Zapewne mało kto dziś z „zainteresowanych” jest sam zainteresowany zdarzeniem, które ujrzało światło dzienne w marcu 2006 roku.
Media huczały, a Prezydent Kaczyński został postawiony w mało komfortowej sytuacji.
29 marca 2006 r. :
Telewizja TVN poinformowała we wtorek wieczorem, że prezydent Lech Kaczyński odznaczył gen. Wojciecha Jaruzelskiego Krzyżem Zesłańców Sybiru. Rzecznik prasowy prezydenta Maciej Łopiński powiedział, że jego zdaniem "ktoś w Kancelarii popełnił błąd".
Trudno byłoby posądzać Kaczyńskiego o jakieś konszachty z Jaruzelskim. Tym nie mniej Prezydent zanotował jakąś tam wpadkę. Co było dalej, mało kto pamięta. Faktem jednak jest, że Jaruzelski zrzekł się owego odznaczenia.
Lech Kaczyński powiedział, że sprawa odznaczenia dla gen. Jaruzelskiego "pokazuje, jak bardzo trzeba w Polsce zmienić aparat państwowy". Przyznał , że nie zna ustawy z 1 stycznia 2004 r. , na podstawie której wydane były postanowienia o odznaczeniach. Powiedział, że jeśli na jej podstawie Krzyż nie należy się Jaruzelskiemu automatycznie, to "Wtedy są pewne podstawy, żeby tą błędną decyzję , wynikającą z akcji zamierzonej - nie chcę tutaj używać słowa "dywersja", bo to za duże słowo jak na tego rodzaju wydarzenia- wycofać".
Dziś zaś mamy sensacyjne ułaskawienie przyszłego (przeszłego) wspólnika zięcia Prezydenta, Dubienieckiego. Kaczyński się już nie wypowie. Jest więc pole do spekulacji.
Ja jednak nie o tym. Ja chciałem o akcji, którą trzeba uznać za „spaloną”, by nie napisać, przedwcześnie odpaloną. Scenariusz miał być inny.
Idę o głowę, że dzisiejszej „afery” by nie było, gdyby nie słynny wywiad Marty Kaczyńskiej dla „Uważam Rze”.
Kaczyńska wypowiedziała w tym wywiadzie zdanie o cofnięciu pełnomocnictwa swojemu mężowi w sprawie prawnego reprezentowania jej w kwestiach katastrofy smoleńskiej. Kaczyńska powiedziała też, że w najbliższym czasie nie ma zamiaru „garnąć” się do polityki. To był koniec, a zarazem wymuszony początek przebiegu kolejnych zdarzeń.
Równocześnie Dubieniecki, niejako w desperacji, tak mniemam, domagał się jedynki dla żony na listach wyborczych PIS-u.
Całe to postępowanie Dubienieckiego wygląda na ewidentną improwizację. Można by nawet powiedzieć, że wygląda irracjonalnie.
Dla mnie pytaniem dziś kluczowym jest to, kto stoi za Marcinem Dubienieckim.
Nie wiem ile na temat swojego męża wie Marta Kaczyńska, czy też Jarosław Kaczyński.
Widać jednak, że oboje mają do niego jakoś tam ograniczone zaufanie, co można było zaobserwować od jakiegoś czasu.
Pytaniem pozostaje to, czy afera z ułaskawieniem owego wspólnika Dubienieckiego wyszłaby na światło dzienne pózniej, tuż przed wyborami parlamentarnymi, gdyby Marta Kaczyńska zdecydowała się w nich wziąć udział, czy też nie.
Drugim pytaniem, które się nasuwa jest to, jaką rolę odegrał Dubieniecki w ostatnich wydarzeniach.
Kolejnym pytaniem powinno być pytanie o nagłą chęć wyjaśnienia sprawy przez Kancelarię Prezydenta oraz ewentualne zaangażowanie prokuratury.
Patrząc dziś na to wszystko, można sobie wyobrazić, jaką „bombę” szykowano przeciw PIS.
Sprawa zapewne rozejdzie się po „kościach”. Oczywiście media pożyją tym tematem jeszcze jakiś czas.
Odnoszę jednak wrażenie, że to miał być „inny” czas.
Oby nie okazało się niedługo, że bomba wybuchła w rękach konstruktora.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)