Moja macierzysta redakcja wysłała mnie i kilku innych dziennikarzy do sztabów wyborczych w pamiętny wieczór wyborczy, 21 października. Miałem do wyboru PO albo LiD. Uznałem, że mam ochotę na Rozbrat.
No więc, sprężyłem się i wróciłem z Ulą z Krakowa szybciej niż zamierzałem (spędziliśmy tam półtora dnia u Kuby, odwiedzając znajomych przyjaciół i oglądając Trzeci Punkt Widzenia i...Włatce Móch - to nasza ulubiona kreskówka). Po raz kolejny przekonałem się, że w Warszawie nie sposób zamówić taksówki. Pani w centrali uroczym głosem mówiła, że taksówka na 19.30 może będzie..a może nie. Szkoda gadać. Poszliśmy na piechotę.
W życiu nie byłem w żadnej siedzibie partii. Słynna Rozbrat to był mój pierwszy raz. Oj, bolało. Jakoś dotarliśmy na ostatnie piętro, gdzie trwał już wieczór wyborczy. Rozejrzałem się. Parę znajomych z telewizji twarzy, reszta tłumu kompletnie anonimowa. Moją uwagę zwróciła kotłująca się grupka dziewczyn w wieku tak na oko nastoletnim. Podszedłem bliżej. Okazało się, że panny naprzemian piszcząc i gadając jakieś farmazony ustawiały się do zdjęć z posłanką Senyszyn. Co za widok. Trwało to jakąś chwilę. Pani Senyszyn znosiła to dzielnie. W końcu w kraju o reżymie katolsko-prawackim nie takie zdolności w człowieku się rodzą.
Nieco dalej uśmiechy na lewo i prawo rozdawał piękny Olejniczak (no cóż, kwestia gustu). Sekretarz generalny Napieralski Grzegorz pełnił z godnością swoją partyjną funkcję kiwając głową z udawanym zrozumieniem słów rozmówcy. Ktoś mnie ciągle "duga" w plecy. Odwracam się z miną "wściekłego katola" i widzę eks-solidarucha Andrzeja Celińskiego. Wybaczam mu, widząc, że bez zamaszystości gestu ten człowiek jakoś funkcjonować nie potrafi.
Telefon. Wychodzę na korytarz. W tym czasie wchodzi Aleksander Biały Koń Kwaśniewski. Pokłonów nie ma końca. Mam okazję przyjrzeć się prezydentowi wszystkich Polaków z bliska. Nie pomogła opalenizna, drogi zegarek (ten od Dochnala?), błękitna koszula i wypaśny krawat. Twarz mówi wszystko. Zapadnięte oczy też. "Mordo Ty moja!"
Wracam do Uli. Wziąłem ja na Rozbrat. A jakże! Obserwujemy ludzi. Generalnie dzielą sie na kilka kategorii. Działacze, pokrzykujący i wiwatujący naprzemian, którzy zwierzają się bez obciachu z różnych wyborczych zagrywek (sam, chcąc nie chcąc byłem świadkiem takiej rozmowy). Liderzy partii, skupieni wokół Kwaśniewskiego, Olejniczaka, Siwca, Szymanek-Deresz (jej samoopalacz ewidentnie nie spełniał juz swojej roli) i Smoktunowicza (swoją drogą, jego zdjęcia na plakatach musiano mocno podrasować, w nocy uciekałbym przed nim na drugą stronę ulicy). Gdzieś pod ścianami snuli się samotni Onyszkiewicz i Geremek. Symboliczna scena. Na schodach minąłem zadowolonego z siebie Roberta Kwatkowskiego. Dominującą grupa była "bananowa młodzież" - wyżelowani chłopcy, dziewczyny w typie "blachary". No i dziennikarze. Gdzieś co chwilę mijałem się z red. Wrońskim. Nie sprawiał wrażenia zagubionego. Wprost przeciwnie.
Wieczór skończył się bardzo późno. Po północy byłem w domu. Nie pojadłem sobie, jak w siedzibie PSL-u. Tam podobno była niezła wyżerka. Nie pośmiałem się, jak w sztabie SO lub LPR-u, gdzie gromko zapewniano o oszustwie wyborczym i bagatelizowano rozmiary klęski. Nie uczestniczyłem w stypie PiS-u. Ani w confetti-radości zwycięskiej Platfromy Nie usłyszałem na żywo homilii Tuska o miłości i dobrej nowinie. Wszystko to obserwowałem na telebimach z ul. Rozbrat. I tak, jak cieszyłem się z tego, że PiS zmiotło przystawki, tak miałem poczucie, że to pseudolewicowe towarzystwo również trzeba zetrzeć w proch. Zwłaszcza kiedy widziałem snujące się po sali pary charakterystycznych kolesi bez szyi, o twarzach SB.
A jak będzie potrzeba, niech się tworzy nowa lewica. Pod warunkiem, że się wreszcie uwolni od cycka postkomuny. W co na razie nie wierzę.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)