Szczyt UE w Brukseli wywołał lawinę politycznych i publicystycznych komentarzy. "Klub zatroskanego Europejczyka" został także zawiązany na www.salon24.pl. Najważniejsze instytucje zajmujące się w Polsce problematyką zagraniczną wstrzymują się wciąż od opublikowania analiz oceniających skutki brukselskiego szczytu, polskiej strategii negocjacyjnej oraz jej efektów dla pozycji Polski w UE, jej politycznej roli i - co nie mniej ważne - dla naszego wizerunku w Europie. Świadczy to o niezwykłej złożoności całej sprawy, którą publicyści oraz ośrodki badań opinii publicznej chciałyby usilnie włożyć w prosty schemat: sukces czy porażka.
Opadł kurz pierwszej brukselskiej bitwy o polityczną przyszłośc UE. Rozgorączkowani dziennikarze rozjechali się do swoich redakcji. Nadszedł czas na refleksję i spokojną ocenę tego, co wydarzyło się w Brukseli. Moją uwagę przykuły dwa wywiady i jeden artykuł. Uprzedzając krytykę - stronnicze i przedstawiające UE jednostronnie, żeby nie powiedzieć skrajnie jednostronnie. Ich zaletą jest jednak to, że są pozbawione tej strasznej euronowomowy, która przyobleka partykularne interesy określonych grup i narodów.
1. Na pierwszy ogień mój ulubiony Daniel Cohn-Bendit. W wywiadzie udzielonym "Dziennikowi", dzień po zakończeniu szczytu, Cohn-Bendit przejechał sie po Polsce, poddając krytyce jej strategię, tepy opór przed europeizacją, większą integracją i...demokratyzacją UE. Bohater '68 chce Europy wartości, nie chce Europy- związku gospodarczego kilkunastu państw. Nie wiem, co Cohn-Bendit rozumie pod pojęciem "Europa wartości", ale obawiam się, że nic co przypominałoby choć trochę założenia Ojców założycieli Wspólnoty. Po raz kolejny dostało sie Polaczkom, którzy ośmielili się wziąć udział w grze na równych zasadach z zachodnimi sąsiadami.
2. Marek Magierowski w artykule pt. "Stany Zjednoczone Europy idą do lamusa" napisał, że "w gmatwaninie skomplikowanych wzorów na obliczenie siły głosów w Radzie Unii Europejskiej, wśród pierwiastków i "narzędzi blokujących", zaniknął gdzieś główny rezultat ubiegłotygodniowego szczytu w Brukseli: ostateczne pożegnanie z ideą Unii jako superpaństwa". Sarkozy, Merkel i Blair, na których z wytęsknieniem patrzyli polscy politycy zagrali twardą narodową kartą. Jednocześnie Merkel - kanclerz Niemiec, które bez cienia zażenowania powróciły do imperialnej polityki europejskiej - pokazała sie jako żelazna kanclerz. Prezydent Francji obronił francuskie jogurty, osiągając swój cel w postaci wykreślenia zapisów w traktacie o nieskrępowanej konkurencji. Blair tym samym oddał Francuzom pałeczkę w tej tak drażliwej dla Brytyjczyków sprawie.
"I tak oto szczytna idea europejskiego superpaństwa utonęła w morzu partykularnych interesów państw i ich przywódców. Niektórzy mogą taki rozwój wydarzeń uznać za dopust boży, ja jednak będę się upierał, że innego scenariusza być nie mogło i stało się dobrze, że Stany Zjednoczone Europy odchodzą do lamusa jako projekt groteskowy i intelektualnie pokraczny - przekonuje Magierowski.
I pisze dalej: "Można wymyślać jeszcze różne powody, dla których Unia powinna być jednolitym organizmem państwowym, ale akurat argument globalizacyjny jest wykorzystywany najczęściej. To dziwne, bo niezwykle łatwo go obalić. Rosnąca potęga Azjatów nie zasadza się na geograficznej wielkości, także kryteria demograficzne nie są najważniejsze. Chiny i Indie rozwijają się szybciej niż kraje Unii Europejskiej, bo postawiły na kapitalizm." Proste? Tak. Ale nie dla biurokratów z Brukseli. "Europa może w istocie pozostać w tyle za Azjatami, nie dlatego jednak, że nie jest jednolitym ciałem, tylko dlatego, że broni się rękami i nogami przed wolnym rynkiem. Nie pozwala Europejczykom rozwinąć skrzydeł, tłamsi ducha przedsiębiorczości - kończy gorzko zastępca naczelnego "Rz". I trudno odmówić mu racji.
3. Roger Scruton, brytyjski filozof, w wywiadzie udzielonym "Rz", przekonuje, że Europa poddając się marzeniom biurokratów-darmozjadów o politycznej UE, jako superpaństwa, sama nakłada sobie pętle na szyję. "Proces integracji niesie ze sobą gigantyczne ilości rozmaitych regulacji prawnych i w praktyce powoduje, że jesteśmy coraz mniej konkurencyjni na globalnym rynku. Obecnie mamy do czynienia z powrotem do socjalizmu, z przepisami, które krępują ludzką przedsiębiorczość. Sami zaciskamy sobie pętlę na szyi." Scruton uważa, że przez to ginie naturalny europejski geniusz. Krótki rzut oka na historię Europy dowodzi, że ma rację. Nasz geniusz skarlał w XX w. Dzisiaj zdycha w oparach brukselskich absurdów.
"Co więc musimy zrobić, aby sprostać wyzwaniom XXI wieku?
Przede wszystkim uwolnić się z gorsetu 170 tysięcy stron niedorzecznych unijnych przepisów. Po prostu przestać się wreszcie mieszać do gospodarki i pozwolić, żeby wyzwolił się naturalny geniusz Europejczyków.
Czym wtedy będzie się zajmować armia unijnych urzędników? Co z nimi zrobić?
Jak to co? Przestać wreszcie im płacić wynagrodzenia. Powiedzieć, że są dorośli i muszą sami znaleźć sobie pieniądze na utrzymanie. Należy również dostarczyć im dużych ilości dobrego wina. Na pocieszenie.
Z tego wniosek, że Unia już nie jest potrzebna?
Zapewne może się do czegoś przydać. Może być na przykład bardzo dobrym forum, na którym państwa Europy rozmawiają o rozmaitych problemach kontynentu. Na przykład, jak dbać o wspólne bezpieczeństwo.
Chyba trudno oczekiwać, że Unia Europejska zastosuje się do pańskich rad...
Wtedy na pewno długo nie pociągnie. Nie można bowiem wiecznie iść przeciwko ludzkiej naturze. Ale też z załamaniem się tej instytucji związane jest poważne zagrożenie. Skutkiem upadku Unii mogą być tarcia i wrogość między poszczególnymi państwami naszego kontynentu. To z kolei może doprowadzić do blokad ekonomicznych i innych nieprzyjemnych spraw, które zdestabilizowały Europę w XIX wieku.
Już podczas tego szczytu doszło do tarć między Polską a Niemcami.
Nie dziwię się. Najbardziej niepokojące jest to, że niemieckie działania podejmowane wraz zRosją mają bardzo często antypolski charakter. To bardzo nierozważne. W ten sposób prowokuje się bowiem powrót starych obaw, wywołuje wspomnienia o pakcie Ribbentrop - Mołotow.
Nie ma tu miejsca na europejską solidarność?
Jak już powiedziałem, liczy się tylko interes narodowy. Niemcy wiedzą, że Rosjanie dysponują gigantycznymi złożami surowców, na których im bardzo zależy. A to, że używają ich jako broni przeciwko państwom, które kiedyś znajdowały się w ich strefie wpływu, no cóż...
Dopóki Polska się nie wychylała, wszyscy w Unii klepali nas po plecach. Teraz, gdy próbujemy prowadzić bardziej samodzielną politykę, jesteśmy karceni. Do Niemiec, które podczas szczytu również twardo walczyły o swój interes narodowy, nikt nie ma pretensji. Czy w Unii są równi i równiejsi?
Niestety tak. Właśnie w taki sposób myślą europejskie elity, choć oczywiście nigdy otwarcie się do tego nie przyznają. Problem ma jednak również podłoże ideologiczne. Obecnie w Polsce jest rząd konserwatywny. Właśnie dlatego europejska biurokracja i elity nigdy go nie zaakceptują i będą się starały go marginalizować. Tak było z Austrią, a teraz jest z Polską i do pewnego stopnia z Czechami. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Wynika to z ich naturalnego instynktu. Panicznie boją się konserwatystów, bo wiedzą, że któregoś dnia mogą oni rozpędzić eurokratów na cztery wiatry." ("Rz")
***
Gdzie zatem zmierza dzisiaj UE? Chyba nikt nie wie do końca. A może wszyscy wiedzą? Dlatego najważniejsi europejscy gracze tak twardo forsują interesy narodowe? UE dwóch prędkości? Na to wskazywałaby logika przyjętego systemu głosowania w kontekście ewentualnego rozszerzenia UE o Ukrainę i Turcję. No, ale skoro polityczny stop UE, będzie rozbity u podstaw, to jedyna podstawa istnienia UE - wspólny rynek, wolna wymiana i handel oraz przepływ osób - która dzisiaj jest parodią samej siebie prowadzic może tylko w jedną stronę. Końca Unii Europejskiej takiej, jaką dzisiaj znamy.



Komentarze
Pokaż komentarze (30)