Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
72 obserwujących
487 notek
1197k odsłon
4398 odsłon

Psychika i szanse przeżycia trafienia piorunem. A także - co wydarzyło się 22.08.2019 roku

Wykop Skomentuj49

Zanim przystąpimy do omawiania tytułowych zagadnień, proszę Was o chwilę wyciszenia i  chwilę zadumy nad wydarzeniami w Tatrach 22 czerwca 2019.  Nad delikatnością naszego życia i zależności od przypadku. Podłączcie dobry sprzęt posłuchajcie w całości tego utworu Hansa Zimmera i pomyślcie jak łatwo można przerwać nasze istnienie, jak zły los zamienia chwile radosne w tragiczne, w jednym oka mgnieniu... 







W poprzednim odcinku opisałem Wam mechanizm burzy. Dzisiaj zastanowimy się jaka jest specyfika wyładowań górskich. Pokażę Wam też, co dzieje się na szczycie Giewontu podczas uderzenia pioruna.

A teraz motto tego odcinka, którym będzie pytanie: czy psychiczne siły pomagają przeżyć uderzenie pioruna?

Teza ta została postawiona przez wybitnego lekarza austriackich górskich służb ratunkowych Elmara Jenny, w jego książce „Retter im Gebirge. Alpinmedizinischeshandbuch” czyli „Ratownik w górach. Podręczniki medycyny alpejskiej” wydanej w dużym nakładzie w Austrii, Niemczech i w Polsce w 1982 roku. Jenny to waga ciężka medycyny górskiej, zatem jego twierdzenie oparte na wywiadach z setkami uratowanych ludzi, którzy takie uderzenie przeżyli ma swoją wagę, jako bardzo poważna hipoteza w zakresie fizyki pioruna i fizjologii ludzkiego ciała. Zatem na początku tej notki stawiam tę hipotezę i spróbujemy ją uzasadnić przebiegiem zjawisk elektrycznych podczas wyładowania burzowego. Do roboty!

W centrum burzy znalazłem się dwa razy. Były to czasy braku dostępu do dobrych prognoz lokalnych. Jedynie barometr i higrometr stanowiły wyposażenie tatrzańskich obozowisk. Już dużo gorzej było z wiedzą na temat pogody. Nawet nie potrafiliśmy, jako młodzi adepci kursu tatrzańskiego rozpoznawać poprawnie chmur, za wyjątkiem jednej - Cirrusa. Kurs meteorologii w „Betlejemce” ograniczał się do powiedzenia - Cirrus na niebie pogoda się zjeb….e. Uznawani za wytrawnych znawców pogody potrafili jeszcze dodać do zacytowanej „mądrości” – zepsuje się do sześciu godzin. Tyle i aż tyle. I było to dziwne zachowanie szkolących, bo na Hali Gąsienicowej tuż obok „Betlejemki” stoi dom stacji meteorologicznej. Lecz nikomu nie przyszło do głowy, aby zaprosić na szkolenie taterników specjalistów stale tam dyżurujących. Zatem mając skończone 16 lat zaledwie miesiąc po moich szesnastych urodzinach wyruszyłem na samodzielne wspinaczki bez żadnej wiedzy meteorologicznej, podobnie jak tysiące adeptów kursów tatrzańskich, kiedy nimi kierował "Szlachetny", a i potem nie było lepiej. Nie mam pojęcia czy to zostało zmienione i jak to teraz wygląda, a ilu wspinaczy zginęło z tego powodu, że nie znali meteorologii nie odważę się policzyć.

Zatem już w drugim sezonie wspinaczkowym zaliczyłem pierwszą poważną burzę w ścianie i Bóg raczy wiedzieć, dlaczego jeszcze żyję. Było to na szczycie Żabiej Lalki w masywie Żabiego Mnicha. Ogień piorunów walących w szczyt okolicznych turni był przerażający, biły one tuż koło nas. Podczas zjazdu na linie na moją głowę sypały się spłukiwane przez nawałnicę kamienie, a komunikacja z partnerem wspinaczki była niemożliwa, bo zgłuszał ją deszcz, trzask piorunów i wściekły syk spływających ładunków. Kiedy już byliśmy na przełęczy pod Żabią Lalką, w jej szczyt uderzył potężny piorun i z sykiem wznoszonej nad gwałtownie zagotowaną wodą pary, ładunek ten spłynął po pobliskiej ociekającej deszczem skale. Brak nieprzemakającego odzienia spowodował, że do schroniska schodziliśmy w przerażającym zimnie prawie nadzy, bo bawełniana podkoszulka i koszula flanelowa, chłodziły ciała jeszcze intensywniej niż 9 stopni temperatury powietrza, sweter nie chciał się dać wykręcić i ważył chyba z kilka kilogramów tak był nasiąknięty, więc postanowiliśmy je zdjąć i na nagusa jedynie w slipach i narzuconym przemoczonym ortalionowym anoraku schodziliśmy po wyślizganych płytach Mokrego Progu w stronę Czarnego Stawu. Anoraki uszyte z ortalionu produkowanego w jedynej polskiej wytwórni Poraj, puszczały wodę jak sito, więc nie mieliśmy najmniejszej ochrony przed początkowo nawałnicowym, a potem stale siąpiącym deszczem. Chyba tylko silnemu organizmowi i całkowitej ufności w przeżycie, zawdzięczam to, że do schroniska dotarliśmy przed zmrokiem i po wypiciu gorącej herbaty ruszyliśmy na obozowisko, w podsuszonych dzięki uprzejmości opiekuńczej „Dziuni”, nad kuchennym paleniskiem anorakach. O wysuszeniu koszul i swetra mowy być nie mogło. Drugi raz burza zaskoczyła mnie na szczycie Wielkiego Mięgusza, po skończonej drodze nowymi całkiem improwizowanymi niezwykle efektownymi wariantami płyt na lewo od Komina Kiszkanta. Miałem już lepsze odzienie i nie byłem tak bardzo przemoczony, ale mieliśmy uszkodzoną jedną żyłę liny, słynnej marki „Bezalin” z Bielska Białej, a która to lina – a był to egzemplarz prototypowy - po prostu podczas ściągania partnera i bez obciążenia, rozplotła swoją 48 splotową koszulkę i odsłoniła rdzeń. Z tego powodu zaliczyłem zejście niemal na żywca Kominem Martina w ulewnym deszczu i walących piorunach. Problemem była wtedy gęsta mgła i tylko temu, że znałem Drogę po Głazach na pamięć, wydostaliśmy się z tej opresji trawersując Pośredniego Mięgusza do Przełęczy Pod Chłopkiem. Podczas tego zdarzenia wszystko postawiliśmy na jedną kartę i poruszaliśmy się bez asekuracji, po wątłych skalnych półeczkach, aby we właściwym miejscu odnaleźć drogę „Po Głazach”. Partner zaufał mi, że po 100 metrach karkołomnego trawersu wejdziemy w drogę, choć widoczność nie przekraczała 4 metrów! Ważny był czas, aby nie zaliczyć nocnego biwaku w ścianie. Temperatura spadała z każdą chwilą, a o folii NRC, czy termo-aktywnej odzieży każdy z nas mógł wtedy jedynie marzyć, a wszystkie nasze ciuchy był mokre, nie tak jak pod Żabią Lalką, że można było je wykręcać, ale i tak wystarczająco wychładzały organizm. Kiedy doszliśmy do schroniska Mieguszowieckie szczyty odsłoniły całun mgieł i ukazały się nam przyprószone białym śniegiem. Gdybyśmy wtedy zdecydowali się na biwak, prawdopodobnie nasz stan po takiej nocy byłby żałosny.

Wykop Skomentuj49
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości