Gdyby kształt sceny politycznej w 2005 r. zależał od preferencji politycznych czołowych publicystów, to po pierwsze, wygrałaby Platforma Obywatelska, po drugie, prezydentem byłby Donald Tusk, po trzecie wynik LiD-u byłby aż czterokrotnie (sic!) wyższy od rzeczywiście osiągniętego w wyborach parlamentarnych, po czwarte wreszcie, w sejmie nie znalazłyby się LPR, Samoobrona i PSL.
Z badań Pentora sprzed dwóch lat wynika jasno, że sympatie polityczne oraz poglądy gospodarcze przedstawicieli świata dziennikarskiego znacznie odbiegają od poglądów przeciętnego Jana Kowalskiego. Czego najlepszym dowodem był wynik ostatnich wyborów.
Dzisiaj największe dzienniki w kraju nie rezygnują z ogromnego wpływu, jaki mają na wybory polityczne swoich czytelników, a także przywódców partyjnych. - Podobnie jak dwa lata temu także dziś prawicowy wyborca oczekuje silnego rządu, ale zarazem takiego, który nie będzie potrzebował wsparcia ze strony kuriozalnego koalicjanta. A zatem prawicowy wyborca oczekuje w istocie koalicji PiS i PO. Starego, dawno już obśmianego PO - PiS, dla którego nadal nie ma żadnej alternatywy - pisał przed miesiącem redaktor naczelny „Dziennika" Robert Krasowski. Na łamach konkurencyjnej „Gazety Wyborczej" Mirosław Czech przestrzegał Platformę Obywatelską przed sprzyjaniem rządzącemu PiS w budowaniu „państwa stanu wyjątkowego". Dla środowiska „Gazety" jedyna alternatywą dla obecnych rządów jest koalicja PO i LiD, o czym pisze otwarcie.
Redakcje czołowych dzienników, łącznie z „Rzeczpospolitą" - która zdaje się popierać generalną linię rządzących, nie uciekając jednak od krytyki jej poszczególnych posunięć - nie potrafią wyzwolić się od pewnego, mocno już utrwalonego nawyku swoiście rozumianej politycznej poprawności.
Na początku lat '90 wszelkie ważne publicystyczne spory w tzw. mainstreamie kończyły się w „Gazecie Wyborczej". „GW" locuta, causa finita. Mogły oczywiście toczyć się nadal w niszowych periodykach, ale nie miały już zupełnie znaczenia. Sytuacja uległa znacznej zmianie wraz z pojawieniem się w kwietniu 2005 r. nowej ogólnopolskiej gazety. „Dziennik" wszedł na rynek mediów w idealnym momencie. „Gazeta Wyborcza" straciła swój impet z lat '90, dodatkowo tracąc na wiarygodności w wyniku afery Rywina. „Rzeczpospolita" pod kierownictwem Grzegorza Gaudena coraz bardziej przypominała „Gazetę Wyborczą".
Główni ideolodzy linii światopoglądowej „Dziennika", którą można nazwać konserwatyzmem laickim", Cezary Michalski i Robert Krasowski opowiadali się wyraziście po jednej ze stron w ostatnich sporach na temat eutanazji przy okazji lustracji duchownych, sprawy Janusza Świtaja, aborcji przy okazji śmierci Anny Radosz, wyroku w sprawie Alicji Tysiąc czy wreszcie dążeniu Marka Jurka do wzmocnienia zapisów o ochronie życia w konstytucji. Dzisiaj zdają się wchodzić w rolę „Gazety" sprzed kilkunastu lat, rozdając razy na lewo i prawo, dekretując, co jest właściwe a co godne potępienia, co jest nowoczesne, a co anachroniczne. Razem z „Gazetą" odgrywa rolę arbitra politycznej elegancji. I już dawno odszedł od jasnego podziału między informacją a komentarzem.
Wypracowana przez „Gazetę" w początku lat '90 poprawność polityczna ciąży nad kolejnymi redakcjami, które, zamiast spełniać rolę bezstronnego obserwatora, bawią się w politycznych demiurgów. Różniąc się co najwyżej politycznymi sympatiami i poglądem na „największy spór polskiej demokracji", czyli lustrację. Pytanie czy domaganie się bezstronności w przypadku najważniejszych sporów rozdzierających młodą polską demokrację nie jest naiwnością? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi.
Polityka dwóch największych dzienników w kraju przypomina mi scenę z filmu „Diabeł ubiera się u Prady" z fenomenalną kreacją Meryl Streep. Postać, w którą wciela się amerykańska aktorka - Miranda Priestly, szefowa niezwykle prestiżowego w świecie mody miesięcznika „Runway" - ma ogromny wpływ na to, co jest modne, a co modne być przestaje. Obiecujący kreator mody przedstawia jej przed oficjalnym pokazem swoja kolekcję. Miranda Priestly zwykła reagować w takich sytuacjach w trojaki sposób. Jedno skinięcie głowy oznaczało umiarkowaną akceptacje, ale bez zachwytu. Uśmiech...zdarzył się jej tylko raz, więc z rzadka okazywała autentyczny zachwyt. Najgorszą dla projektanta reakcją, oznaczającą dla kolekcji absolutna katastrofę, było tzw. „sznurowanie ust", oznaczając zdegustowanie wielkiej naczelnej.
Dzisiaj to czołowi „fighterzy" największych polskich gazet stosują podobne gesty, kierując się swoimi osobistymi poglądami, które - jak udowodniły badania Pentora - znacznie odbiegają od zapatrywań przeciętego Kowalskiego. Kierują się nierzadko swoimi obsesjami i środowiskowymi uprzedzeniami. I podobnie jak Miranda Priestly w świecie mody, tak oni wydają się potężni.
Wydają się. Bo ten przeciętny Kowalski i tak wie swoje. Nie ubiera się w topowe ciuchy, a do wyborów idzie i decyzję podejmuje często dopiero za parawanem. A przed lokalem wyborczym odpowiada w ankiecie tak, jak się tego od niego oczekuje.
Publicyści nie kryją swoich poglądów politycznych. Skończyły się złote czasy podziału na "dziennikarzy" i "dziennikarzy prawicowych". Czyli tych profesjonanych, rzetelnych, obiektywnych i niezależnych oraz, z drugiej strony, amatorów, którzy nie dorastali tym pierwszym do pięt (w mniemaniu dziennikarzy per se). Dlatego - jak pisał niedawno na łamach „Rzeczpospolitej" socjolog, dr Tomasz Żukowski - medialna demokracja jest rzeczą zbyt poważną, by powierzać ją tylko mediom.
Salon24 jest największym działem opinii w tym kraju. Zarówno pod względem liczby piszących tu autorów, jak i poziomu czytelnictwa. W tym sensie jest bardziej reprezentatywny dla świata realu, w którym na codzień żyją wyborcy PiS, PO, LiD, PSL, So i LPR-u, a nawet UPR. No i przede wszystkim dla "milczącej większości", która wciąz nie wie, na kogo zagłosuje. I stąd ma kluczowe znaczenie dla ostatecznego wyniku wyborczego.
Dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy wczoraj na TNV24 w trakcie relacji z burzliwych obrad w sejmie zobaczyłem jak jeden z posłów przegląda sobie salon24 na swoim osobistym komputerze.
Tu jest Polska!



Komentarze
Pokaż komentarze (51)