Jak już pisałem wcześniej nadrabiam ostatnio czytelnicze zaległości. Kolejną książką, za którą się zabrałem jest "Obóz świętych" Jean'a Raspail'a. Książka o tym jak milion głodujących biedaków z Indii opanowuje statki stojące w porcie w Kalkucie i płynie do Europy. O tym jak cały Zachód nie jest zdolny do najprostszego odruchu samoobrony. Jak zaczadzony poprawnymi politycznie bzdurami latami sączonymi przez artykuły, programy publicystyczne, a także - o zgrozo - kazania, nie jest w stanie użyć przemocy nawet postawiony pod murem. I jak szybko okazuje się że bez zdolności użycia faktycznej siły, bez ulitma ratio, całe społeczeństo jest domkiem z kart wrażliwym na silniejszy podmuch dziejowego wiatru. To jest ksiązka o upadku Zachodu.
Cała rzecz naprawdę robi kolosalne wrażenie, bo książka jest przeraźliwie prawdopodobna, ba często odnajdujemy w niej sceny jakby żywcem wzięte z otaczającej nas rzeczywistości.
Przecież w sensie duchowych Zachód jest już niemal martwy. Jeżeli milionowe demonstracje w największych europejskich miastach odbywają się pod hasłem potępienia tych, co jeszcze próbują za Zachód walczyć (np. w Iraku) - to o czym tu dużo mówić.
Swego czasu dla stłumienia tzw. rewolucji francuskiej wystarczyłoby kilka regimentów, które oddałyby parę salw w kierunku paryskiego motłochu. Zabrakło jednak dowódców zdolnych taki rozkaz wydać i żołnierzy zdolnych taki rozkaz wykonać. Nawet sam Ludwik XVI zachował się nie jak z Bożej łaski król Francji, Nawarry etc. etc. tylko jak "obywatel Kapet" potulnie dający się zaprowadzić na szafot jak baran na rzeź.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak jak rewolucję francuską przegrano nie na ulicach Paryża w 1789 roku ale dużo wcześniej przegrywając bitwę o zbiorową świadomość z pismami Russea'u, Diderota, Woltera i tym podobnych - tak dzisiaj, na naszych oczach, Zachód przegrywa bitwę na kolejnych koncertach, manifestacjach, listach intelektualistów.
Przepraszamy i wstydzimy się za krucjaty, za kolonializm, za kapitalizm i w ogóle za to że istniejemy, że śmiemy sobie jeździć klimatyzowanym Nissanem i popijać Chablis tudzież konsumować za pomocą noża i widelca - bo moralna racja jest po stronie tych co siedząc w kucki wygrzebują palcami ryżową papkę. Jeżeli uznajemy taką moralną perspektywę to tylko kwestią czasu pozostaje wyciągnięcie praktycznych konsekwencji z tego, że nas jest tylko miliony a ich miliardy.
"Obóz świętych", napisany w 1973 roku, nie zdezaktualizował się ani trochę. Pozostaje mieć nadzieję, że Raspail jednak w końcu okaże się złym prorokiem. Nadzieja zawsze umiera ostatnia.
Za puentę niech posłużą słowa samego autora:
"Jestem pisarzem. Nie proponuję ani nie bronię tu żadnej teorii, systemu ani ideologii. Wydaję mi się tylko, że jednyna alternatywa, która staje przed nami, jest taka: musimy albo nauczyć się tej zrezygnowanej odwagi bycia biednym, albo znów odnaleźć w sobie tę nieugiętą odwagę bycia bogatym. W obydwu przypadkach miłosierdzie zwane chrześcijańskim okaże się bezsilne. Nadchodzą okrutne czasy"



Komentarze
Pokaż komentarze (3)