Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
83 obserwujących
541 notek
1340k odsłon
  1740   1

Lataj synku nisko i powoli


Stary dowcip o nadopiekuńczej mamie pilota dającej podobne rady jest w połowie prawdziwy. Nisko latać? Każdy pilot lubi – ale nie powoli, bo jak najszybciej.

Kilka dni temu pilot zespołu „Red Bulla” dokonał niemożliwego, wystartował samolotem akrobacyjnym w jednym tunelu i przeleciał z prędkością 245 km/h drugim tunelem górskim. Zobaczcie to wideo koniecznie!



Jest coś tajemniczego w tym, że piloci uwielbiają bardzo niskie loty. Taki lot nazywamy kosiakiem. Dawniej należało to programu szkolenia każdego pilota samolotowego i każdy aeroklub miał swoją strefę lotów koszących. Nie wiem jak jest dziś w Polsce, ale w Niemczech dla pilotów w cywilu, to praktyka nieznana.

Ogromną frajdę dają też loty szybowcowe wykonywane na żaglu lub termice skalnej w górach. Żagiel, to zjawisko występujące nad stokiem góry po jej nawietrznej stronie. Wiatr wiejąc nad zboczem góry wytwarza stały prąd wznoszący. Latanie polega na tym, że „przyklejamy” się szybowcem do zbocza i latamy wzdłuż tego zbocza lub grani góry lekko po jej nawietrznej stronie. To pozwala na latanie tuż nad lasami, skałami i daje niesamowitą radość.

Termika skalna to najwyższa szkoła pilotażu. Wykorzystuje stosunkowo wąskie wznoszenie termiczne występujące tuż przy samych skałach. Ten obszar wznoszeń ma często szerokość niewiele większą  niż 20 metrów. Rozpiętość skrzydeł szybowca w zależnie od klasy to od 13 do ponad 22 metrów. Czyli podczas lotów na termice skalnej końcówki skrzydeł znajdują się w odległości czasem mniejszej niż 2 metry od skalnych urwisk. W takich warunkach odbywają się najczęściej tzw wyścigi szybowcowe, w których polscy piloci odnoszą spore sukcesy, a niekwestionowanym mistrzem jest Sebastian Kawa z Międzybrodzia Żywieckiego, najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w całej historii sportów lotniczych.

Latanie na małych wysokościach nie jest zatem żadnym wariactwem, ale szkołą odwagi, charakteru i opanowania.

Czasem oczywiście każdemu zdarza się pochuliganić.

Dawno temu mój kolega dostał zgodę na zrzucenie wiązanki kwiatów podczas lotniczego ślubu. Urząd stanu cywilnego znajdował się w samiuteńkim centrum wielkiego miasta, otoczony budynkami o wysokości ponad 70 metrów. Zadanie wykonał lecąc główną ulicą tuż nad linią trakcji tramwajowej, oczywiście pomiędzy budynkami.

Na lotnisku rozdzwoniły się telefony oburzonych mieszkańców, którzy powiadomili natychmiast policję, prokuraturę i wszystkie instytucje, takie jak straż pożarna i pogotowie ratunkowe. Spolegliwa szef wyszkolenia odbierała na przemian z zawiadowcą lotniska telefon za telefonem. „tak oczywiście pilot miał zgodę, ale oczywiści zostanie pouczony" - recytowali na przemian  odbierając telefony.

W pewnym momencie standardową formułkę przerwał głos lekko podchmielonego rozmówcy - „Proszę państwa! Ależ ja nie dzwonię, aby pilota karać. Wręcz przeciwnie. Mianowicie, bowiem, tak się składa, że ja jestem trochę napity. A z jakiego powodu ja piję? Bo się tu kur…a w naszym mieście nic nie dzieje. Nuda, rozumiesz? Nuda. Więc jak zobaczyłem ten samolot jak przelatywał obok moich okien, to sobie pomyślałem, że wreszcie się coś dzieje i nawet jak się rozp….oli to będzie zarombiście ciekawie.”

Było tak, że i ja bardzo grzeszyłem biorąc udział w niskich lotach.

Znam każdy zakamarek Jury, od Krakowa po Częstochowę i uwielbiałem tam latać razem z moim kumplem, który na co dzień latał na Suchojach SU 22 M4. Zabieraliśmy poczciwego Zlina 42M i potem zwiedzaliśmy Jurę z bardzo małej wysokości. Ach te wyrobiska kopalni Jaworzno, w które dawaliśmy nura, piaski i lasek Pustyni Błędowskiej nie musiał nas zapraszać do lotów, podczas których za samolotem zostawał ślad wznieconego podmuchem pyłu.

Ulubionym rejonem był obszar pomiędzy Górą Zborów a Rzędkowicami i oczywiście skałki pomiędzy Mirowem a Bobolicami.

Kiedyś umówiliśmy się na efektowny przelot nad Rzędkowicami. Parę raz przymierzaliśmy się do tego zadania. Zadania, bo w Rzędkowicach wspinała się wtedy moja przyszła żona. Zaplanowaliśmy to tak, aby zaskoczenie było pełne. Jest tam tak zwana Przełączka pod Wielkim Okiennikiem Rzędkowickim. Zaplanowaliśmy, że od strony Biblioteki przyklejeni do lasu nadlecimy nad Przełączkę, potem tuż nad namiotami biwakujących tam wspinaczy, potem ciasny wiraż (tzw żyleta) w prawo i wzdłuż muru skałek rzędkowickich poniżej ich szczytów. Kumpel wpadł na pomysł, aby minąć Turnię Lechwora wykonując beczkę poniżej jej szczytu.

Takie chuligaństwo sprawiało dziką radość i nie pytajcie mnie, dlaczego. Nie wiem, ale sprawiało i to nie tylko nam. Lecąc do Nowego Targu mój inny aeroklubowy kumpel wleciał do koryta rzeki Stryszawki, bo chciał poderwać jakąś dziewuchę tam mieszkającą. Nie wiedział, że nad rzeczką wiszą przewody linii średniego napięcia. Zauważył je w ostatniej chwili, a ponieważ był tam Wilgą, nie miał nadmiaru prędkości i musiał zmieścić się po tymi przewodami. Zmieścił się na centymetry wzniecając fontanny wody spod kół maszyny.

Innym razem ktoś przywiózł na piaście śmigła Wilgi sporej grubości przewody energetyczne. Tamtym razem nie obyło się bez oddania tektury, czyli licencji na rok i gigantycznego rachunku z Zakładu Energetycznego.


Lubię to! Skomentuj48 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości