Artur Bazak Artur Bazak
92
BLOG

Grypy nie leczy się dżumą, czyli o. Rydzyk i jego wrogowie

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 46

- Lekcja lat 90 nie może oznaczać, że Kościół stroni od zajmowania stanowiska w ważnych sprawach dla życia społecznego. Choć w tym roku biskupi - tradycyjnie - podjęli próbę interpretacji w świetle ewangelii takich zjawisk, jak strajki lekarzy, praca w niedzielę itp., to głos ten jest niewspółmiernie cichy w porównaniu z rolą, jaką Kościół odgrywa w sumieniach Polaków - pisze na łamach "Rzeczpospolitej" Michał Szułdrzyński, filozof i redaktor naczelny "Nowego Państwa".

Trudno się z tym poglądem nie zgodzić. Trzeba jednak pamietać, że Kościół w Polsce wszedł w demokrację równie nieprzygotowany, jak wszystkie inne podmioty gry politycznej. Nieprzypadkowo używam tego stwierdzenia. Kosciół katolicki kard. Stefana Wyszyńskiego i kard. Karola Wojtyły był jednym z niewielu, a na pewno jedynym o takim znaczeniu wyrazicielem głosu narodu. A przez to brał udział w swoiście rozumianej grze politycznej. Pełnił funkcję Kościoła oporu, sprzeciwu, potem mediatora, był jednocześnie głosem ludu i schronieniem dla inteligencji (zwłaszcza lewicy laickiej). Dzisiaj po lekcji lat '90 jego przedstawiciele są bardzo ostrożni. Może aż nazbyt ostrożni?

Podział na politykę i metapolitykę jest raczej intelektualną pułapką, w którą wpadają hierarchowie próbując przełozyć nauczanie soborowe na praktykę życia codziennego. Może czas, aby zrezygnować z tego nieszczęsnego podziału?

Nie da się zrozumieć zachowań przedstawicieli Kościoła katolickiego w pierwszej połowie lat 90 bez tego historycznego kontekstu. Kościół katolicki nie narodził się na Soborze Watykańskim II - o czym niektórzy zdają sie zapominać - i tak samo Kościół w Polsce nie rozpoczął swojej działalności duszpasterskiej i ewangelizacyjnej wraz z przełomem roku '89. "Zimna wojna religijna" początku lat '90 po latach ogólnospołecznego konsensusu, przerodziła sie w gorący spór, jakiego byliśmy świadkami ostatnio przy okazji publicznej dyskusji o wzmocnieniu ochrony życia w konstytucji.

Temperaturę tego sporu podsyca także tzw. sprawa o. Tadeusza Rydzyka. A ścislej rzecz biorąc nieumiejętność poradzenia sobie z jego wybrykami. Słusznie zwraca uwagę Szułdrzyński, że ciągłe pietnowanie ojca z Torunia jest zajęciem mało produktywnym. Przydawanie gęby fundametalisty jest juz swoistym rytuałem każdego intelektualisty katolickiego. Rytuałem pustym i bezsensownym. Bo zamiast zająć się rozwiązywaniem realnych przyczyn społecznych, w wyniku których o. Rydzykowi udało sie zbudować swoje imperium, zajmują się nic nie przynoszącym prychaniem i tworzeniem coraz wymyślniejszych spektakli oburzenia.

Siła o. Tadeusza Rydzyka bierze się ze słabości hierarchów Kościoła i polityków, którzy nie potrafią wyjść naprzeciw najwiekszym wykluczonym wolnej, demokratycznej Polski. Tej ludzkiej masy, która jest "nieuchronnym kosztem transformacji". Tego "ciemnogrodu", babć w wełnianych beretach i różańcach w dłoni. Zawiedli biskupi, zawiedli politycy, rozczarowali inteligenci.

Kościół katolicki w Polsce znalazł się - czego na pierwszy rzut oka nie widać wyraźnie - w bardzo ważnym momencie. Może nie rozstrzygnie się w najbliższym czasie jego przyszłosć, ale niewątpliwie zostanie poddany silnym naciskom zewnętrznym i wewnętrznym. Z jednej strony przez odradzającą się lewicę, z drugiej, przez radykalne środowiska, takie jak Rodzina Radia Maryja.  

- W Polsce - czego świadomość ma nowa lewica - rząd dusz niepodzielnie należy do Kościoła. To katolicyzm, ze swoim językiem i kodami kulturowymi, opanował symboliczną przestrzeń, w której polski obywatel żyje, mieszka i pracuje. Jeśli więc nowa lewica chce dokonać w Polsce jakichkolwiek radykalnych zmian, musi rzeczywiście przełamać katolicki monopol. Zdaje sobie z tego sprawę Sierakowski. I dlatego za Antoniem Gramscim powtarza: najpierw hegemonia kulturowa, potem hegemonia polityczna - przekonuje Jarosław Makowski w artykule "Kościół, nowa lewcia, wojna?" opublikowanym w lipcowej "Więzi".

I dodaje: - Kościół przegra potyczkę z nową lewicą, gdy wpisze się w lansowaną przez nią logikę antagonizmu i stanie w jednym szeregu z katolickimi integrystami. Zrazi do siebie katolików umiarkowanych, którzy w II Soborze Watykańskim widzą wielki powiew Bożego Ducha, a nie szatańską przebiegłość. Także tych, którzy chodzą gdzieś po obrzeżach Kościoła, nie mówiąc już o tych, którzy stoją poza jego widzialnymi granicami, ale są pełni dobrej woli, by podjąć z katolicyzmem twórczy dialog. Kościół przegra, gdy odegra rolę, jaką wyznaczyła mu dziś nowa lewica. Poniesie porażkę, gdy wpisze się w radykalny podział polskiego społeczeństwa. Tylko odrzucenie przez Kościół zasad gry, jaką mu się dziś proponuje, rozbije dualistyczny obraz świata. Przecież tak jak integryści nie mają monopolu na katolicyzm, tak „Krytyka Polityczna" nie ma monopolu na lewicowość.

Jarosław Makowski widzi rozwiązanie tej sytuacji w reaktywowaniu katolicyzmu otwartego, które nie dzieli, lecz łączy, a przede wszystkim nie daje się zepchnąć w kozi róg katolickiego fundamentalizmu. Rzecz w tym, że katolicyzm otwarty jest trupem. Nie kryją się za nim środowiska, które dzisiaj inicjują cekawe debaty, czy maję chociażby cokolwiek ciekawego do powiedzenia.

Jarosław Gowin, jeden z najznamienitszych przedstawicieli tego nurtu w Kościele, napisał dwa lata temu w "Newsweeku" , że katolicyzm otwarty umarł wraz z odejściem ks. Józefa Tischera w 2001 r. Podzielam ten pogląd. Dzisiejszy "Znak" i "Tygodnik Powszechny", nawet pomimo wejścia w układ z nowym programem religijnym ITI, jest cieniem samego siebie sprzed lat i nie zanosi się na wielki przełom. Największe gwiazdy kapłańskie rzucają kapłaństwo. Redaktorzy żyją nadzieją na restaurację III RP, tworząc z "Gazetą Wyborczą" front obrony konsensusu liberalno-demokratycznego.

Katolicyzm otwarty zamienił się w otwartość na katolicyzm. Tradycja katolicka stała się jedną z mało inspirujących te środowiska opcji światopoglądowych. Dlatego złudne są nadzieje Makowskiego na rozwiązanie dylematu "fundamentalizm katolicki versus fundamentalizm laicki". Bo choroby nie leczy się lekarstwami, które straciły już dawno datę ważności. Takie środowiska jak "Znak" i "TP" (choć wykonują czasem dobrą robotę) to raczej wspólnota towarzyska niż ideowa. W tym tkwi problem. Dzieło Frankensteina nie pociągnie za sobą tłumów. Jedynie je wystraszy.

Dlatego propozycja o. Rydzyka nie jest dla mnie tak, jak oferta wskrzeszanego katolicyzmu otwartego czymś, co mnie dzisiaj inspiruje i pozwala odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania. I nie rozwiąże podstawowych dylematów społecznych większości Polaków. Pozostaje zgodzić sie z gorzkimi słowami naczelnego "Nowego Państwa":

- Można odnieść wrażenie, że wielu spośród tzw. liberalnych katolików, by zbyt nie radykalizować wiary, by stronić od polityki, przestaje formułować szersze cywilizacyjne oceny, odrzucając diagnozy nowoczesności autorstwa Jana Pawła II i Benedykta XVI. Bo przypominanie o cywilizacji śmierci, która nie liczy się z godnością ludzkiego życia, choć prawa człowieka ma na sztandarach, trąci, zdaniem wielu, fanatyzmem. Nie słyszałem również, by ktokolwiek publicznie pochylił się nad niedawną przestrogą Benedykta XVI skierowaną do Polaków. Papież przestrzegał w niej rodaków swego poprzednika przed raptowną laicyzacją spowodowaną dobrobytem. Hedonizm i konsumpcjonizm szybciej mogą wykorzenić z naszego społeczeństwa przywiązanie do religii - twierdzi Benedykt XVI - niż lata ucisku przez totalitarny komunizm.

 

 

 

 

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (46)

Inne tematy w dziale Polityka