„Krzyż przeszkadza w podejmowaniu roztropnych decyzji i ma istotny wpływ emocjonalny, bo dekoncentruje posłów” – stwierdził Janusz Palikot na wieść o czterech ekspertyzach, z których wynika, że krzyż katolicki może sobie spokojnie wisieć w sali sejmowej. Jako jego przeciwnik doprecyzował, iż członkowie Ruchu Palikota „stwierdzają, że fakt wiszenia krzyża w sali sejmowej wpływa na kształt podejmowanych przez nich decyzji sejmowych”.
Ot, ciekawa przypadłość. Na tyle, że zacząłem się zastanawiać, czy owa roztropność ludzi Palikota, tak płocha na widok krzyża w sejmowej sali, jest równie płocha w biznesie, w którym ochoczo, gremialnie i z sukcesem realizują się Palikocięta. Wiadomo z ust samego przewodniczącego, że jest to partia ludzi przebojowych, mężnie znoszących opresję podatkową państwa, nieskalana budżetowymi darmozjadami, a jeśli już, to na zasadzie wyjątku. Ale, ad rem.
Poseł Ruchu Paliokota z Bydgoszczy zarabia na chleb przy pomocy „Delikatesów Osiedlowych”, których w grodzie nad Brdą posiada cztery. Pomysł zacny, daj Boże zdrowie. Do sklepów pana posła-biznesmena przychodzą ludzie, którzy w drodze wymiany towarowo-pieniężnej zaopatrują się w nich w podstawowe produkty spożywcze. Pieniążki supłają tam robotnicy, nauczyciele, urzędnicy, kierowcy, lekarze, policjanci, renciści i emeryci. Przychodzą także sataniści i ateiści, ewangelicy i zielonoświątkowcy, świadkowie Jehowy i poganie.
Przychodzą także do sklepów pana posła katolicy. Jako że stanowią 90 proc. populacji tubylczej, są pod względem handlowym targetem, który powinien u każdego kupca budzić zrozumiały respekt. Katolicy, którzy przychodzą do sklepów posła Ruchu Palikota nie wiedzą rzecz jasna, że dają zarobić parlamentarzyście, który do krzyża w sejmie ma stosunek, nazwijmy to… ekstraordynaryjny. Rodzi się zatem dość prozaiczne pytanie – czy gdyby wiedzieli, u kogo kupują, to czy czynili by tak dalej?
I tu dochodzimy do momentu, w którym katolicy mają szansę w sposób prosty, bez wdawania się w pyskówki i ideologiczne spory, okazać się skuteczni. Mogą zastosować sprawdzoną w wielu okolicznościach zasadę „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Pan poseł bojkotuje krzyż, my bojkotujemy sklepy pana posła. Co więcej, żeby bardziej bolało, rozważyć można także bojkot wyrobów piekarń, z którymi od lat współpracuje pan poseł, czym „Delikatesy Osiedlowe” chwalą się na stronie internetowej. Bojkot, jako modus operandi społecznej aktywności katolików, to mogłaby być spora siła rażenia.
Podejrzewam, że gdyby rzecz dotyczyła innego kraju i innej religii, dajmy na to islamu lub judaizmu, bojkot zapewne trwałby już w najlepsze. Przed sklepami stali by wolontariusze z odpowiednimi ulotkami i nagłośnieniem. W skrzynkach na listy, na wycieraczkach, w windach pobliskich blokowisk leżałyby informacje o sklepach, które należy omijać, bo pieniążki tam zostawiane zasilają kieszeń osoby, która jako poseł walczy z symbolem dla ich religii najświętszym i nienaruszalnym. Reszty dopełniałaby szeptanka, jak wiadomo, w handlu wyjątkowo skuteczna.
Warto może przy okazji zrobić przegląd profesji posłów Janusza Palikota z innych stron Polski. Sprawdzić, kto czym handluje, co produkuje, jakie usługi wykonuje… Zamiast kruszyć kopie o krzyż na warunkach Palikota, można zarządzić bojkot towarów i usług, z których posłowie Palikota żyją. To może bardziej boleć, niż najgorętsze słowa wypowiadane w słusznej, bądź co bądź, sprawie. Kto wie, czy nie byłoby to większe otrzeźwienie dla „krzyżoburców”, niż słowna przepychanka, w której zwycięzcą, dzięki usłużnym mediom, i tak będzie Palikot.
Idę o zakład, że dla biznesowej palikociarni pecunia non olet. Katolickie pecunia również. W końcu bussines to bussines. Tyle, że o katolickich pieniądzach decydują katolicy. I to, niestety, może być problem, bo katolików wprawdzie ci u nas dostatek, ale tych z dyszlem, jakby coraz mniej. Niemniej pomysł podrzucam. Amen.
www.eckardt.pl
Inne tematy w dziale Polityka