Artur Bazak Artur Bazak
67
BLOG

Z dziennika emigranta (2)

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 20
Od mojego ostatniego wpisu minęło trochę czasu. Nie ukrywam, że głównym powodem był urodzinowy coming out, po którym poważnie rozważałem zarzucenie prowadzenia bloga na czas redagowania salonu. Wstrzymywałem się od komentowania, choć czasem aż świerzbiło, żeby to zrobić. Czas gorączki wyborczej spędziłem na ćwiczeniach duchowych. Nie pisałem, nie komentowałem, nie spieralem się i nie zdradzałem swoich poglądów w miarę rozwoju sytuacji. Za to z wielką przyjemnością czytalem gorące debaty na salonie. Poczulem klimat jak podczas obchodów kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego, kiedy salon aż huczał. Oj działo się!

Moja macierzysta redakcja wysłała mnie i kilku innych dziennikarzy do sztabów wyborczych w pamiętny wieczór wyborczy, 21 października. Miałem do wyboru PO albo LiD. Uznałem, że mam ochotę na Rozbrat.

No więc, sprężyłem się i wróciłem z Ulą z Krakowa szybciej niż zamierzałem (spędziliśmy tam półtora dnia u Kuby, odwiedzając znajomych przyjaciół i oglądając Trzeci Punkt Widzenia i...Włatce Móch - to nasza ulubiona kreskówka). Po raz kolejny przekonałem się, że w Warszawie nie sposób zamówić taksówki. Pani w centrali uroczym głosem mówiła, że taksówka na 19.30 może będzie..a może nie. Szkoda gadać. Poszliśmy na piechotę.

W życiu nie byłem w żadnej siedzibie partii. Słynna Rozbrat to był mój pierwszy raz. Oj, bolało. Jakoś dotarliśmy na ostatnie piętro, gdzie trwał już wieczór wyborczy. Rozejrzałem się. Parę znajomych z telewizji twarzy, reszta tłumu kompletnie anonimowa. Moją uwagę zwróciła kotłująca się grupka dziewczyn w wieku tak na oko nastoletnim. Podszedłem bliżej. Okazało się, że panny naprzemian piszcząc i gadając jakieś farmazony ustawiały się do zdjęć z posłanką Senyszyn. Co za widok. Trwało to jakąś chwilę. Pani Senyszyn znosiła to dzielnie. W końcu w kraju o reżymie katolsko-prawackim nie takie zdolności w człowieku się rodzą.

Nieco dalej uśmiechy na lewo i prawo rozdawał piękny Olejniczak (no cóż, kwestia gustu). Sekretarz generalny Napieralski Grzegorz pełnił z godnością swoją partyjną funkcję kiwając głową z udawanym zrozumieniem słów rozmówcy. Ktoś mnie ciągle "duga" w plecy. Odwracam się z miną "wściekłego katola" i widzę eks-solidarucha Andrzeja Celińskiego. Wybaczam mu, widząc, że bez zamaszystości gestu ten człowiek jakoś funkcjonować nie potrafi.

Telefon. Wychodzę na korytarz. W tym czasie wchodzi Aleksander Biały Koń Kwaśniewski. Pokłonów nie ma końca. Mam okazję przyjrzeć się prezydentowi wszystkich Polaków z bliska. Nie pomogła opalenizna, drogi zegarek (ten od Dochnala?), błękitna koszula i wypaśny krawat. Twarz mówi wszystko. Zapadnięte oczy też. "Mordo Ty moja!"

Wracam do Uli. Wziąłem ja na Rozbrat. A jakże! Obserwujemy ludzi. Generalnie dzielą sie na kilka kategorii. Działacze, pokrzykujący i wiwatujący naprzemian, którzy zwierzają się bez obciachu z różnych wyborczych zagrywek (sam, chcąc nie chcąc byłem świadkiem takiej rozmowy). Liderzy partii, skupieni wokół Kwaśniewskiego, Olejniczaka, Siwca, Szymanek-Deresz (jej samoopalacz ewidentnie nie spełniał juz swojej roli) i Smoktunowicza (swoją drogą, jego zdjęcia na plakatach musiano mocno podrasować, w nocy uciekałbym przed nim na drugą stronę ulicy). Gdzieś pod ścianami snuli się samotni Onyszkiewicz i Geremek. Symboliczna scena. Na schodach minąłem zadowolonego z siebie Roberta Kwatkowskiego. Dominującą grupa była "bananowa młodzież" - wyżelowani chłopcy, dziewczyny w typie "blachary". No i dziennikarze. Gdzieś co chwilę mijałem się z red. Wrońskim. Nie sprawiał wrażenia zagubionego. Wprost przeciwnie.

Wieczór skończył się bardzo późno. Po północy byłem w domu. Nie pojadłem sobie, jak w siedzibie PSL-u. Tam podobno była niezła wyżerka. Nie pośmiałem się, jak w sztabie SO lub LPR-u, gdzie gromko zapewniano o oszustwie wyborczym i bagatelizowano rozmiary klęski. Nie uczestniczyłem w stypie PiS-u. Ani w confetti-radości zwycięskiej Platfromy Nie usłyszałem na żywo homilii Tuska o miłości i dobrej nowinie. Wszystko to obserwowałem na telebimach z ul. Rozbrat. I tak, jak cieszyłem się z tego, że PiS zmiotło przystawki, tak miałem poczucie, że to pseudolewicowe towarzystwo również trzeba zetrzeć w proch. Zwłaszcza kiedy widziałem snujące się po sali pary charakterystycznych kolesi bez szyi, o twarzach SB.

A jak będzie potrzeba, niech się tworzy nowa lewica. Pod warunkiem, że się wreszcie uwolni od cycka postkomuny. W co na razie nie wierzę.

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (20)

Inne tematy w dziale Polityka