obrazów Jana Matejki poznałem wtedy z innej książki. Brakowało mi tylko dla ca­ło­ś­ci wiadomości z historii Polski od czasów rozbiorów do naszych dni. Nie mogłem tego nigdzie zdobyć. Posz­cze­gólne fragmenty poznałem z książek o Napoleonie, coś więcej o Legionach Dąbrowskiego i innych, ale nie znałem przyczyn upadku Polski. Wiedziałem tylko, że „rodem z piekła Katarzyna Moskalami nas za­la­ła”, lub „patrz Kościuszko na nas z nieba, jak w krwi wrogów będziem brodzić, twego miecza nam pot­rze­ba, by ojczyznę wyswobodzić”. Obraz bitwy pod Grunwaldem był wtedy popularyzowany w całym kraju.

W lecie 1910r. przyjechali na letnisko do rodziców mojego kolegi i przyjaciela Józefa Kobylińskiego goście z Warszawy. Byli to wujek jego Grześ Czarnocki i p. Kopczyńska z synkami Józiem i Stasiem. Józio był o rok młodszy ode mnie, a Stasio o dwa lata.

Pewnego razu gdy przechodzili w niedzielę koło naszego domu, p. Grześ ukłonił się Ojcu i wszczął rozmowę, że u nas tak dużo jest bzu w ogrodzie. Ojciec mój, bardzo gościnny jak zawsze, zaprosił ich do domu. Matka poczęstowała ich herbatą i ciastkami. Po kilku godzinach p. Kopczyńska zainteresowała się nasza rodziną i za­pro­po­no­wa­ła, że weźmie do siebie siostrę Marysię na kasjerkę do cukierni Zakopiańskiej przy Saskim Og­ro­dzie, przy ul. Niecałej 14 w Warszawie, której była właścicielką. A bratu Frankowi zaproponowała ko­re­pe­ty­cje, żeby udzielał jej synom lekcji. Tak też się stało. W jesieni brat Franek, który wtedy skończył 6 klas gim­na­z­jum polskiego w Siedlcach chciał koniecznie zdobyć świadectwo rządowe, bo polska szkoła nie miała żad­nych praw. Rozpoczął dawać korepetycje młodym synom p. Kopczyńskiej i uzgodnił, że Marysia i ja po­je­dzie­my do Warszawy. Marysia do pracy, a ja do dalszej nauki.  

7. Podróż do Warszawy 

W dniu 27 stycznia 1911r. o godzinie 5 po południu znaleźliśmy się w pociągu na dworcu w Siedlcach. Fra­nek spotkał się z Klemensem Kiereńskim na dworcu i zostawił mnie z Marysią w wagonie, a sam poszedł do bu­fe­tu. Pamiętam jak kolejarz w mundurze dzwonił po raz pierwszy i oznajmiał po rosyjsku „w Warszawu”, póź­niej zadzwonił dwa razy i powtórzył „w Warszawu”. Byliśmy z Marysią w okropnym strachu, gdyż oba­wia­liś­my się, czy nasz kochany braciszek nie zagapi się i czy zdąży wskoczyć do pociągu. Obawy były płonne, gdyż za chwilę ujrzeliśmy go żegnającego się z Klemensem i wskakującego do wagonu. Pociąg ru­szył. Był to przedział III klasy. Liczyłem przystanki: Kotuń, Mrozy, Cegłów, Mińsk Mazowiecki, gdzie pa­mię­tam dużo świateł i jakieś wielkie budynki z kopułami. Ale braciszek nie mógł usiedzieć z nami razem, tylko odszedł do innego przedziału i znów strach, bo przyszedł kontroler, a my nie mamy biletów. Dziwiłem się, że nas nie wy­rzu­ca z pociągu w biegu, ale Franuś, jak się później dowiedziałem okazał mu wcześniej bi­le­ty i powiedział, że tam siedzi takich dwoje „pacanów” i żeby nas już nie pytał. Wszystko przeszło spokojnie, ale co wtedy prze­ży­liś­my, to tylko ja wiem.

Po przybyciu na Dworzec Wschodni byłem oszołomiony mnóstwem świateł, tramwajów, dorożek i w ogóle ru­chem ulicznym.

imageZajechaliśmy do p. Kopczyńskiej na ul. Niecałą 14. Tam wieczorem zostawiliśmy Marysię, a sami poszliśmy do p.p. Wołowiczów na ul. Chmielną 80, gdzie miałem zamieszkać i spać w jednym łóżku z bratem.  

Wyjeżdżając z domu od Rodziców żal mi było rozstawać się z bratem Grześkiem, którego bardzo kochałem. On dodawał mi żalu, że sam będzie musiał spać przy koniach w stajni i że będzie się bał beze mnie. W ostatni wieczór tak rzewnie płakał, że później prawie całą noc nie spałem.  

8. W Warszawie

 Po przyjeździe do Warszawy znalazłem się między starszymi i dorosłymi synami Wołowiczów. Poza nauką mog­łem tylko wyglądać oknem na podwórko i czasami posyłano mnie do sklepu lub do apteki po zakupy. Żona Wołowicza, który był tragarzem na Dworcu Głównym, prowadziła dom czysto i oszczędnie. Posyłając mnie do sklepu po naftę lub do apteki po jodynę, żądała aby mi dolewano więcej ponad miarę. Prawie zawsze z te­go tytułu miałem wymówki. Jednego razu, gdy zażądałem w aptece więcej jodyny, subiekt przy opa­ko­wy­wa­niu rozlał trochę i nie chciał mi więcej dolać. Znów były wymówki. Poza tym musiałem nosić węgiel i drze­wo z piwnicy, co było jak na 12 letniego chłopca nie zbyt lekkie.

Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura