Artur Bazak Artur Bazak
96
BLOG

Bitwa warszawska - czyli młode willki atakują Kościół

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 1

"Jak to dobrze, że Pan Bóg stworzył Gazetę Wyborczą i Przekrój!" - chciałoby się zawołać, trawestując słowa Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP, mówiącego o ateistach. Niejaki Grzegorz Rzeczkowski w Przekroju i nieoceniony w swojej kulturze poprawnego myślenia prof. Andrzej Romanowski w Gazecie Wyborczej dali popis swoich retorycznych i intelektualnych zdolności, poddając wyczerpującej diagnozie sytuację po "bitwie warszawskiej", w której starły się: boża armia braci w biskupstwie i dzikie hordy rozszalałych, zdziczałych  i żądnych krwi "młodych świeckich prawicowych wilków".

Publicysta Przekroju nie wysilił się zbytnio, jesli porównać jego wywody z erudycyjną siłą rażenia pana od języka polskiego z Krakowa, dającego lekcje poprawnego myślenia w Gazecie. Ale nie zrażajmy się i, z należną takim publicystycznym wygibasom uwagą, przyjrzyjmy się, co też pan Rzeczkowski ma nam do powiedzenia.

Teza tekstu z Przekroju nie jest zbytnio skomplikowana, żeby nie powiedzieć, prymitywna. Otóż według autora hierarchia polskiego Kościoła została pokonana przez "młodych świeckich", inaczej mówiąc: " sympatyzyjących z prawicą publicystów i dziennikarzy", "świeckich konserwatystów", "młodych świeckich prawicowych wilków". Ich matką "Fronda", która wykarmiła młode wilczki chrześcijańskim radykalizmem i ortodoksją. Pisze Rzeczkowski, że po okresie koniunktury na idee wyznawane przez młode wilczki, przyszły lata chude, podczas których zwarte stado rozpierzchło się po rozmaitych terenach łowieckich. Jak skomentował to przywołany przez autora specjalista od spraw kościelnych ("niezależny" publicysta "Krytyki Politycznej) Jarosław Makowski: " Stworzyli taką strukturę sieciową. Nie strzelali już z jednej armaty, tylko z trzydziestu." Tyle specjalista. Dalej już było tylko gorzej - pisze przejęty Rzeczkowski. Do rozproszonego stada dobiegł kolejny "młody wilk", czyli Jarosław Gowin (rocznik 1961) - rzekoma ekspozytura katolewicy, który ogłosił śmierć katolicyzmu otwartego wraz z odejściem w 2001 r. ks. Józefa Tischnera i przesunął się wyraźnie w prawo (śmiem twierdzić, że jeśli ktoś chociaż trochę zna Gowina, to wie, że tak było zawsze, odkąd był naczelnym Znaku i nigdzie się nie przesuwał) W 2002 wilki zaczęły ujadać, bo jeden z prominentnych biskupów lubił młodych chłopców. Gdy nadeszły "straszne czasy strasznych ludzi", wilki zyskały po raz drugi wsparcie w silnym politycznym stadzie. Przywódcy stada - Tomek z Polska Presse i Jarek z Wyższej Szkoły Europejskiej oraz Paweł z Chrystianitas stoczyli bitwę swojego życia. Arcybiskup padł. Na tym nie koniec, bowiem, jak pisze niezwykle przenikliwy w swym proroczym uniesieniu publicysta Przekroju: " "Pewne jest jedno - ten sukces młodym świeckim konserwatystom nie wystarczy. Następnym celem będzie uzyskanie wpływu na obsadę nowego metropolity warszawskiego, a kolejnym - lustracja w Kościele. Według Jarosława Makowskiego cel strategiczny jest inny i niezwiązany z Kościołem: - Kościół jest tylko narzędziem. Prawdziwa gra idzie o dostęp do wszystkich teczek. Jak zlustrują księży, nikt nie stanie im na przeszkodzie w realizacji tego celu." Niezawodny w takich momentach o. Tadeusz Bartoś OP -przywołany przez Rzeczkowskiego - ocenia ten atak z prawej strony jako przeciwny duchowi soborowemu: "Według niego taka lustracja jest „na opak z ideami soboru", bo bunt podnieśli ludzie ze skrzydła konserwatywnego - zwolennicy idei przedsoborowych, powrotu do tradycji, liturgii łacińskiej. Bo zamiast na forum Kościoła krytykę głoszą w wolnych, prywatnych, niezwiązanych z Kościołem mediach." I tak publicysta Przekroju, niezależny specjalista z Krytyki Politycznej (wcześniej w Tygodniku Powszechnym) oraz dominikanin, strażnik prawomyślnej wykładni soboru dokonali poruszającej umysł i serce diagnozy pierwszego etapu wojny biskupio-wilczej.

Wypociny, przejętego troską o depozyt wiary, kolegi z Przekroju nijak się mają w urodzie kompozycji, doborze argumentów i wspierających je autorytetów do ekwilibrystyki prof. Andrzeja Romanowskiego z mojej Alma Mater (Boże, ratuj nasz  uniwerystet i jego wychowanków!!!).

Pan od języka polskiego ogłosił w swojej Gazecie kolejny antylustracyjny wykład. Warto się nad nim pochylić, bo znamionuje bardzo charakterystyczny dla tego środowiska miłośników Kościoła katolickiego sposób myślenia i patrzenia na otaczający świat. Czasem, czytajac takie teksty, zastanawiam się, czy autor i ja żyjemy w tym samym świecie albo przynajmniej w światach jakoś tam przystających, graniczących. Ostatnio - chyba pod wpływem lektury Gorgiasza Platona - pozbawiam się takich złudzeń.

Swój porywający wywód prof. Romanowski rozpoczyna od wykładu teologicznego na temat roli i znaczenia miłosierdzia, ukazując, jak pamięć o przesłaniu ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II została zatarta przez obecnie dziejące się wypadki. Przesłanie miłosierdzia, tak bliskie "michnikowszczyźnie" (oprócz dziejów honoru w Polsce) zostało splugawione przez ludzi "prostych prawd i prostych odpowiedzi. A zarazem ludzi, którzy nie wiedzą, czym jest istota chrześcijaństwa: miłosierdzie." - pisze autor. Konkluzja prof. Romanowskiego jest prosta: "Jan Paweł II sprawę Miłosierdzia Bożego postawił w centrum swego nauczania. Kiedy jednak z minionych lat usiłuję sobie przypomnieć jakiś głos na temat miłosierdzia w życiu publicznym, sztuki wybaczania, gotowości do pojednania - wówczas nie przychodzi mi do głowy nikt z biskupów czy z katolickiego laikatu, lecz tylko Adam Michnik." Pozostaje zawołać: "Adam na stolec biskupi!!!"

Cios przyszedł z  prawej strony - stwierdza, wtórując koledze z Przekroju, krakowski profesor. Prawicowi fanatycy lustracji, nie rozumiejąc przesłania Ewangelii (którego istotę, a jakże, prof. Romanowski w artykule wykłada), wbrew postanowieniom Rzymu (profesor zatrzymał się na tym z 21 grudnia, bo mu bardziej pasowało do wywodu) i przeciwko woli biskupów, przypuścili atak na Kościół, zasadę miłosierdzia i "przedawnienia największych nawet zbrodni" czy wreszcie zasadę "demokratycznego państwa prawa". To początek schizmy, grzmi profesor i przywołuje na dowód swoją rozmowę z ks. Tischnerem: "Kiedy przed dziesięciu laty, w przededniu kolejnej pielgrzymki papieskiej do ojczyzny, rozmawiałem z ks. Józefem Tischnerem, usłyszałem w pewnej chwili słowa: "Andrzejku, ja się boję w Polsce schizmy". Ta fraza wydała mi się wtedy - mimo wszystko - tak niewiarygodna, a zarazem tak wstrząsająca, że dźwięczy mi w uszach do dziś. Aż nadszedł czas przewidziany przez Tischnera. W polskim Kościele mamy schizmę. Innej schizmy nie będzie." Amen!

Kolejne wątki, poruszane przez profesora z Krakowa dotyczą zawłaszczenia Koscioła przez straszną władzę Kaczorów, poddanie sile destrukcyjnego oddziaływania układu, jaki powstał na gruncie frenetycznej żądzy lustracji, składającego się - wedle autora - z mediów, części władzy i części służb specjalnych (czyli IPN, jakby ktoś nie wiedział). Enuncjacji profesora na temat Instytutu Pamięci Narodowej i jego szkodliowści dla demokratycznego państwa nie trzeba tu przypominać. Ta brazyliada jest ulubioną specjalnością Romanowskiego i każdy, kto choć raz miał w ręku jego artykuł na jakikolwiek temat mógł o tym przeczytać. Swoją drogą rekonstruowany przeze mnie z nieudolnością tekst trzeba przeczytać w całości. Jego zniewalającej urody logicznej przywołać niepodobna.

Obaj panowie nie szczędząc piór i umysłów "ostrych jak gilotyna" - że zacytuję klasyka Dariusza Karłowicza - wyłożyli w sposób paradygmatyczny swoje środowiskowe credo. W swojej trosce o Kościół, której dawali nieraz wyraz, odgrzebując niekwestionowane autorytety i niezależnych specjalistów przyłączyli się do tej obrzydzającej ich wojny. Sęk w tym, że to nie wojna a już na pewno nie wojna o lustrację czy bunt świeckich przeciwko hierarchii. Ta wojna toczy się w głowach szanownych panów. Takimi tekstami jak te autorstwa Grzegorza Rzeczkowskiego "Kto pokonał hierarchię?" i prof. Andrzeja Romanowskiego "Niech układ lustruje" pewni ludzie udowadniają, że po pierwsze, nie znają się kompletnie na sprawach Kościoła, po drugie, nie wyciągnęli wniosków z tzw. "zimnej wojny religijnej" połowy lat '90, po trzecie, pokazują, że tytuł profesora nie jest warunkiem wystarczającym do odczadzenia zniewolonego ideologią umysłu a pozycja publicysty nie zwalnia od elementarnego myślenia.

I pomyśleć, że tacy ludzie uczą na uniwersytetach i piszą w gazetach. Włos się jeży na głowie!





Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka