Ostatnimi czasy monopol na ośmieszanie Polski w świecie mieli nasi piłkarze. Ostatnio jednak pałeczkę przejęli politycy i sympatycy PiS-u. Chyba nigdy tak mocno nie rumieniłem się ze wstydu, jak wówczas, gdy swoje żenujące przedstawienie w Parlamencie Europejskim pokazał Zbigniew Ziobro. Nigdy też nie musiałem tylu moim zagranicznym znajomym tłumaczyć, o co chodziło w tym polsko-polskim sporze, który Europa ma w głębokim poważaniu… Nigdy nie było mi tak wstyd. No, może poza momentem, gdy sponiewierany wirusem filipińskim Aleksander Kwaśniewski, udzielił ukraińskim studentom lekcji savoir vivru.
Pan Ziobro wybrał idealny moment do autopromocji swojej osoby. Moment, gdy jego głos był doskonale słyszalny. Słuchaliśmy i nie mogliśmy uwierzyć… Nie dość, że były minister sprawiedliwości pokazał, gdzie ma Polskę, to jeszcze okazało się, że cierpi na zaniki pamięci. Ziobro próbował wykreować się na obrońcę wolności słowa w kraju, w którym szaleje totalitaryzm i zamordyzm. Dla mnie pozostaje kolejnym kandydatem do zbadania u tego samego lekarza, co jego partyjny guru.
Ziobro zapomniał, iż za jego ministerialnej kariery, wszelkie służby były zaangażowane w tropienie i usuwanie „układu”. Zapomniał, jak CBA doprowadzało ludzi do samobójstw, jak osobiście oskarżał doktora G. o zabójstwa, jak kompromitowano biznesmenów i polityków z sojuszniczych ugrupowań. Teraz pochyla się nad losem internauty, którego prokuratura potraktowała nadgorliwie. Nie pamięta już jednak, jak z uporem godnym ważniejszej sprawy, za jego czasów, ścigano bezdomnego Huberta K., który znieważył Lecha Kaczyńskiego…
Nie chodzi mi w tym miejscu o to, aby wskazywać, co jest gorsze – „totalitaryzm” Tuska, jak twierdzi Rydzyk, czy kaczyzm, któremu Polacy powiedzieli zdecydowane „nie”. Chodzi o to, aby swoje brudy prać we własnym domu. Tutaj obrzucajmy się brudami, bijmy, kopmy i kąsajmy. Za granicą musimy jednak pokazać, że jesteśmy silnym krajem, pewnym swojej wartości. Krajem, z którym trzeba liczyć się w Europie i świecie. Ostatnio jednak polityków PiS-u ogarnęła prawdziwa mania skarżenia i poszukiwania międzynarodowego współczucia. Najpierw do USA wybrali się Fotyga i Macierewicz, aby znaleźć ucho, do którego można się wypłakać po tragedii smoleńskiej. A, że Stany, to kraj ogromny, podróż nie była krótka. Do tego stopnia, że kongresmeni, którzy mieli spotkać się z tym duetem egzotycznym, zdążyli poumierać… Propisowscy pismacy dostawali orgazmu opisując tę arcyważną dla kraju eskapadę. A w USA obchodziło to kogokolwiek, jak deszcz w Dakocie…
Potem niejaka pani Gosiewska seniorka, koniecznie musiała zakablować Obamie, jak to polski rząd, wspólnie z Ruskimi ukrywają prawdę o wypadku. Ostatnio mieliśmy jeszcze dramatyczne wyznanie ojca Rydzyka, który uznał, że wstrzymanie strumienia państwowych pieniędzy dla jego interesów to nic innego, jak wykluczenie i totalitaryzm. Tylko, co to obchodzi Europę? Czy słyszał ktoś, aby deputowany z Francji, Hiszpanii, Anglii, Niemiec itd. (niepotrzebne skreślić), urządził tam podobne jasełka, jak Ziobro? Widocznie inni mają więcej przyzwoitości. Naszym produktem eksportowym staje się powoli nasze polityczne buractwo.
Andrzej Prus


Komentarze
Pokaż komentarze (9)