Tak się składa, że mój gust muzyczny, tak naprawdę nie istnieje. Nie potrafię go zdefiniować, czy nawet określić.
Cóż można powiedzieć o człowieku, któremu po głowie chodzi z jednej strony Pink lub taka Beyonce, a z drugiej zaś Wagner ze swoim „Pierścieniem Nibelungów”. No a gdzieś tam po drodze przewija się ten genialny Bob Dylan ze swoim „Hard Rain” , Robbie Robertson z „Last Waltz”, czy chociażby stary , prosty, usypiający Leonard Cohen.
Jest też w tym tyglu wykonawca dla mnie niepośledni. To Neil Young.
Śledzę go od bardzo, bardzo dawna. Moja żona go nie lubi. Powiem więcej, nie potrafi go znieść.
Dlatego rzadko go ostatnio słucham, bo okazji do tego nie za wiele. Wczoraj jednakże zostałem sam w domu popołudniową porą.
Nastawiłem sobie na moim DVD „Rust Never Sleeps”, ponad dwugodzinny koncert.
Odmłodniałem w momencie o 30 lat.
„Hey, hey, my,my”,” Cynamon Girl”,” Tonght, tonight” no i ten “Cortez the killer” …
Dziś po południu żony też nie będzie ;)




Komentarze
Pokaż komentarze (2)