Pewne daty potrafią utkwić w pamięci. Kiedyś, chyba Krzysztof Leski, zainicjował tu temat nawiązujący do Jego wspomnień z 13 grudnia 1981. Kiedy indziej ktoś wspominał czas pamiętnej wiosny 1989. Rzadko kto sięga tu pamięcią dalej niż do marca 1968.
Ja pozwolę tu sobie wspomnieć mój 9 maja 1945 roku.
Pisałem przy innej okazji, że percepcja mojej pamięci sięga czasu nieco sprzed Powstania 1944. Są to migawki pamięci, jednak w rozmowie ze starszym bratem uzyskałem potwierdzenie wielu z nich.
Miałem wówczas 3½ roku. Powstanie przeżyliśmy się z rodziną w domu Ciotki mojej Mamy przy ulicy Złotej. Dom stał dokładnie w miejscu gdzie dziś są schody do Sali Kongresowej Pałacu Kultury. Do Śródmieścia schroniliśmy się przed słyszalnym już z Józefowa, gdzie spędzaliśmy lipiec'44, nadchodzącym frontem.
Może słowo „przeżyliśmy” nie jest dobrane odpowiednio, bo brat mojej Mamy, walcząc w batalionie Zośka, raniony podczas ataku na Dworzec Gdański, pozostał na placu boju, zmarł po kilku godzinach w upale (+Krzyż Walecznych). Pierwszego dnia powstania mój brat cioteczny poległ atakując w zgrupowaniu Krybar budynek Uniwersytetu (+Virtuti Militari). Ojciec Matki Teofil, profesor liceum, matematyk, starszy pan w moim wieku poszedłszy po mleko dla wnuków zginął gdzieś w Śródmieściu.
Podczas Powstania niemieccy żołnierze kierowali się wyższymi celami mordując od początku Powstania bez wyjątku mężczyzn, kobiety, w tym w zaawansowanej ciąży, dzieci trzymane przez nie za rękę. Wiele kobiet przed zamordowaniem zgwałcono. Wszystkim przed zabiciem odbierali kosztowności. Żołnierze mieli na to przyzwolenie wojskowego dowództwa. Doszli tak do Hali Mirowskiej, 1000 metrów od nas. Pomimo licznych, zdawało by się, informacji o Powstaniu chyba niewielu ludzi zdaje sobie sprawę co Niemcy nam wówczas próbowali zgotować. Oto jak Himmler relacjonuje swoje spotkanie z kanclerzem Niemiec:

A tak rozumieli swoje zadanie inni niemieccy oficerowie:

Z czasu Powstania kilkuletni chłopiec nie zapamiętał nic strasznego, ale za to kilka ciekawych migawek. Broniły nas wtedy barykady, za które Niemcy stojący 200 metrow od nas, przy ulicy Żelaznej, nie odważyli się zapuszczać. Barykadę przy naszym domu pamiętam, opisałem ją kiedyś tutaj: nasza-barykada.
Być może ta nasza barykada uchroniła nas przed zagładą, jaka spotkała w pierwszych dniach Powstania 50-60 tysięcy cywilnych mieszkańców Woli. Kilka razy staralem się tu pisać jak w Polsce od kilku lat zaciera się i ślady i bezcześci prochy pozostałe po tej Zagładzie.
Notkę o barykadzie zakończyłem tak: Wyszliśmy z piwnicy dopiero w październiku po zakończeniu walk. Pieszo szliśmy na zachód. Kiedy minęliśmy zabudowania Ochoty ktoś wsadził mnie na furmankę, których kilka podstatwili okoliczni rolnicy. Nogi przywalono mi ciężkimi pakunkami ale bałem się poskarżyć, żeby nie kazali mi dalej iść pieszo.
Kiedy przechodziliśmy przez pole cebuli, ktoś podał mi jedną. Pamiętam, że jadłem ją ze smakiem tak, jak jada się jabłka. Doszliśmy do Podkowy Leśnej, gdzie spędziliśmy noc.
Może jechaliśmy pociągiem EKD, które kursowały wtedy normalnie, a może pieszo a ja spałem na furmance - nie pamiętam. W Leśnej Podkowie gdzie nocowaliśmy ułożyliśmy się na twardej podłodze na pięterku. Pewnie marudziłem, bo Mama kazala mi być cicho, bo na parterze są Niemcy. Niemców nie zobaczyłem ale pamiętam, że stracha wtedy miałem.
Następnego dnie rano przeszliśmy z Podkowy Leśnej do Milanówka. W Milanówku mieszkali krewni Mamy, którzy z otwartymi rękami nas przyjęli. Ja mogłem tam spać w drewnianym łóżku, trochę ciasno, bo we trójkę. Ojca Niemcy zabrali stamtąd do obozu. Babcia, jak zwykle przedsiębiorcza, pewnie za jakiś pierścionek czy broszkę wynajęła kilka metrów kwadratowych koło stacji EKD i postawiła tam drewnianą budkę, w której handlowała potem bułkami. Znający historię pewnie wiedzą, że wówczas Milanówek stał się "stolicą" Polski. Mając tam "przedsiębiorstwo" dawało się utrzymać.
Z bratem często chodziliśmy patrzeć na pociągi. Widzieliśmy jak przed lokomotywą miały one przyczepione otwarte platformy towarowe, na których w ławkach siedzieli ludzie. Mówiono nam, że to polscy więźniowie "chroniący" niemieckie pociągi przed wysadzeniem przez partyzantów. Po wojnie nigdy wzmianki o tym nie czytałem. Wiele mówiono wtedy o "bolszewikach", wydaje się że po Powstaniu nic chyba nie wydało się straszne. Odczułem, że stosunek do "bolszewików" nie wynikał ze strachu ale jakby z poczucia dystansu i nie ukrywanej wyższości.
Siostra Mamy z Milanówka pojechała do Łowicza gdzie odnalazła swoją Matkę, która dotarła tam podczas Powstania poprzez ochocki Zieleniak, słynny jak wiele miejsc Warszawy z gwałtów na ludności cywilnej na które oficjalnie zezwolili niemieccy dowódcy.
W połowie stycznia Niemcy z nagła uciekli. Uciekli z Warszawy i jej zachodnich okolic.
Mama, nie czekając na powrót z obozu Ojca przedostała się z Milanówka po skutej lodem Wiśle do naszego mieszkania na Grochowie. Było całe. Po wkroczeniu "bolszewików" we wrześniu'44 do prawobrzeżnej Warszawy stacjonowali w nim sowieccy oficerowie.
26. stycznia 1945 za 2 litry spirytusu żołnierze przewieźli nas wojskową ciężarówką z Milanówka na Grochów i wysadzili u zbiegu Grochowskiej i Wiatracznej. Jadąc ciężarówką słyszałem sensacje widziane przez starszych poprzez plandekę samochodu: "o! stoi Kopernik!, patrzcie, jest Syrena!". Mnie też te dziwy pokazywano, ale nie wiedziałem na co patrzeć. Pamiętam nasz wieczorny powrót. Mieszkanie i dom były mi całkiem obce, mój starszy brat natomiast cieszył się z tego powrotu bardzo.

Almanzor na Grochowie tuż po wojnie. Domy w sąsiedztwie zbombardowali Niemcy w 1939
Dalej niewiele zapamiętalem aż do 9 maja 1945. Wieczorem od strony Wisły, na calej szerokości horyzontu, rozbłysły rakiety. Poszliśmy wszyscy na piętro do "Ciani". Z jej balkonu widoczna była na horyzoncie cała spalona Warszawa ze sterczącymi murami. Feeria rakiet wzdłuż całej dlugości Wisły trwała bardzo długo. Tak długiego i wielkiego pokazu sztucznych ogni nigdy potem nie widziałem.
Bardzo lubiłem widok zburzonej Warszawy od nas widziany z daleka. Lubiłem też kiedy ktoś z rodziców zabierał mnie "do Warszawy". Dla mnie było to przeżycie podobne jak później na górskiej wycieczce. Widać było mury, wiszące w powietrzu przekroje miszkań, pomalowane ściany, wiszący gdzieś piec kaflowy, lustro na ścianie. Nie lubiłem kiedy miejsca te były burzone lub odbudowywane.
Na niemieckiej fotografii z września 1944 oznaczyłem pole widzenia z naszego domu na Grochowie na ognie sztuczne, ktore oglądaliśmy wieczorem 9.maja '45
Gęsto teraz zabudowany obszar poprzedniego zdjęcia na tle współczesnego widoku Warszawy.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)