Zebe Zebe
1182
BLOG

Zwierzenia dowódcy – mój 13 grudnia

Zebe Zebe Rozmaitości Obserwuj notkę 35

 

Pisałem już na s24 o tym co działo się w moim życiu po 13 grudnia, gdy byłem skoszarowanym podchorążym w jednostce łączności z siedzibą w Strzegomiu. Byłem dowódcą plutonu łączności, a zarazem wykładowcą obrony przeciwlotniczej. Do dziś nie potrafię  zrozumieć, czym się kierowano powierzając mi tę „zaszczytną” funkcję. Tłumaczę sobie to po prostu tak – byłem dobry w tych klockach.  Ale  przecież byłem kompletnie apolityczny i jak się okazało po latach, już w trakcie pracy zawodowej – jednak inwigilowany. Zapewne z powodu podpisania listy przeciwników wprowadzenia  do ówczesnej PRL-owskiej  konstytucji zapisu o „dozgonnej”  przyjaźni ze Związkiem Sowieckim, o czym przypomniał mi parę miesięcy później w trakcie przesłuchania  pewien oficer kontrwywiadu – to jednak temat na osobną notkę.
 
 Nie należałem do ZMS ani do ZMW. Byłem absolwentem Politechniki Śląskiej , którego „wojsko” oderwało od żony i ośmiomiesięcznego syna.
Dziś  nadarza się okazja, by opisać godziny przed, jak i godziny po wprowadzeniu stanu wojennego. Muszę przyznać, że jak mało co pamiętam tamten okres.
 
Dwunastego grudnia mój pluton o godz. 18.00 objął wartę w biurze przepustek, czyli potocznie mówiąc „na bramie”. Ja miałem zostać  dowódcą warty zewnętrznej  w odległej o 6 km od Strzegomia  bazie paliwowej.
Tymczasem w południe zmieniono rozkaz dowódcy i anulowano mój wyjazd z wartownikami. Służbę powierzono zawodowemu kapitanowi w asyście żołnierzy szeregowych, którzy mieli wyjść w niedługim czasie do rezerwy.
 
O 20.00 jednostka  po prostu zwariowała. Ogłoszono najwyższy stan gotowości bojowej połączony ze skoszarowaniem całej kadry dowódczej.
Na „bramie” pojawili się żołnierze rosyjscy z jednostki wojskowej oddalonej o 500 m od naszej. Rozsiedli się przed bramą . W biurze usadowił się ich oficer w asyście polskiego kapitana.
Nikt z nas podchorążych nie wiedział o co „biega”. Padały kolejne komendy oficera dyżurnego.   Jako dowódca radiolinii ( taki ówczesny przekaźnik telefonii bezprzewodowej) otrzymałem rozkaz uruchomienia wozu, który był mi przydzielony. Wóz jednak stał na warsztacie, więc rozkazano bym udał się do parku wozów bojowych i dopilnował rozruchu radiolinii podległych  szkole podchorążych rezerwy. Rozruch radiolinii polegał na uruchomieniu samochodów. Mróz był okrutny – minus 20 stopni.
Działy się sceny dantejskie. Może nawet przypominające te spod Stalingradu. Rwetest. Tumult. Krzyki. Odpalał co piaty wóz.
Co dziesiąty nie miał kierowcy, bo to była sobota i „szweje” zwyczajowo byli na „lewiźnie”.
Te które  zapaliły ciągnęły za sobą te, co nie zapaliły.
Kurwy i inne przekleństwa zastąpiły wszystko inne  co mogło charakteryzować człowieka władającego ludzka mową.
 
Straciłem orientację. Zresztą nie tylko ja. To co ruszyło, kierowało się w stronę bramy wyjazdowej. Ci z „lewizny” wracali pojedynczo i dodatkowo robili zamieszanie. Armagedon.
Do północy wyjechało ok. 20 procent pojazdów. Do szóstej rano w niedzielę 13 grudnia, może z połowa.
Rano wydano nam broń. Kazano pozostać w budynku szkoły podchorążych. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się ok. 10 rano.
Powiedział nam komendant szkoły. Nie było radia ani telewizji. Jednostka wyjechała w teren. Pozostali podchorążowie. Przez 2 tygodnie zabezpieczaliśmy jednostkę wraz z tymi z młodymi  z  „unitarki”.
Przez tydzień spaliśmy z bronią i w butach. Co 6 godzin pełniliśmy wartę lub wyjeżdżaliśmy w „teren” gazikami na patrole.
To był prawdziwy koszmar.
 
Jednostka utrzymywała łączność między Wrocławiem,  a Krakowem po zablokowaniu łączności cywilnej. Trwało to przez 3 tygodnie. Potem to wszystkie „dziadostwo” zaczęło wysiadać. Zabierano nawet eksponaty z sal wykładowych.
Ostatecznie bez jednego wystrzału łączność wojskowa padła.
Żołnierze wrócili do koszar.
Nie było już jednak tak jak przed. Było inaczej.
Zebe
O mnie Zebe

Large Visitor Globe

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (35)

Inne tematy w dziale Rozmaitości