192 obserwujących
228 notek
831k odsłon
2530 odsłon

"Piłsudski" i "Legiony"

Wykop Skomentuj26

Przez lata nie można się było doczekać żadnego filmu próbującego opowiedzieć o genezie II Rzeczypospolitej. Jednak jak to w Polsce bywa, gdy na horyzoncie pojawiła się setna rocznica odzyskania niepodległości, a polityków opanowało patriotyczne wzmożenie, pieniądze (i to w naszych realiach całkiem spore) jednak się znalazły i produkcja ruszyła. Oczywiście terminów nie udało się już dotrzymać, bo Polacy planowania szczerze nie znoszą, ale ostatecznie, z niemal rocznym poślizgiem, niemal równolegle pojawiły się na ekranach aż dwa filmy dotyczące tej tematyki.

Od razu, uprzedzając możliwość błędnego odczytania kolejnych zdań, chciałbym zachęcić wszystkich dla których historia Polski ma jeszcze jakieś znaczenie do obejrzenia obu filmów. Naprawdę warto. Nawet tylko po to, aby dołożyć swoją maleńką cegiełkę sprzeciwu wobec definitywnego zdominowania polskiego kina przez troglodytów w typie Patryka Vegi, który na szczęście jeszcze nie wpadł na pomysł nakręcenia filmu historycznego.

Nie sądzę wprawdzie, aby inaczej niż w przypadku kolejnych dzieł pana Vegi, producenci „Legionów” (podobno trzykrotnie droższych od „Piłsudskiego”) odzyskali zainwestowane środki. Chyba, że odsieczą ruszy MEN zarządzając szkolne wycieczki do kina na ten film. Jednak byłaby szkoda, gdyby za sprawą frekwencyjnej porażki filmowcy odwrócili się od tematyki historycznej. Bo w naszej historii jest wciąż sporo ważnych tematów, które da się dobrze opowiedzieć. Oczywiście pod warunkiem, że się potrafi.

W „Legionach” zainwestowane środki widać przede wszystkim w scenach batalistycznych. Nie jestem od nich specjalistą, ale mam wrażenie, że kolejna próba ścigania się na tym polu z Hollywood zakończyła się porażką. W filmie jest jednak sporo innych, dobrych scen, które niestety nie układają się w żadną, wciągającą widza historię. Najwyraźniej zadanie przerosło czterech scenarzystów, którzy konstruowali fabułę romansowego trójkąta na tle dramatycznych wydarzeń z pierwszych dwóch lat I wojny światowej. A gdy scenariusz jest słaby, to reżyser, operator, czy aktorzy niewiele mogą już zdziałać. Nie znaczy to, że film w ogóle się nie broni. Warto go obejrzeć bodaj dla sceny, w której dwóch oficerów rosyjskiej armii, walcząc na szable, toczy równocześnie fundamentalny spór o sens swego życia. Jeden z nich jest już bowiem wziętym do niewoli oficerem Legionów, który ocalał za sprawą kaprysu swego pozostającego nadal w rosyjskiej służbie kolegi. Spodobał mi się też fragment opowiadający o wkroczeniu legionistów do Kielc, bo pokazuje znakomicie zarówno niechęć większości Polaków do akcji Piłsudskiego, jak i rolę przypadku w życiu głównego bohatera. Choć czy miał nim być rzeczywiście analfabeta Józek „Wieża”, grany przez Sebastiana Fabijańskiego i mający w sobie tyle z chłopa co każdy z Radziwiłłów, wiedzą chyba tylko autorzy scenariusza.

Jednak więcej scen zapadło mi w pamięć z krótszego i tańszego „Piłsudskiego”, którego życie ułożyło się w gotowy scenariusz filmu potencjalnie wgniatającego widza w fotel. Może dlatego, że więcej w nim sensownie napisanych dialogów, w których o coś chodzi, a mniej kosztownej batalistyki? Nie wiem. W każdym razie po tym filmie muszę przyznać, że Borys Szyc potrafi jednak zagrać coś więcej niż tylko uniwersalnego playboya, którego odgrywał w większości filmów z jego udziałem, jakie zdarzyło mi się obejrzeć. Jednak aby zrozumieć ten film, zaczynający się Bóg raczy wiedzieć dlaczego ucieczką głównego bohatera z domu wariatów, trzeba pewnej wiedzy historycznej, bez której galeria pojawiających się w nim historycznych postaci pozostanie całkowicie anonimowa. Niemniej scen godnych uwagi jest w nim naprawdę sporo. Dla mnie najciekawsza była ta pozornie drugorzędna, bez udziału głównego bohatera, w której Aleksander Prystor dokonuje zamachu na carskiego dygnitarza. Znakomicie i bez słów pokazano w niej bowiem cenę, jaką płaci się za wejście na drogę terroryzmu. Czyli tę drogę, którą wybrał patrzący dziś na nas z licznych pomników Józef Piłsudski.

Główny problem jaki mam z tym obrazem polega na tym, że przypomina mi historię trzygodzinnego filmu, którego ktoś wyciął blisko godzinę. Na początku zabrakło mi sceny wkroczenia ochrany do tej stancji w Wilnie, gdzie mieszkał student pierwszego roku medycyny Józef Piłsudski, całkowicie przypadkowo zamieszany w zamach na cara. A bez tej sceny, skutkującej zesłaniem, na którym Piłsudski poznał ciemniejsze oblicze państwa w którym przyszedł na świat, trudno widzowi zrozumieć dlaczego został politykiem, a nie lekarzem. Jednak jeszcze bardziej bolesny jest całkowity brak w filmie kilkunastu ostatnich lat życia głównego bohatera. Tych w których został marszałkiem i symbolem zwycięstwa w wojnie polsko-bolszewickiej, a później coraz bardziej zgorzkniałym dyktatorem, rozczarowanym tym jak wygląda jego wymarzona Polska. Wierzę, że taki film będzie mi jeszcze kiedyś dane obejrzeć.

Jednym słowem, stosując szkolną skalę ocen, „Piłsudskiemu” daje czwórkę, a „Legionom” trójkę. I raz jeszcze gorąco zapraszam wszystkich do kin.


Wykop Skomentuj26
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura