Po raz drugi człowiek umarł na moich oczach. Nie znałem go. Mimo to, przerażające jest, że i ja jestem dotknięty współczesną znieczulicą. Nie załamałem rąk, nie zacząłem bić łbem w ścianę, tylko obserwowałem jak go probują reanimować, wszystko jak w TV. Czterdzieści minut leżał w korytarzu prowadzącym do jednej z krakowskich knajp, już bez pulsu, jak się później dowiedziałem. Obsiedli go dookoła sanitariusze, próbujący wciąż tknąć w niego iskrę życia - bez powodzenia. A ja stałem i patrzyłem czekając aż będę mógł wejść - wtedy jeszcze myśląc, że to nic poważnego. Nie wstrząsnęło mną jednak, gdy dowiedziałem się że umarł. Idiotyczne uczucie, mieć żal do siebie, że nic we mnie nie drgnęło - przyjąłem to po prostu jako coś naturalnego. Śmierć - coś co się zdarza. Czy to dlatego, że nikt z moich najbliższych jeszcze nie odszedł? Czy może dlatego, że w każdej gazecie, wiadomościach sypią się gęsto informacje - tam tysiąc, tam dwa, jeszcze gdzie indziej dziesięć? Nie wiem.
O ile się zorientowałem, ten dwudziestoparoletni chłopak, być może nawet mój rówieśnik, miał problemy z sercem. Nieważne. Przyszedł do knajpy, wypił piwo. Wyszedł i się przewrócił. Muzyka, piwo, dziewczyny na parkiecie... mogiła. Wyobrażacie sobie większy dysonans? Z jednej strony młodość i radość - z drugiej śmierć, którą przeciętny młodzian kojarzy głównie z TV. Mnie to przeraża.
Rozmawiając z dziewczyną która znalazła tego chłopaka, jeszcze przytomnego pojawiły się jednak pierwsze emocje. Wkur...nie, gdy dowiedziałem się jak trzy osoby pod rząd, próbowały się dodzwonić - bezskutecznie, na ponoć ratunkowe *112 - o którym to numerze i problemach z nim słyszałem/czytałem już wielokrotnie. Jak widać na laniu wody w prasie się skończyło. Nie chcę być źle zrozumiany, bo po telefonie na lokalny numer pogotowie przyjechało szybko, dwa ambulansy, nie tu leży problem.
Tym razem, najprawdopodobniej, działające *112 nie zmieniło by absolutnie nic. Ale, powiedzcie mi, czy za każdym razem tak będzie? Ja, na przykład, nie pamiętam starego numeru pogotowia, czy też straży - nawet nie wiem czy są to numery darmowe również z komórki. Po wypadku decydujące są ponoć pierwsze cztery minuty, a ja nie znając się na pierwszej pomocy, co bym zrobił? Myślał gdzie zadzwonić? Szukał kiosku by doładować komórkę? Nie! Skorzystałbym z *112 i zmarnował cenny czas na wsłuchiwanie się w jakieś "proszę czekać"? Jak długo? Do - jak to mawiają - usranej śmierci? Stało się to w poniedziałek w nocy, to nie był weekend ani sylwester, gdy zapewne ruch w "interesie" spory, przez bójki, pijatyki. To był prawdopodobnie najspokojniejszy dzień tygodnia! Któż był tam zajęty? Czym? A może ten numer to już tylko: "*112 Telefon Pogrzebowy"? Bo jako zabezpieczenie nie funkcjonuje.



Komentarze
Pokaż komentarze (57)