Nie chciałem pisać setnego komentarza na temat poczynań dyrektora Radia Maryja. Pamiętam jaką burzą medialną wywołał rok temu słynny felieton Stanisława Michalkiewicza na falach rozgłośni. Publicysta - w opini wielu - pozwolił sobie wówczas na kilka stwierdzeń o wyraźnym charakterze antysemickim. Słowom oburzenia nie było końca. Wrzawa szybko jednak ucichła. Episkopat wykonał parę pozornych ruchów rozjemczych, a życie potoczyło się dalej.
Pamiętam wyraźnie ówczesny komentarz Szymona Hołowni, w którym przestrzegał przed zbytnim zajmowaniem się sprawą toruńskiej rozgłośni. Przekonywał, że Radio Maryja oraz o. Tadeusz Rydzyk nie są największymi problemami polskiego Kościoła. Problemem jest sztuczne rozdmuchiwanie tego zjawiska przez media. Niedawno podobną opinię wygłosił wobec krytyki z jaką spotkał się ks. prałat Henryk Jankowski z Gdańska. Przy czym zaznaczył, że jest to chory człowiek i nalezy raczej z nim postępować jak z chorym właśnie. Medialny kontredans wokół takich postaci jak ks. Jankowski czy o. Rydzyk nie pomaga w rozwiązaniu problemów, jakie stwarzają. Tyle Hołownia.
Publicysta "Newsweeka" jest jednym z ciekawszych komentatorów życia religijnego w Polsce. Jego głos w takich sprawach, jak wspomniane wyżej, odznacza się spokojem, refleksją i brakiem publicystycznego zacietrzewienia. Był jednak moment, w którym należało uderzyć w stół. A Hołownia tego nie zrobił. Rozliczenie się duchownych i całego Kościoła z PRL-owską przeszłością - to był ten moment. A zwłaszcza sprawa abp. Stanisława Wielgusa. To wtedy padły głośne słowa Hołowni o "szambie", w które nie warto się nurzać. Ceniony katolicki publicysta użył słów, które wcześniej stanowiły koronny argument "michnikowszczyzny". Nie piszę tego jednak po to, aby gnębić, skądinąd cenionego przeze mnie, dziennikarza. Na jego przykładzie chciałem tylko pokazać, że taka postawa wobec kryzysowych sytuacji, jak "lustracja" w Kościele, skrajne upartyjnienie i treści antysemickie prezentowane na falach RM czy ekscesy ks. Jankowskiego nie jest najszczęśliwsza.
Nastała taka moda wśród niektórych prawicowych lub katolickich publicystów, która polega na odważnej deklaracji niewpisywania się w mainstreamowe lamenty znanych dziennikarzy nad wszystkim, co pokazuje słabość Kościoła w Polsce. I ja to rozumiem. W chórze głosów potępienia i obłudnego oburzenia takie opinie są pożądane. Chociażby dla równowagi i zachowania jakichś zdrowych proporcji. Jednak są takie chwile, kiedy warto uderzyć w stół. Inaczej niż "zawodowi publicyści od Kościoła". Jest to trudne, ale możliwe. Przykładem może być postawa miesięcznika Więź wobec sprawy ks. Michała Czajkowskiego czy red. nacz. Zbigniew Nosowskiego podczas kryzysu w warszawskiej archidiecezji w styczniu b.r.
Mamy więc z jednej strony chór oburzonych i przejętych losem Kościoła w Polsce publicystów (dodajmy - których nigdy normalnie byśmy o to nie podejrzewali) a z drugiej ich zachowawczych odpowiedników, którzy cofają się jeden krok w tył, kiedy należałoby pójść dwa kroki w przód. Wierzę, że ich rozsądek i znajomość rzeczy przebije się przez rytualny wrzask, jaki serwują nam zazwyczaj w takich przypadkach czołowe media.
O samym Ojcu Dyrektorze nie chce mi się już pisać. Nie ma sensu. Inni robią to albo lepiej, albo ciekawiej, albo są pierwsi.
Wszystkim czytelnikom mojego bloga polecam gorąco nowy, lipcowy numer "Więzi". A w nim lewica i prawica wobec Kościoła. Marek Jurek, Rafał Dutkiewicz, Maria Rogaczewska, Jarosław Makowski i Adam Ostolski zastanawiają się nad związkami prawicy i lewicy z Kościołem w Polsce. Polecam szczególnie głos Makowskiego, jako człowieka związanego jakiś czas temu z "Tygodnikiem Powszechnym" i do niedawna ze środowiskiem "Krytyki Politycznej". "Ewangelia jest lewicowa!" - pisze Makowski. Jego artykuł oraz, dużo wcześniejszy, Adama Szostkiewicza "Głosy Kościoła" w Polityce zainspirowały mnie do napisania polemiki. Ale o tym nieco później.



Komentarze
Pokaż komentarze (39)