0 obserwujących
1 notka
2376 odsłon
2305 odsłon

Zaszczyt, na który muszę zasługiwać

Wykop Skomentuj32

Śmierć Kornela Morawieckiego jest dla mnie oczywiście przede wszystkim wielkim bólem. Zarazem jednak winien jestem Bogu wielką wdzięczność za to, że dane mi było nie tylko z tym wielkim człowiekiem się zetknąć, zostać trybikiem w wielkiej machinie konspiry, której on był twórcą, lecz nawet, przez długie dziesięciolecia, być obdarowanym jego przyjaźnią.  

Obok tego, że dane mi było urodzić się jako Polak, przyjaźń Kornela Morawieckiego uważam za największy zaszczyt, jaki spotkał mnie w moim życiu.

Najpierw Kornel był dla mnie legendą. Herosem ze spiżu, który na przekór cenzurze i siepaczom totalitarnego reżimu, potrafił wydawać „Biuletyn Dolnośląski” – pierwsze niezależne pismo drugiego obiegu, jeszcze przed Sierpniem 1980 trafiające do moich rąk. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie robiło, bo nie dowierzałem temu, co widziałem. Miałem ledwie szesnaście lat, gdy w głowie tętniły mi pytania: „Coś takiego się w naszej zniewolonej Polsce ukazuje? Jest to więc możliwe? Kim są ci niezwykli ludzie, potrafiący się odważyć i dokonywać czegoś takiego?” Potem o Kornelu słyszałem jako o głównym inspiratorze wrocławskiego i dolnośląskiego Sierpnia – czasu, którego też nie zapomnę do końca życia. Jeszcze trochę później okazało się, że Kornel Morawiecki drukuje gazetki rosyjskim alfabetem – dla sowieckich żołnierzy, stacjonujących w naszym kraju. Gazetki pojednania – mówiące o „waszej i naszej wolności”, o wspólnocie losu narodów zniewolonych tą samą komunistyczną opresją. O perspektywie wspólnej wolności. Za zredagowanie i wydrukowanie tych gazetek pojednania (nie nazywały się tak, ale każdy, kto choćby zaczął je czytać tak by je nazwał) jesienią 1981 Kornel Morawiecki został aresztowany. Powodem być miało „podważanie sojuszy z ZSRR”. Uwolniony dzięki solidarnej postawie dolnośląskich związkowców odpowiadał z wolnej stopy. Jego proces ruszył bardzo szybko i był relacjonowany na łamach pisma „Z dnia na dzień”. Pisma, które to on uratował 13 grudnia 1981, natychmiast uruchamiając nową redakcję i sieć doskonale zakonspirowanych drukarni. Od pierwszego dnia stanu wojennego to pismo było znakiem nadziei. Dowodem na to, że Solidarność żyje. Nawet wtedy, gdy mury zakładów pracy, strajkujących w obronie Solidarności, były już stratowane gąsienicami czołgów. To przede wszystkim dzięki Kornelowi „Z dnia na dzień” ukazywało się wtedy co dwa dni, jego nakład sięgał kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, trafiających często do najmniejszych nawet miejscowości Dolnego Śląska.

W tamtym czasie sam też włączyłem się w działalność podziemia. Aktywności naszej młodzieżowej organizacji zrazu były nieporadne a nasz podziw dla Kornela Morawieckiego i jego organizacji – z miesiąca na miesiąc coraz większa. Bo z miesiąca na miesiąc stawało się coraz bardziej oczywistym, kto w solidarnościowym podziemiu jest postacią największego formatu.

Dniem wielkiego zaszczytu był dla nas pierwszy dzień szkolenia drukarskiego, zorganizowany dla młodzieżowych konspiratorów przez działaczy Solidarności Walczącej. Wiosna 1983 - „Ludzie od Kornela” mieli nas uczyć druku! I nauczyli. A potem przygarnęli część z nas, kiedy nasza pierwsza organizacja poszła w rozsypkę po serii aresztowań, spowodowanych donosami ojca jednego z członków naszej uczniowskiej konspiry. Tak to pewien legendarny wówczas jawny opozycjonista okazał się zwykłym zawodowym zdrajcą. A dowodem zdrady, szerzącej się w innych kręgach, była seria aresztowań kolejnych liderów Regionalnego Komitetu Strajkowego. My mieliśmy wtedy po kilkanaście lat. Takie doświadczenie – mogło złamać kręgosłup. Mogło zabrać wiarę w sens zmagania się z totalitarną opresją. Ale była organizacja, stworzona bez uratowanych osiemdziesięciu milionów. I był jej przywódca – działający z niesłychaną efektywnością, ciągle mnożący formy konspiracyjnej walki, niezłomny i – nieuchwytny. Jego Solidarność Walcząca była dowodem na to, że ta walka ma sens. Każdy dzień działalności najbardziej zwalczanej organizacji – był dowodem jej zwycięstwa. Na szczytach wieżowców Wrocławia bezpieka zamontowała olbrzymie, kosztowne, obrotowe maszty radiopelengacyjne. A my co parę dni słuchaliśmy, grającego tym masztom na nosie, Radia Solidarność Walcząca! A w jego audycjach – głosu Kornela Morawieckiego!

„Nasza Wizytówka”, wydana przez Solidarność Walczącą w początkowym okresie jej działania, składała się między innymi z pytań i odpowiedzi. Jedno z pytań brzmiało: „Ilu nas jest?” I odpowiedź: „Dziś kilkuset. Jutro – i Ty wśród nas”. Ta odpowiedź wręcz mną wstrząsnęła. Niemal krzyknąłem: „Ja też w Solidarności Walczącej”? Jakież musiały być wtedy te nasze młodzieńcze emocje, jeśli na tak sformułowaną odpowiedź poczułem się tak, jakby ktoś mocno wskazał na mnie palcem mówiąc gromkim głosem: „Ty też wśród nas!” I wcale nie trzeba było tak długo czekać, gdy w moim przypadku to stwierdzenie – wskazanie sprawiło, że w sposób jak najbardziej rzeczywisty stałem się członkiem Solidarności Walczącej.

Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka