Artur Bazak Artur Bazak
123
BLOG

W sprawie "Tęczowego elementarza"

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 50

„Zalegalizowanie związków partnerskich nie leży wyłącznie w interesie gejów i lesbijek oraz nieformalnych związków heteroseksualnych. Byłoby korzystne dla całego społeczeństwa" - pisze w „Rzeczpospolitej" politolog Robert Biedroń. Szerzej znany jako prezes Kampanii przeciw Homofonii.

Autor „Tęczowego elementarza" podaje kilka argumentów, które mają mnie przekonać, że taki akt prawny byłby z korzyścią również dla mnie i „całego społeczeństwa".

Po pierwsze, usunie z dyskursu publicznego „mowę nienawiści" oraz „nienawistną i okrutną dla gejów i lesbijki retorykę" , „przywracając naszemu krajowi normalność".

Po drugie, ochroni geje i lesbijki przed przemocą werbalną i fizyczną. Bo jak pisze autor „Tęczowego elementarza" „od mowy nienawiści do zbrodni z nienawiści jest krótka droga".

Po trzecie, legalizacja związków partnerskich pozwoli gejom i lesbijkom korzystać z prawa do dziedziczenia po zmarłym partnerze, korzystania z ubezpieczenia zdrowotnego dla członków rodziny, wspólnego opodatkowania się, świadczeń po zmarłym partnerze (np. emerytury). A także prawa do zasięgania informacji i odwiedzin partnera przebywającego w szpitalu i możliwości podejmowania decyzji o sposobie leczenia, prawa do odbierania korespondencji partnera oraz prawa do odmowy składania zeznań w charakterze świadka na zasadach dotyczących małżonków.

Prezes Kampanii przeciw Homofobii skwapliwie dodaje, że nieprzypadkowo mówi o związkach partnerskich, ponieważ postulowane uregulowania prawne miałyby też obejmować zainteresowane nimi pary heteroseksualne, żyjące w niesformalizowanych związkach.

Biedroń proponuje by powrócić do kilku zarzuconych pomysłów.

Przede wszystkim należy - powiada politolog - zadbać o rzetelność wiedzy na temat środowisk homoseksualnych przekazywanych w szkołach. W związku z tym należy wprowadzić zaproponowany przez Radę Europy podręcznik „Kompas".

Następnie proponuje przeprowadzić nowelizację kodeksu karnego poprzez rozszerzenia zakresu ochrony przed wzbudzaniem nienawiści oraz nawoływaniem do przemocy wobec osób homoseksualnych oraz ochronę przed dyskryminacją, m.in. w dostępie do usług.

Na straży tych wszystkich praw powinien - zdaniem Biedronia - stać niezależny i wolny od nacisków politycznych urząd ds. przeciwdziałania dyskryminacji. Taki urząd powinien był powstać do końca 2005 r., „jeśli więc Polska" - ostrzega Biedroń - „nie powoła urzędu, czeka nas proces karny przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości i w konsekwencji dotkliwe kary finansowe".

„Przywrócenie normalności", przeciwdziałanie „mowie nienawiści", „Europa", do której mądrych rozwiązań powinniśmy dążyć i której klapsy w razie naszej niesubordynacji powinniśmy mężnie znosić oraz „dialog społeczny" i wspólne dążenie do budowy społeczeństwa tolerancyjnego, w którym nie dochodzi do wykluczenia, izolacji i „dalszych podziałów społecznych" - to stałe instrumentarium argumentacyjne samozwańczego rzecznika ruchu gej/les, politologa Roberta Biedronia.

Postulaty dotyczące zmiany prawnej sytuacji gejów i lesbijek mieszają się tutaj z „apostolskim" wezwaniem do wzajemnej tolerancji w imię różnorodności oraz „proroczymi" ostrzeżeniami przed „boskim gniewem" europejskich trybunałów.

„Nie ma żadnych racjonalnych powodów, aby dyskryminować, obrażać i pozbawiać praw osoby homoseksualne. Homofobia jest ważnym problemem społecznym, a dwa miliony gejów i lesbijek żyjących w Polsce nie są tematem zastępczym" - pisze Biedroń.

A więc tylko człowiek kierujący się irracjonalnymi motywami może poddawać w wątpliwość pomysły Biedronia i jego kolegów. Krytyka rozwiązań prawnych umożliwiających realizację postulatów środowisk gej/les to - wedle tej logiki -  jednocześnie przejaw dyskryminacji i obrażania godności jego przedstawicieli. Homofobia to ważny problem społeczny, bo dotyczy dwóch milionów osób w Polsce i jak kiedyś wyliczał w artykule w Guardianie ten sam Biedroń 200 tyś na Wyspach. Skąd te wyliczenia? Na jakiej podstawie podaje się takie liczby? Niewiadomo. I nie oczekujmy, że się dowiemy. Żonglerka cyframi „osób dyskryminowanych ze względu na orientację seksualną" to jedno z ulubionych zajęć ich medialnych rzeczników.

Widmo homoseksualizmu krąży po Europie. A my jesteśmy jej częścią. Dzisiaj homoseksualizm, homofobia oraz zjawisko „coming out" staje się coraz bardziej oczywistym elementem polskiego pejzażu ideologicznego.

Przodującym w tym względzie środowiskiem jest szeroko pojęty establishment medialno- artystyczny. Homoseksualiści ze swoją wrażliwością i określonym światopoglądem mają dzisiaj niemały wpływ na mniej lub bardziej wyrafinowanego odbiorcę tzw. kultury wyższej. Ale także na konsumenta kultury masowej.

Nurt tzw. „młodszych zdolniejszych", czy - jak ich określił Piotr Gruszczyński - „ojcobójców", czyli teatralnych uczniów krakowskiego reżysera Krystiana Lupy, który zdominował archipelag teatralny w Polsce jest tego najlepszym przykładem. Kolejne „gwiazdorskie coming out" - ostatnio znanego krytyka filmowego Tomasza Raczka, czy wcześniej aktora Jacka Poniedziałka (który zszokował swoim wyznaniem panie śledzące losy granej przez niego postaci w jednym z serialowych tasiemców) i wielu innych, o których wszyscy wiedzą, ale nie robią z tego publicznego halo. Publikacje książkowe, cały nurt literatury gej/les, którego najbardziej znanym przedstawicielem został chcąc nie chcąc Michał Witkowski. Itd., etc.

Te i inne zjawiska ostatnich lat wydobyły temat homoseksualizmu z dyskursu dewiacyjnego i wprowadziły w główny nurt polskiej debaty światopoglądowej. Pierwszy numer polskiej edycji amerykańskiego pisma First Things poświęcono problemowi dyskusji wokół homoseksualizmu po ogłoszeniu przez Kongregację ds. Wychowania Katolickiego 4 listopada 2005 r. dokumentu „Instrukcja dotycząca kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń". Ostatnie numery miesięczników „Więź" i „Znak" pochyliły się również nad pytaniami, jakie stawia wyzwanie homoseksualizmu. Homoseksualizm w jego negatywnym wydaniu jest nieodzownym elementem dyskusji o zniesieniu celibatu.

Lewicowe środowiska, dla których dyskryminowani geje i lesbijki stanowią współczesne wcielenie ideału proletariusza, realizują swoją misję emancypacyjną głównie produkując medialne spektakle, jak w Poznaniu w 2005 r. i coroczne parady równości. Potem młode dziewczęta mogą z dumą opowiadać na łamach „GW", że dzięki takim formacyjnym doświadczeniom zrozumiały, jak ważna była walka ich rodziców w czasach pierwszej „Solidarności". To pokazuje, jak środowiska gej/les i ich sympatycy poszukują legitymizacji swoich roszczeń w tradycji polskich ruchów społecznych. Czego to się nie robi, żeby wpisać się w polską tradycję wolnościową. Mógł Olejniczak i Napieralski, mogą i inni.

Nie odnoszę wrażenia, że - jak powiada - Biedroń - homoseksualiści są w Polsce dyskryminowani. Wprost przeciwnie, uważam, że temat homoseksualizmu i sami homoseksualiści zostali już otoczeni w Polsce bezpiecznym kordonem politycznej poprawności. Dlatego jakiekolwiek próby podważenia racji ich roszczeń są skazane na ataki, drwiny i szyderstwa. Tu nie chodzi tylko o  dyskusję prawną, lecz o coś znacznie ważniejszego. I strony tej dyskusji dobrze o tym wiedzą. Parafrazując Biedronia „od prawnych gwarancji do żądań nieograniczonej tolerancji jest krótka droga".

Swoją drogą to zadziwiające, że pary homoseksualne dążą do stworzenia świeckiej imitacji rodziny, opartej na związku quasi- małżeńskim z gromadką dzieci. Ta determinacja do odtworzenia podstawowej komórki społecznej w wydaniu homoseksualnym powinna dać do myślenia tym, którzy przedkładają drogę kariery nad rodzinę, opartą na sakramencie małżeństwa z gromadką dzieci. Różnica niewielka? Tylko jeśli nie ma się świadomości czym jest sakrament. I czym jest homoseksualizm.

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (50)

Inne tematy w dziale Polityka