Fetyszyzacja dialogu
Głównym powodem, dla którego, według publicysty „Rzeczpospolitej", katolicyzm otwarty wyczerpał już swoje możliwości, jest powszechna akceptacja nauczania ostatniego soboru. Wzmocnienie pozycji świeckich w Kościele, postępy w dialogu międzyreligijnym i ekumenicznym, a także z niewierzącymi, otwarcie na współczesny świat ale też... działalność Radia Maryja oznacza dla Terlikowskiego pełną realizacje projektu katolicyzmu otwartego. Tym samym - pisze Terlikowski - odbiera im cel i sens dalszego działania.
Na takie dictum nie zgadza się przedstawiciel najmłodszego pokolenia redaktorów „Więzi" Grzegorz Pac. „Jak katolicki publicysta może wieścić koniec dialogu i pochwalać okopywanie się na własnych pozycjach, a zarazem twierdzić, że myśl soboru została w Polsce w pełni już przyjęta?" - pisze oburzony. Nie podzielam tego oburzenia. Co więcej, uważam, że tak ostre postawienie sprawy przez Tomasza P. Terlikowskiego to dopiero pierwszy krok na drodze krytycznego rozliczenia się środowisk takich, jak „Więź" czy „Znak" i „TP" ze swojego dziedzictwa, w którego świetle być może zobaczy manowce, na jakie sprowadzają je dzisiejsze wybory.
Dialog szkodliwy
Brak zdrowego krytycyzmu redaktora Paca wobec własnego kręgu towarzyskiego skutkuje powtarzaniem tych samych, miałkich tez, tak jakby od czasu wspólnych mszy, w których uczestniczyli Turowicz i Michnik nic się nie zmieniło. A zmieniło się wiele. Dialog środowisk katolików otwartych z tzw. laicką inteligencją 30 lat temu zakończył się sojuszem obrońców polskiej wersji demokracji liberalnej, która chciała zamknąć katolicyzm w sferze tego, co metapolityczne.
Rzecznicy „demokratycznego sojuszu" klepią się po plecach na łamach „Arki Noego" w „Gazecie Wyborczej" oraz drugiego dodatku religijnego do „Gazety", czyli „Tygodnika Powszechnego". Byli księża, intelektualni celebryci w „Tygodniku Powszechnym" i „Znaku" odmalowują krytyczną kreską stan religijności w Polsce, piętnują „papieską idolatrię" i nawołują do demokratyzacji struktur kościelnych. Tak zakończył się dialog rozpoczęty dziełami Adama Michnika i Bohdana Cywińskiego. Kapitulacją strony katolickiej.
Dzisiaj, zdawałoby się dogorywające towarzystwo „demokratów" i „dialogików", zobaczyło światełko w tunelu. Tym światłem jest nowy projekt kanału religijnego grupy ITI. Kolejne pokolenia katolików otwartych podwinęły rękawy i zabrały się za ideologiczną obudowę nowej medialnej inicjatywy, która ma przywrócić im dawny blask. Nowo powstałe Centrum Kultury i Dialogu w Krakowie wespół z „demokratami" przywraca poczucie dumy z kilkudziesięcioletniego dorobku myślowego katolicyzmu otwartego i piórem Jarosława Makowskiego, który powrócił po nieudanym flircie z lewicową „Krytyką Polityczną", rozprawia się z głównym problemem polskiego Kościoła - o. Tadeuszem Rydzykiem. Rzecz w tym, że to towarzystwo widzi wroga tam, gdzie powinno podjąć dialog, a dialoguje z tymi, którzy są otwartymi wrogami Kościoła.
Siła o. Tadeusza Rydzyka bierze się ze słabości hierarchów Kościoła i polityków, którzy nie potrafią wyjść naprzeciw największym wykluczonym wolnej, demokratycznej Polski. Tej ludzkiej masy, która jest "nieuchronnym kosztem transformacji". Ale zawiedli nie tylko biskupi i politycy. Rozczarowali przede wszystkim katoliccy inteligenci, którzy zamiast zająć się rozwiązywaniem realnych przyczyn społecznych, w wyniku których o. Rydzykowi udało się zbudować swoje „imperium", zajmują się nic nie przynoszącym prychaniem i tworzeniem coraz wymyślniejszych spektakli oburzenia.
Nowa lewica spod znaku „Krytyki Politycznej" pod wodzą Sławomira Sierakowskiego dokonuje coraz odważniejszej kolonizacji sfery religijnej. Głosi radykalnie antykatolickie idee i wygrywa swój niebezpieczny radykalizm oswajając tych, którzy już nie są „znakiem sprzeciwu". Katolickim rzecznikom dialogu pozostaje napędzająca siłę oddziaływania nowej lewicy postawa reaktywna, sprowadzająca się do próby zrozumienia co też francuski filozof Alain Badiou miał na myśli, wykorzystując św. Pawła i chrześcijaństwo do swojej koncepcji „wydarzenia" i „uniwersalizmu". A wystarczyłoby, biorąc przykład ze słynnego „demokraty" powiedzieć „odpieprzcie się od św. Pawła". Z tą różnicą, że za tymi słowami poszłyby konkretne działania wydawnicze i publicystyczne, które przypominałyby prawdziwe przesłanie apostoła narodów. Przypominanie sobie o św. Pawle wtedy, kiedy za jego ekshumacje bierze się radykalna lewica, przypomina zachowanie starego kustosza muzeum, który pilnuje, żeby zwiedzający zakładali kapcie i nie palcowali eksponatów, sam nie widząc, jakie skarby ma wokół siebie.
Znaki, głupcze!
Głos Tomasza P. Terlikowskiego, który tak oburzył redaktora „Więzi", to nie pierwsza próba postawienia palącego pytania o słuszność lokowania swoich nadziei przez tych, którzy definiują się jako katolicy otwarci, w dialogu z każdym „innym". Wcześniej na kartach swojej książki „Kościół w czasach wolności" pisał już o tym Jarosław Gowin. Dwa lata temu przypomniał swoją krytyczną diagnozę w artykule „Kontrowersyjne jest samo chrześcijaństwo" (Newsweek, 26.09.2005): „Czy formacja katolicyzmu otwartego nie należy już do przeszłości? Obawiam się, że odpowiedź brzmi twierdząco. (...) 28 czerwca 2000 r. zmarł ks. Józef Tischner. Przypuszczam, że ta data wyznacza kres niezwykle zasłużonej dla Kościoła i Polski formacji „katolicyzmu otwartego".
W ciągu dwóch lat od tej diagnozy niewiele się zmieniło. Wydawnictwo „Znak" coraz bardziej przypomina Wydawnictwo „Otwarte". Skrajnej komercjalizacji, ważnego kiedyś instytutu wydawniczego, w którym pokazywały się jedne z istotniejszych dzieł religijnych i filozoficznych, nie pomaga drukowanie co jakiś czas Szymona Hołowni czy Normana Daviesa. Miesięcznik „Znak" nie inicjuje już ważnych debat, ograniczając się do roli kustosza 60-letniego dziedzictwa i biuletynu Instytutu im ks. Józefa Tischnera. Z „Tygodnika Powszechnego" odszedł jeden ciekawszych publicystów katolickich Marek Zając. Szeregi duchowieństwa opuścili czołowi autorzy „TP" i „Znaku". Coraz częściej można przeczytać tam rozmaitych autorów, którzy zajmują się tym, co robi lewicowa „Krytyka Polityczna. Działalność wydawnicza „Frondy", „Arcanów", „Ośrodka Myśli Politycznej", czy kolejne numery „Teologii Politycznej" nie wzbudzają już takiego entuzjazmu. A powinny.
Bezkrytyczna postawa otwartego dialogu świadczy dzisiaj o zatraceniu znamionującej dotychczas środowiska katolików otwartych umiejętności odczytywania „znaków czasu". Znakiem czasu jest wyzwanie, jakie rzuca dzisiaj katolicyzmowi w Polsce skrajny sekularyzm. Rozumiany nie jako neutralny proces zmian społeczno-kulturowych, przebiegających niezależnie od woli jednostki, lecz ideologia, której celem jest wyrugowanie katolickich roszczeń ze sfery publicznej.
Manowce dialogu wykorzenionego
Kościół katolicki nie narodził się na Soborze Watykańskim II - o czym niektórzy zdają się zapominać. Dlatego bezkrytyczne traktowanie przez Grzegorza Paca wierności „literze i duchowi" Soboru Watykańskiego II jako papierka lakmusowego właściwiej obecności chrześcijanina w świecie jest nieporozumieniem.
Redaktor miesięcznika „Więź" nie dostrzega, że żyjemy w Polsce A.D. 2007, gdzie coraz bezczelniej panoszy się nowa, otwarcie wroga katolicyzmowi lewica, gdzie największym problemem nie jest zakonnik z Torunia i jego „imperium". Największym zagrożeniem jest niezdolność do odczytania „znaków czasu" i dialog z tymi, którzy w Kościele szukają sprzymierzeńców w dziele jego rozkładu.
Panowie, czas się obudzić! Jest wojna!
* tytuł to cytat ze słów pewnej osoby, której personaliow tu zdradzać nie będę
(Tekst miał sie pojawić w Plusie-Minusie, ale redaktorzy w końcu uznali debatę o katolicyzmie otwartym za zamkniętą :) )



Komentarze
Pokaż komentarze (52)