W opinii dominującej większości krytyków spektakl „Szewcy u bram" w adaptacji Jana Klaty i Sławomira Sierakowskiego jest totalną klapą. Artystyczna porażka tandemu polega - ich zdaniem - w głównej mierze na zsunięciu się ciekawego zjawiska jakim jest zaangażowany teatr w publicystyczne przyczynkarstwo rodem z działu krajowego „Polityki". W ramach wyjątku Anna Burzyńska w „Tygodniku Powszechnym" zachwala twórcze nowatorstwo Klaty i intelektualny background, dostarczony przez szefa „KP". Jacek Wakar, Tomasz Plata z „Dziennika" i - o zgrozo - wyrocznia salonowych gustów Roman Pawłowski z „GW" przeczołgali „Szewców" bezlitośnie. Nie będę powtarzał ich zarzutów. Zainteresowanych odsyłam do źródeł.
Trzeba przyznać jedno Sierakowskiemu. Przetarł szlaki. Jakości TR Warszawa raczej nie pomógł, ale swoje lody kręci skutecznie. Wydeptał ścieżkę do Grupy Twożywo i Galerii Foksal, zbratał się z - jak twierdzi jakieś ważne zagraniczne pismo - najbardziej obiecującym artystą świata, czyli Wilhelmem Sasnalem. Teraz podbija jedną z ważniejszych scen teatralnych stolicy. Cena, jaką płaci za to TR jest wysoka.
TR Warszawa obchodzi właśnie 10-lecie działalności. Po długim okresie współpracy z teatru odchodzi Krzysztof Warlikowski, jeden z ojców jego sukcesu. Reżyser, który odżegnuje się od zaangażowania politycznego, nie rezygnując z mocno zideologizowanego przekazu. Zabiera ze sobą część zespołu i obejmuje nowy teatr w Warszawie. Odtąd, jak się zdaje, ideologiczny ton scenie przy Marszałkowskiej nadawać będzie twórczość podobna do tej, jaką zaproponował Klata 11 listopada. Teatr zaangażowany, odkrywający ukryte mechanizmy rządzące światem, zamienia się w loże komentatorów, produkującą „radykalne komunikaty polityczne" nie pierwszej świeżości. Nie mówiąc o odkrywczości.
Porażka „Szewców u bram" każe zadać pytanie o rzeczywiste skutki walki kulturowej, którą podobno wygrywa nowa lewica. Okazuje się, że nie wystarczy poprzechadzać się z Żizkiem po Warszawie, nawet wydanie serii książek niewiele może zmienić. Wydawanie biuletynu w białym miasteczku jako dowód na zbratanie się z ludem także spełzło na niczym.
Nikt nie odmówi temu środowisku pracowitości, konkretnej wizji i godnej pozazdroszczenia integracji wokół podstawowego celu, jakim jest wprowadzenie lewicowego języka do publicznego dyskursu. Fronda we Frondzie jest tylko najświeższym przykładem tego, jak po prawej stronie odważne projekty ideologiczne osiadają na mieliźnie osobistych ambicji.
Ale w ocenie nowej lewicy spod znaku „KP" dochodzi - w moim przekonaniu - do pewnego podstawienia. Zamiast ocenić uczciwie zawartość przekazu, jaki proponuje lewica, poddać krytyce jego związek z konkretnym społeczno-kulturowym otoczeniem ( a moim zdaniem poza opłotkami uniwersyteckimi i medialnymi jest niezrozumiały), wykazać - tam, gdzie to możliwe - słabości i nadużycia, oddaje się hołd pracowitości i ogromnej mobilizacji środowiskowej. Oczywiście to chwalebne. Ale skuteczność przekazu to nie to samo, co prawda jego zawartości.
I jest jeszcze jedna sprawa. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, w której jakieś niezależne i prężne środowisko prawicowe otrzymuje 1 mln. zł, rzecz jasna na cele statutowe od PiS lub LPR. Wyobrażacie sobie ten wrzask? Kiedy tak dzieje się po lewej stronie, cisza jak makiem zasiał. Tylko tzw. ulica o tym huczy.
Prawicowe środowiska zamiast dążyć do sztucznej integracji wymuszonej rosnącą pozycją wroga, powinny raczej sprofesjonalizować swój swoisty przekaz. Jedni powinni zająć się myślą narodową, inni wyjaśnić wreszcie wszystkim, na czym polega fenomen I RP, republikanizmu i idei jagiellońskiej, którymi to hasłami kończy się co drugie mądrzejsze przemówienie tego czy innego intelektualisty, itd., etc. Siłą prawicy jest różnorodność, jej słabością nadmierne ambicje i kompleksy. A także lenistwo.
Na kolejne wcielenie projektu modernizacyjnego - tym razem w wydaniu lewicowej obyczajówki - nie wystarczą zaklęcia o tym, że uratuje nas pokolenie JP2. Nie wystarczy pocieszać się również tym, że zasięg pomysłów Sierakowskiego et consortes graniczy z wydziałami uniwersytetu i poszczególnymi mediami.
Wiemy, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. Tylko, dlaczego nie umiemy tego pokazać?



Komentarze
Pokaż komentarze (43)