Mój ulubiony salonowy Profesor z Florencji napisał szczerą do bólu notkę na temat zdecydowanie - jego zdaniem - przecenianego Krakowa.
Pisze: "Kraków jest prowincjonalny, zatęchły i nudny; Warszawa jest wspaniała, otwarta i kosmopolityczna. W Krakowie wszyscy twierdzą że znają wszystkich innych, co w rezultacie daje atmosferę monotonnego grajdoła; w Warszawie wszystko może się w każdej chwili przydarzyć, z najpiękniejszymi nieznajomymi. Bo Warszawa ma fantazję, radość i tę niezbędną odrobinę hucpiarskiej dezynwoltury, która nadaje życiu smak. W Krakowie ludzie kiszą się w obrębie jakichś Plant, a największą przygodą może być spotkanie starego, nudnego znajomego, rzecz jasna wywodzącego się z „dobrej krakowskiej rodziny" (co jest nieuchronne, bo w Krakowie każdy twierdzi, że pochodzi z dobrej krakowskiej rodziny). Na dodatek w Krakowie jacyś trębacze co godzina fałszują denerwującą melodyjkę, nie dając ludziom skupić się na własnych myślach."
Mieszkam w Krakowie od siedmiu lat. Wyjechałem z małego śląskiego miasta, które opuściłem już bez żalu wybierając sie do liceum w Rybniku. Podjarany Krakowem bylem niemiłosiernie. Szybko to jednak minęło. Na szczęście. A że skromne uposażenie studenckie, raczej spokojna natura, a później problemy zdrowotne nie pozwoliły korzystać ze studenckich uroków tego miasta, toteż moje doświadczenie Krakowa jest więcej niż skromne. A może dzięki temu od samego początku nabrałem potrzebnego dystansu, ktore pozwala mi tu jeszcze wytrzymywać. Jedno wiem na pewno. Jesli mam wskazać, gdzie jest moje miejsce na ziemi, to jest nim Kraków. A zwłaszcza okolice, które zaczynają się poza obrębem Plant.
Wynajmowałem wiele mieszkań. Dzieliłem pokój z rozmaitymi ludźmi. Dzisiaj cenię sobie niezwykle prywatność, spokój i własne cztery ściany. Mieszkam w uroczej, sportretowanej przez Pilcha w jego najnowszej książce "Moje pierwsze samobójstwo", okolicy. Plac na Stawach. Tuż za Domem Łowczego, gdzie mieści się siedziba Znaku. Nieopodal Błoń i Alei Waszyngtona, ktora wiedzie...tak, do RMF-u także, ale mi chodziło raczej o Kopiec Kościuszki i Las Wolski. 20 minut spaceru i jestem w "okolicznościach przyrody", które przypominają raczej wiejski krajobraz podgórski niż duże misato królewskie. I to jest kwintesencja tego miasta.
Mieszanka mieszczaństwa, bufonady, snobizmu i z drugiej strony, prowincjonalizmu w najlepszym wydaniu, nieodkrytych przez stado rozwrzeszczanych turystów i onanizujących sie publicznie Angoli, którzy zawalają swoimi pijanymi cielskami centrum miasta, miejsc, w których można przemysleć nowy artykuł, napisać w głowie drugi rozdział powieści, uspokoić rozedrgane pracą myśli. Tego w Warszawie nie uświadczysz, Panie Profesorze.
Z mojego domu wiedzie piękna trasa rowerowa bulwarami wiślanymi do Tyńca. Tam znajduje się klasztor benedyktynów. Jedno z piekniejszych miejsc, jakie widziałem. Lubię pojechać tam sam i wieczorem, kiedy nie ma już nikogo na dziedzińcu, usąść i pomedytować. Pomodlić się. Nie ma takiego drugiego miejsca na ziemi.
Ale - jako że krakusem nie jestem, co sobie nawet chwalę - mam do tego miasta i ludzi duży dystans. Kraków, w którym żyję i do którego wracam codziennie z pracy w Katowicach, czy z wyjazdów "służbowych" do Warszawy to moje miasto, na które sklada się parę miejsc nie będących w programie turystycznych eskapad.
Poznałem smak goryczy i niemoty tego miasta. dlatego pracuję w Katowicach i Warszawie. Doświadczyłem cholernej rytualności, paraliżującej każdą nową inicjatywę. Obecnie też dotyka mnie towarzyski ostracyzm - pokryty udawanym uśmiechem - za zdradę środowiska i rozbijanie go tworzeniem nowego pisma. Ale mam to w dupie. I robię swoje. A do Krakowa wracać będe zawsze, bo to moje miejsce na ziemi.



Komentarze
Pokaż komentarze (22)