Będzie trochę dywagacji w temacie tekstu Marcina Kacprzaka – „Polak – piłkarski łamaga na wieczność” w którym to Marcin przypisuje naszym piłkarzom obrazoburczo negatywne cechy utrwalone w stereotypach dotyczących nas jako Polaków, by w konkluzji stwierdzić, że jesteśmy niejako genetycznie zdefektowani. Ja zdaję sobie sprawę, że Marcin też zdaje sobie sprawę z tego, że użył celowo kolosalnego uogólnienia, by tę swoją tezę jakoś tam udowodnić. Co więcej, Marcin wierzy, że całkiem niezła baza sportowa, która w Polsce w ostatnich larach zaistniała, z powodu tych naszych wad genetycznych nie została należycie wykorzystana. To tak w dużym skrócie. Do tego też chciałbym się odnieść.
Oczywiście przyczyn naszej nieumiejętności grania w piłkę jest wiele i bynajmniej nie jest nią jakaś nasza „skaza”, która uniemożliwia nam osiąganie przyzwoitych wyników w piłce nożnej. Nie będę tematu rozwijał, bo to temat co najmniej na dobry doktorat. Skupię się więc na tym jednym wątku, który dotyczy wspomnianej naszej niemożności w piłce nożnej, gdyż w zasadzie ta niemożność dotyczy całego polskiego sportu definiowanego jako gry zespołowe.
Dawno temu, w latach 60-tych ubiegłego wieku publicysta – pisarz Zbigniew Załuski, kojarzony z „moczarowcami” napisał esej „7 polskich grzechów głównych”. Podejmując walkę z prześmiewcami, Załuski postanowił odczarować owe eksploatowane przez nich nonsensy – tytułowe polskie grzechy główne. Przeanalizował siedem wydarzeń: ataki „z kosami na armaty” w czasach powstania kościuszkowskiego i „z dubeltówkami na karabiny” w powstaniu styczniowym; szarżę pod Somosierrą i starcie pod Krojantami; obronę Reduty Ordona i Westerplatte oraz śmierć księcia Józefa Poniatowskiego w nurtach Elstery. Każde z nich odarł z maski „bohaterszczyzny”, czyli pięknych, niewiele znaczących gestów. Pokazał, że te polskie bitwy nie były wcale jakimś bezsensownym umieraniem, a bardzo racjonalnym i korzystnym działaniem. Ten fragment książki, napisany z rzeczywistym, popularyzatorskim zapałem, bardzo sugestywnie broni polskiej tradycji romantycznej, rozumianej jednak nie jako zbiór „rzeźni narodowych”, a raczej zespół pozytywnych mitów, mających nie tylko swoją wartość praktyczną, ale także moralną. W dalszej części książki Załuski przypisywał zasługi polskim komunistom „wyzwalającym” nasz kraj od wschodu. Pomińmy jednak ten wątek. W każdym razie był to pierwszy głos próbujący spojrzeć inaczej na naszą historię.
Wracając do tematu należy na samym początku jasno napisać, że państwo polskie po roku ’89 ma pogardliwy stosunek do sportu i kultury fizycznej. Powszechnej prywatyzacji nie oparł się też sport, a w tym piłka nożna. Do dziś zaś dominującym hasłem w sporcie jest – „nie ma na nic pieniędzy”. Znów muszę cofnąć się nieco w czasie. Marcin zapewne zapomniał, że w czasach słusznie minionych sport był oczkiem w głowie rządzących. Tak też było i z piłką nożną, która wbrew temu co pisze Marcin stała na niezłym europejskim poziomie – tak reprezentacyjnym, jak i klubowym.
Był okres w którym nasza reprezentacja znajdowała się w ścisłej europejskiej czołówce, a kluby bez bojaźni walczyły w europejskich pucharach. Wtedy w tych pucharach nie grało przysłowiowe „ pięćset pięćdziesiąt klubów”, a co najwyżej sześćdziesiąt.
Tak więc każda pierwsza runda skutkowała tym, ze trafiało się od razu na dobrą drużynę, a warto pamiętać, że grano systemem pucharowym. Tak więc dojście Górnika Zabrze do finału i Legii Warszawa do półfinału europejskich rozgrywek było wyczynem, którego długo żaden polski zespół nie powtórzy.
Dziś żyjemy w Polsce której państwo i samorządy traktują kulturę fizyczną jako przysłowiową kulę u nogi. Najchętniej w ogóle by zrezygnowano z zajęć z W-F. Honoruje się masowo zwolnienia lekarskie lub zwolnienia rodzicielskie od tych zajęć. Skutkuje to tym, że młodzi ludzie są w zastraszającym stopniu zdefektowani fizycznie. Brak zajęć korekcyjnych, brak opieki lekarskiej w szkołach, brak instruktorów do zajęć pozalekcyjnych, bo nie ma dla nich etatów. Mógłbym tak dłużej, ale przejdźmy wreszcie do sedna tej mojej notki, czyli do piłkarzy.
Marcin pisze, że „szkolenie młodzieży w naszym kraju bardzo się w ciągu kilku ostatnich lat poprawiło, coraz więcej jest porządnych boisk treningowych, a tymczasem tak jak hodowaliśmy piłkarskie łamagi tak nadal je hodujemy”.
To jednak kolejny mit, gdyż nie może być dobrego szkolenia dzieci i młodzieży, które nie przeszły w szkole podstawowej programu zakładającego harmonijny rozwój fizyczny. Ci młodzi ludzie są już na wstępie skażeni grzechem pierworodnym. Kiedyś stadion piłkarski był otoczony bieżnią. Jedną z konkurencji był też bieg przez płotki na dystansie 800 m. To takie dwa okrążenia boiska. Proponuję więc taki mały eksperyment myślowy – weźmy dowolną drużynę grającą w polskiej ekstraklasie i każmy tym zawodnikom przebiec ten dystans ustalając w miarę realny limit czasowy. Efekt będzie taki, że połowa zawodników nie dotrze do mety, a druga połowa będzie wyglądała jak po najbardziej morderczym maratonie. Piszę to, gdyż sam to widziałem na własne oczy.
Co z tego, że mamy coraz więcej boisk treningowych, jak na głuchej prowincji często są one pozamykane na cztery spusty z braku pieniędzy na ich utrzymanie, a samorząd nie może zatrudnić odpowiednich instruktorów ze wskazanego powodu. Zresztą wynagrodzenie takiego instruktora to w większości 600 zł brutto. Polska piłka to nie tylko pięć lub siedem dużych miast. To kilkanaście tysięcy osób uprawiających tę dyscyplinę po partyzancku, a przecież powinni oni podlegać surowej i wymagającej selekcji.
Wielokrotnie powtarzałem, że polscy piłkarze tym się różnią od tych „lepiej umiejących”, ze chodzą na treningi w przeciwności do tamtych, którzy chodzą do pracy. Sam widziałem Saganowskiego za czasów gdy grał w Odrze Wodzisław, jak na niecałą godzinę przed treningiem palił papierosa popijając kawę w klubowej kawiarence. Ja czołowy polski klub – Legia Warszawa była w stanie zatrudnić Daniela Ljuboję, który sobie wybierał dni do treningu, a wakacje spędzał w swoim rodzinnym kraju, gdy reszta drużyny –powiedzmy-trenowała. Albo taki Kosowski – odesłany do rezerw w Bełchatowie, znajduje wkrótce miejsce w Wiśle Kraków. Czy to nie kpiny ?
To nie ma nic wspólnego z genami. To po prostu brak profesjonalizmu. Powiedzmy, że wątek w tym temacie zakreśliłem, bynajmniej go nie wyczerpując.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)