Jesteśmy po wyborze Prezydenta RP i gdy przeglądam internet rzuca się w oczy ogromna frustracja przegranych. Prawdę mówiąc trudno się dziwić, skoro są to kolejne przegrane przez nich wybory. Do tego dołożyła się katastrofa smoleńska, która dotknęła tamtą stronę sceny politycznej szczególnie dotkliwie, gdyż utracili najwięcej swoich parlamentarzystów oraz wybranego przez nich Prezydenta będącego jednocześnie kandydatem w wyborach prezydenckich. Uczepiwszy się desperacko myśli, że brat bliżniak stanowić będzie naturalny zamiennik, budowali wizje swojej Polski, karmili się nadzieją wygranej, dzięki której mogliby odzyskać chociażby część utraconej, a zdobywanej z takim trudem, przestrzeni.
Tak się nie stało, więc zagubienie i nikłe perspektywy wyjścia z politycznego drugiego planu wzmaga w nich agresję. Teraz na pierwszy ogień upatrzyli sobie Prezydenta - elekta. Tego, który był przez nich określany jako zaledwie „pomocnik" Donalda Tuska, „drugorzędny polityk”, "ciamciaramcia", a który wygrał jednak z ich najlepszym kandydatem i niemal wielbionym przywódcą…
Bronisław Komorowski jeszcze nie objął oficjalnie funkcji urzędującego Prezydenta RP, a już z góry odmawiają mu wszystkich pozytywnych cech i dokonań na tym stanowisku. On po prostu nigdy nie spełni ich oczekiwań, bo to naruszałoby zasadę, którą założyli i której się będą uparcie i kurczowo trzymać. On w żadnej mierze nie może być dobrym prezydentem, bo to zawaliłoby ich teorię, że tylko ktoś o nazwisku Kaczyński może nim zostać, nawet jak był bardzo kiepskim prezydentem stolicy czy premierem nieudanego rządu.
I tak z roku na rok, pomimo wszelkich pięknie brzmiących haseł, rośnie mur odgradzający wyborców dwóch największych opcji politycznych. Podział na my i wy nabiera coraz ostrzejszych kolorów, słowa stają się coraz mocniejsze, porozumienie jeszcze bardziej nieprawdopodobne.
Gdy patrzę na ludzi biorących udział w propisowskich imprezach widzę jak jest mi do nich bardzo daleko, jaka dzieli nas głęboka przepaść. Daleko mi do tej ich zajadłości, agresji i ślepego przekonania o jedynie słusznej drodze, pomimo tylu dowodów na to, że nie była i nie jest ona akceptowana przez większość społeczeństwa. Całość budują tylko i wyłącznie w oparciu o jedną osobę – Jarosława Kaczyńskiego, który jest niezastępowalnym guru.
Ale przecież czas każdego mija, a czas dla tego, kto zalicza porażkę za porażką jest szczególnie bezlitosny, chociażby taką porażkę próbowano obwieszczać światu jakoby była sukcesem. Bo który to już raz i ile ich jeszcze będzie…?



Komentarze
Pokaż komentarze (72)