Tego dnia UFO nie wylądowało o zwykłej porze, nie pojawiło się wieczorem, ani w środku nocy, czy choćby późnym popołudniem, kiedy wypatrują go rolnicy na polach i piloci F16. Tego dnia UFO wylądowało z samego rana, tuż przed pierwszym busem, który odjeżdża z naszej wioski. Nie lądowało też normalnie, jak to UFO ma w zwyczaju, a więc godnie, z ceremoniałem powolnego zniżania się talerza. Tym razem UFO zafundowało sobie szybkie lądowanko. Takie sekundowe PUF na ziemię.
Zwykła była tylko postać, która wysiadła z pojazdu - ot, zielony stworek z trąbką zamiast nosa. Nie zdziwiła się zatem mucha albo pszczoła, siła przyzwyczajenia, UFO na polu to normalka. Dlaczego tylko o tej porze? - pomyślała mucha lub pszczoła. Nie roztrząsała jednak tej kwestii zbyt długo. Trudno jest przecież skupić się na jednym temacie i myśli w określonym kierunku wytężać, kiedy macha się nieustannie skrzydełkami, a świat jawi nam się ciągle na linii góra-dół.
Stworek minął więc zdziwioną-niezdziwiona muchę lub pszczołę i zszedł na dół w kiedunku drogi, zatrzymujac się tylko na chwilę przy cmentarzu. Tam była szybka akcja. Schowanie czułków pod peruką, wyciągnięcie ubrania z podręcznej kosmicznej torby. Chwila refleksji nad tym, co i gdzie założyć. Na szczęście tym razem sprawa była prosta. Zwykłe urzędnicze ubranko. Kosmita najbardziej nie lubił przybywać na Ziemię w roli ładnych dziewczyn, a największe kłopoty sprawiało mu wtedy zakładanie legginsów. Tak, tak, łatwiej być urzędnikiem niż laską w legginsach - tego nauczył się jeszcze na Marsie od weterenów podróży na Ziemię.
Dwa złote dla busiarza i w drogę do miasta. W oddziale ZUSu juz czekają. Wszyscy już w pełnej gotowości, bo dziś będzie szkolenie. Urszula Tarrrantula - takie było ziemskie imię kosmity w tym wcieleniu - przyleciała specjalnie, żeby przeszkolić pracowników miejscowego oddziału ZUSu z personalizmu.
Dumne wejście przez drzwi oddziału. Ooooddział, baczność - krzyknęła Urszula, ale w tym momencie odezwał się jej czip - numerze pińcet, numerze pińcet. To oddział ZUSu, a nie artylerii polowej. Pomyliły ci się akcję. Przystąpić do korekty.
- Ehm, Ehm - wydobyła z siebie Urszula. - To taki żart. Zapraszam wszystkich przed budynek. Ehm, Ehm...
+++
- No, już wszyscy są - zaczęła przemowę przed budynkiem. - Słuchajcie, padalce, dziś nauczę Was personalizmu. Znajomość personalizmu to ważna sprawa, bo i redaktor Turowicz był personalista, i nawet pan prezydent Kwaśniewski, choć nigdy na głos tego nie powiedział, też był personalistą. Ale największym personalistą był ksiądz Tyszner.
Personalizm, droga załogo, to takie coś, że traktujecie ludzi jak osoby. Podchodzi do Was ktoś, przypatujecie mu się uwaznie, miarkujecie wzrokiem, a potem myslicie sobie. Tak intensywnie sobie myślicie, ze aż wam czułki spod peruki wyskakuja. Myslicie sobie: OSOBA. Powtórzcie!
- OBOSA - powtórzyli.
- Nie! O-S-O-B-A
- OSOWA!
- Już lepiej. Ale to jeszcze nie jest to. OSOBA. Tak z wyczuciem.
- OSOBA!
- O, właśnie. Poszło nieźle. A potem myślicie: patrzę mu w twaaarz.
- W RYYYJ! - odpowiedzieli.
- No, prawie, ale twarz brzmi lepiej. Twaaaarz.
- TRWAM! - dobiegło z tłumu.
- Kto to powiedział? Kto?
- Dowsilasowa - ktoś zakablował. - Ona zawsze tak ma. Zwłaszcza rano.
- Dowsilasowa, żeby to było ostatni raz! Na dzisiaj wystarczy.
+++
Taka to historia przyszła mi do głowy, kiedy pewnego dnia, zamiast pielęgnować pomidory, pojechałem do ZUSu i usłyszałem na powitanie:
- Niech osoba usiądzie.
A potem już było normalnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)