W to że PO jest partią liberalną nikt już chyba nie wierzy. Nawet prezes Kaczyński nie zarzuca im liberalizmu tak uporczywie jak kiedyś, zapewne dlatego by nie narazić się na śmieszność. Liberalną światopoglądowo partia Donalda Tuska nie była nigdy a liberalną gospodarczo chyba jedynie w sferze obietnic. Przynajmniej kiedy za wyznacznik przyjmiemy ilość płaconych państwu podatków i sposób ich naliczania nic na to nie wskazuje. Pomimo składanych obietnic i trzech lat rządów niewiele się do tej pory zmieniło, co więcej grożą że znowu będą zabierać więcej.
Podejście liberalne opiera się na szacunku dla ludzkiej własności. Państwo liberalne wierzy w swoich obywateli a dokładnie w to, że oni sami lepiej potrafią o siebię zadbać podatki są lecz stanowią niezbędne minimum (utrzymanie wojska, policji sądów, w niezbędnym zakresie państwowej administracji). Państwo takie rozumie, że czym więcej pieniędzy pozostawi ludziom, którzy te pieniądze wypracowali, tym łatwiej będzie im się o siebie troszczyć w zgodzie z ich własną, idywidualną wizją tego co dla nich dobre. Własność państwowa, też ograniczona jest do niezbędnego minimum gdyż z założenia prywatny właściciel najlepiej będzie dbał o kondycje swojego przedsiębiorstwa. Jeżeli nie będzie dbał zostanie pokonany przez konkurencję. Jeżeli nie będzie miał konkurencji oznacza, że abo tego rodzaju przedsięwzięcie jest społeczenstwu nie potrzebne albo jest za drogie w stosunku do korzyści, które niesie. Wadą liberalizmu jest brak wsparcia dla pożytecznych przedsięwzięć, które będąc nieopłacalne nie są realizowane oraz naturalne zróżnicowanie zamożności ludzi wynikające z różnic inteligencji, zaradności czy pracowitości poszczególnych osób lecz także, co bardzo ważne, poziomu zamożności z którym startują. Można przyjąć, że w skrajnym liberaliźmie podatki nie są pobierane a własność państwowa nie istnieje. W rzeczywistości byłaby to zupełna anarchia.
Podejście solidarne dąży do możliwie równego rozkładu dóbr wypracowanych przez społeczeństwo. Państwo solidarne z gruntu nie wierzy we własnych obywateli i uważa, że samo jest w stanie lepiej zagospodarować ich pieniędze. Lepiej wie co jest dla ludzi dobre a wyznacznikiem sprawiedliwości nie jest poszanowanie własności indywidualnej lecz minimalizacja różnic w zasobności indywidualnej społeczeństwa. Własność państwowa jest znaczna i ma na celu wspieranie dużej ilości różnych świadczeń dla szerokich grup społeczenstwa. Tu mamy też rozbudowaną administrację państwową mającą na celu pozyskanie i zarządzanie wykorzystywaniem publicznych środków. Pewnym paradoksem jest demokratyczne państwo solidarne, które z jednej strony zakłada, że jego obywatele są zbyt głupi by rozsądnie samodzielnie gospodarować wypracowanymi przez siebie pieniędzmi z drugiej zaś jest święcie przekonane o mądrości i dojrzałości społeczeństwa dokonującego wyboru swej władzy. Może to wynikać z faktu, że państwo to nie wierzy w inteligencje indywidualną osób a jedynie w statystyczną inteligencję zbiorową społeczeństwa. Zdecydowaną wadą takiego sysemu są wysokie koszty utrzymywania często nierentownych, źle zarządzanych przedsięwzięć oraz demotywacja ludzi do pracy i doskonalenia się gdyż wiadomo, że każdemu nie zależenie od wniesioego wysiłku należy się z grubsza tyle samo (jak nie zarobi to dostanie porównywalny zasiek więc po co pracować). Skrajnym przypadkiem solidaryzmu jest komunizm (klasyczny teoretyczny a więc utopia) gdzie nie ma prywatnej własności a o sposobie wykorzystania wypracowanego przez społeczeństwo bogactwa decyduje państwo.
Wiadomo, że podatki być muszą by zapewnić funkcjonowanie państwa. Pytanie jak duże mają być i w jaki sposób to obciążenie ma być rozłożone na poszczególnych obywateli?
W skrajnym liberaliźmie jeżeli w ogóle podatki są to są minimalne a ich rozkład nie powinien w rzaden sposób różnicować poszczególnych osób czyli każdy płaci taką samą kwotę. Na pierwszy rzut oka może dla niektórych nieludzkie lecz jakby się trochę zastanowić jest to naturalne. Analogiczne do sytuacji w sklepie gdzie przecież sprzedawca nie pyta nas o "pasek od ostatniej pensji" i na tej podstawie nie wylicza nam ceny kupowanych produktów. W sklepie za ten sam towar lepiej i gorzej zarabiajacy płaci tą samą kwotę. Podobnie w urzędzie skarbowym równość wobec prawa powinna kosztować każdego tyle samo. Ktoś może powiedzieć, że zakupy w sklepie nie są obowiązkiem - fakt gdy chodzi o dobra luksusowe, jeżeli skupimy się na sklepie spożywczym i przysłowiowym chlebie i wodzie zakupy te są życiową koniecznością a jednak cena tych podstawowych towarów w żaden sposób nie zależy od naszej zamożnosci.
Pewnym odejściem od tych zasad jest podatek liniowy co oznacza, że wartość płaconego podatku jest proporcjonalną częścią dochodu. Myślę, że na to ogromna większość osób wyznających wartości liberalne jest się w stanie zgodzić (oczywiście przy wciąż aktualnym założeniu minimalizacji tego podatku). Należy jednak pamietać, że ten podatek liniowy jest już dużym ukłonem w stronę solidaryzmu spolecznego. Gdybyśmy w ten sposób zostali potraktowani w sklepie uznalibyśmy raczej to za przejaw dużej niesprawiedliwości.
Podatek progresywny, ten który mamy obecnie wprowadza progi powodujące, że osoby lepiej zarabiające oddają procentowo większą część swojego dochodu. Solidaryzm tłumaczy to tym, że osoby bogatsze mniej odczują utratę nawet procentowo większej części tego co zarobiły niż odczuwają to osoby mniej zamożne oddając nawet mniejszą część. Z punktu widzenia liberała taki rozkład obciążenia podatkiem jest wysoce niesprawiedliwy. Solidarysta powie, że i tak ten bogatszy bardziej wykorzysta to co w zamian za pobrane podatki zaoferuje społeczeństwu państwo. Nie do końca jest to prawdą gdyż oferta państwa skierowana do mas jest często niskiej jakości. Dla przykładu edukacja szkolna - często ten lepiej zarabiający opłacając publiczne szkoły w ramach podatku wysyła swoje dzieci do prywatnych, za które i tak płaci. Podobnie (do pewnego stopnia) jest ze słuzbą zdrowia i wieloma składnikami oferty państwowej. Tu należy postawić pytanie: kto lepiej wie co jest dla człowieka dobre: on sam czy jego państwo?
W skrajnym solidaryźmie państwo weźmie wszystko. Najmniej tym co nie pracują bo ci nie generują dochodu, najwięcej tym co pracują dużo na odpowiedzialnych stanowiskach wymagających wysokich kwalifikacji bo ich pensje byłyby najwyższe. W zamian państwo każdemu wyda talony na których będzie napisane ile i jakich produktów można za nie dostać. Tu już obowiązuje zasada "czy się stoi czy się leży tyle samo się należy" a więc zbliżamy się do pełni komunizmu gospodarczego, którą osiągniemy gdy talony każdego z nas będą takie same :)
Przyjrzyjmy się co mamy teraz. Poza podatkiem dochodowym odprowadzanym od zarobionych pieniedzy płacimy podatek obrotowy (VAT) od każdej wydawanej złotówki. Sumarycznie stanowi to lwią część dochodów. Podatek liniowy (i tak przecież solidarny) pozostaje w swerze obietnic. Jako społeczeństwo mamy całą masę różnych świadczeń z becikowym włącznie - nie słychać by coś z nich miało być likwidowane a przecież nic nie jest za darmo, za wszystkim kryją się zabierane nam w ramach podatków pieniądze. Są równi i równiejsi - taksówkarze mają kasy fiskalne jak reszta firm (dobrze?) tymczasem dochody Kościoła nie są rzetelnie kontrolowane i opodatkowane (gdzie równość podmiotów?). Jedyną przesłanką świadczącą o polityce liberalnej jest postępująca prywatyzacja lecz jej głównym celem raczej nie jest denacjonalizacja przedsiębiorstw lecz łatanie braków budżetowych spowodowanych także rozrośniętą do granić możliwości administracją państwową i samorządową. Mając to wszystko na uwadze wydaje się, że wciąż dużo bliżej nam do komunizmu niż do skrajnie liberalnej anarchii, którą nas czasem straszą a partia od trzech lat sprawująca władzę jest partią na wszechmiar solidarną, której działanie liberalne jest zupełnie obce.
Komentarze
Pokaż komentarze (7)