„Hańba domowa" jest utworem, który mógł napisać tylko „człowiek umysłowo chory". Tak pierwsze wydanie dzieła Jacka Trznadla podsumował w 1987 r. ówczesny rzecznik rządu, Jerzy Urban.
Adam Michnik używał tylko z pozoru łagodniejszych określeń. Dla szefa „Gazety Wyborczej", dzieło Jacka Trznadla było przejawem groźnego „jaskiniowego antykomunizmu". Oskarżenie o radykalny antykomunizm było wówczas większą obelgą niż posądzenie o kolaborację z reżymem komunistycznym.
Unikalna, ważna, formacyjna
Od pierwszego wydania w Bibliotece „Kultury" w 1986 r. książka Trznadla była wznawiana aż dziewięć razy. Najnowsze wydanie „Hańby domowej" z 2006 r. to nie lada gratka nie tylko dla „jaskiniowych antykomunistów". Do książki dołączono płyty CD wraz z oryginalnymi nagraniami dźwiękowymi rozmów z pisarzami żyjącymi i tworzącymi w PRL-u.
Jarosław Gowin, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Znak", rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, mówi, że „Hańba domowa" to dla niego jedna z ważniejszych książek. - Pokazała mi przeszłość intelektualistów, w których kulcie zostałem wychowany. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie rozmowa ze Zbigniewem Herbertem, która po '89 r. obrosła czarną legendą - wspomina.
Dariusz Gawin, historyk idei, znawca dziejów polskiej inteligencji, podkreśla, że rozmówcy Trznadla mówili językiem, którym dzisiaj już jest niemożliwy. - Byli wolni od ograniczeń dyskusji po przełomie roku '89. W ten sposób powiedzieli dużo więcej i dzięki temu mamy unikalne świadectwo epoki - zaznacza.
Jest nie do pominięcia, jeśli chce się zrozumieć tamte czasy. Nawet jeśli jest mi obca ideowo. Gdybym ją zgubił, poszedłbym zaraz do księgarni po nowy egzemplarz - mówi Sławomir Sierakowski, redaktor naczelny lewicowej „Krytyki Politycznej".
- „Hańba domowa" pokazuje jedną rzecz, którą trzeba ciągle przypominać - podkreśla Michał Szułdrzyński, filozof, redaktor naczelny „Nowego Państwa" - Istnieje podwójność standardów w ocenie zaangażowania intelektualistów w system totalitarny. Kolaboracja z nazizmem jest złem oczywistym i nie podlegającym dyskusji. Z kolei uwikłanie w komunizm odbiera się najwyżej jako przejaw pięknoduchostwa. Jak daleko sięga ta ślepota pokazują dwa przypadki. Jeden dotyczy znanego socjologa Zygmunta Baumana, który w młodości był oficerem Informacji Wojskowej, czyli odpowiednikiem NKWD. Swoją winę odkupił później kilkoma mniej lub bardziej udanymi książkami. Drugi przypadek dotyczy ciągnącego się od 17 lat sporu lustracyjnego. Każe zadać sobie pytanie o stan polskich elit, które mają kłopot ze swoja świadomością polityczną Nie potrafią rozliczyć się z komunizmem. Uważają go za projekt modernizacyjny, który się po prostu nie udał. (...)
(całość w Gościu Niedzielnym nr 31/5 sierpnia 2007)



Komentarze
Pokaż komentarze (7)