Artur Bazak Artur Bazak
120
BLOG

Z dziennika emigranta (1)

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 51

- Każda stolica żyje z przyjezdnych, przyciąga ludzi przedsiębiorczych, zdolnych, ryzykantów. Warszawa jest również, jak każde wielkie miasto,  demokratyczna. Kraków - który ma wiele znakomitych zalet,  jest na przykład jednocześnie zamknięty, trudno w nim zrobić karierę osobom, które nie wyrastają z lokalnego środowiska. Tymczasem jeżeli ktoś przyjedzie do Warszawy i udowodni, że jest dobry, za dziesięć lat jest już swój. Traktuje się go, jak gdyby mieszkał tu od zawsze. A jego dzieci są już rodowitymi warszawiakami. Warszawa to wielkie i dynamiczne miasto, które jest owszem bałaganiarskie, chaotyczne - ale ono zawsze takie było -  jednocześnie ma wielką siłę w sobie - powiedział mi parę miesięcy temu Dariusz Gawin, wicedyrektor Muzuem Powstania Warszawszkiego, wielki miłośnik tego miasta.

Kraków jest jak femme fatale. Przyciąga swoją magią. Trudno mu się oprzeć. Wciąga w tę swoją leniwą, mglisto-kawową atmosferę. Można się w nim zatracić. Kocham to miasto, choć to trudna i niewdzięczna miłość. Dzisiaj to chyba raczej tęsknota za miejscami, którymi chodziłem setki razy.

Bo w Krakowie wszędzie się chodzi. Nie to co tutaj. Kiedyś, po długiej nieobecności w stolicy, zapytałem pod Dworcem Centralnym przypadkowego przechodnia, którędy najszybciej na Nowy Świat. - Dwa przystanki proszę pana. Na moje pytanie którędy mam iść na nogach spojrzał na mnie podejrzliwie i skonsernowany sie oddalił. Poszedłem w swoją stronę i trafiłem bez większego problemu do tego skrawka Krakowa w Warszawie.

Dzisiaj codziennie uświadamiam sobie, że krakowska kultura chodzenia pozostanie już tylko miłym wspomnieniem. Tutaj się jeździ. Nawet wtedy, kiedy spacer jest i przyjemniejszy i praktyczniejszy niż stanie w korkach. Do tego wciąż nie mogę wyzbyć się nawyku "przechadzania". Tutaj wszyscy biegną, idąc..z jednego autubusu do drugiego. Ja się przechadzam. Widząc jednak pełne nietajonego oburzenia spojrzenia przechodniów, przyłaczam się do pędzącego tłumu. Dzięki temu przechadzaniu spotkałem jednak kolegę z Krakowa, który... też się przechadzał. I tak się wyłapaliśmy w tłumie. Inny znajomy, który również zostawił Kraków dla Warszawy i robi karierę w mediach tłumaczył: - Artur, tutaj umawiasz się na spotkania w stołówkach, ewentualnie w Coffe Heaven. I nie licz na dobrą, krakowską kawę.

Faktycznie, kawa, oprócz zanikającej kultury chodzenia (czy raczej przechadzania się) to kolejna rzecz, która różni Warszawę od Krakowa. Kiedy znalazłem już jakąś przyzwoitą kawiarnię (do takich w Krakowie się nie chodzi, pewnie jest dla warszawiaków) zamówiłem białą kawę. Młode dziewczę w spodniach charakterystycznie opuszczonych do granic przyzwoitości dostało chwilowego wytrzeszcu oczu, jak gdybym powiedział coś w amazońskim narzeczu. A ja tylko poprosiłem o białą kawę. Nawet nie taką, jaką podają w Prowincji na Brackiej. Po prostu białą kawę. W końcu, po licznych konsultacjach z menadżerem (jak sądze to był menadżer, bo nie miał opuszczonych spodni) dziewcze doszło do wniosku, że spróbuje mnie wziąż na sposób. - Kawa biała, tak? - Tak, proszę Pani. - Czyli kawa czarna, taka zwykła i... do tego mleko? - zapytała niepewnie. - No tak - odparłem lekko zaniepokojony. Za mną wzdychało już paru młodych warszawiaków. - Aaaa, to Pan chce Americanę - wykrzyknęło dziewczę radośnie. _ Najwyraźniej - przytaknąłem doszczętnie dobity  tym, że biała kawa nazywa się Americana. Za plecami poczułem zbiorowe westchnienie ulgi.

Kawę wypiłem. Ale jakoś bez entuzjazmu. Czując, że robię to zbyt leniwie i długo.

W Krakowie, jak chcesz się z kimś spotkać, bierzesz go na kawę. Niezależnie od tego czy masz czas czy nie. Do tego nie wzbudzasz konsternacji pytając o białą kawę.

Do jednych z ciekawszych przeżyć należy przejażdżka kolejką miejską. Nie pamiętam, kiedy stałem w pociągu. To było chyba kiedyś, jak postanowiłem w ostatniej chwili pojechać do Kołobrzegu. A tutaj proszę. To chleb powszedni. Zasłaniam się gazetą, której nie zdążyłem przeczytać poprzedniego dnia. Ale nie mogę oderwać wzroku od ludzi. Ktoś wraca z grzybów, ktoś inny zaczyna studia i z przejęciem opowiada, jaki ma plan i że w ogóle Warszawa jest zajebista. Nerwowo rozglądam się na kazdej stacji czy to już moja, czym wzbudzam uśmiech współpasażerów. "No tak, nowy."

Dzisiaj czytam w "Życiu Warszawy" o "nowej świeckiej tradycji" młodych mieszkańców stolicy. Doggersi - bo tak się ich profesjonalnie określa - umawiają się w miejscach publicznych, jak skwery, parki, nabrzeże Wisły, czy parkingi i uprawiaja publicznie seks. Jest to podobno zajęcie elitarne i bardzo trendy, czyli dla wybranych, którzy po ostrej selekcji (ciekawe, jakie sa kryteria przyjęcia) są wpisywani na listę tej rozrastającej się społeczności. Chyba jednak sobie daruję.

Wpadam na strone Krytyki Politycznej, co też tam oni znowu wymyślili i widzę fotoreportaż z akcji KP i pani Rajkowskiej ( to ta od palmy na Rondzie de Gaulle'a i dotleniacza). Członkowie zespołu pisma razem ze swoim naczelnym założyli sobie kaptury na głowę i tak przechadzali sie po mieście. Podobno po to, żeby intesywniej przeżywać otoczenie. Aż w koncu wyszli na dach jakiegos wieżowca i oglądali panorame miasta. W Krakowie nie trzeba zakładać kaptura na głowę i prosić performerów o oprowadzanie po mieście. Kraków dostarcza wielu doznań bez kaptura na głowie. Myślę, że nawet Warszawa jest w stanie.

No, ale ja tu dopiero od niedawna i dopiero się uczę. Jeżdżę kolejką i piję Americanę. Ale wciąż sie przechadzam. Z tego zrezygnowac natrudniej. Mam tylko nadzieję, że nie spotkam kopulującej pary na jakimś uroczym skwerku. Wtedy i Americana nie pomoże.

Mam nadzieję, że - jak mówił Gawin - za dziesięć lat będę już swój. A jak nie, wrócę do Krakowa i napiję się białej kawy. Na Brackiej.Pogadam ze starymi znajomymi z dawnych lat. I przejde się ulicą Waszyngtona obok starych kamienic i salwatorskiego cmentarza.

 

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (51)

Inne tematy w dziale Polityka