Mam w ręku nowe, zmienione wydanie krakowskiego "Tygodnika Powszechnego". O tym, że wydawca wspólnie z kolegium redakcyjnym zdecydował o zmniejszeniu formatu ostatniej gazety na rynku prasowym, która wyróżniała się swoją wielkością, trąbiono od jakiegoś czasu. Do momentu wejścia spółki ITI takie plany traktowano jednak z przymrużeniem oka. No i stało się. 49 numer "Tygodnika" ma rozmiar codziennej gazety. Wziąłem i kupiłem.
Zmiana formatu jest tyko jednym ze skutków strategii kierownictwa "Tygodnika", której celem jest przetrwanie tej gazety oraz - co niebagatelne nawet w takim mieście, jak Kraków - zysk z jej sprzedaży. W przypadku "Tygodnika Powszechnego" to niełatwa walka o to, żeby nie pozostać zramolałłym kustoszem 60-letniego dziedzictwa. Dostosowanie się do bezlitosnych potrzeb rynkowych, dotarcie do nowych grup czytelników (zwłaszcza młodzi, wykształceni, mieszkający w wielkich miastach), uatrakcyjnenie formy, angaż nowych dziennikarzy, a także współpraca z mediami z grupy ITI to narzędzia, które mają ocalić "TP" od zapomnienia.
W edytorialu ks. Adam Boniecki (wychwalany pod niebiosa w filmie promocyjnym dostępnym na onecie przez takie autorytety, jak Andrzej Grabowski, Zbigniew Hołdys czy Piotr Najsztub) pisze:
Określenie „myśl katolicka" jest szerokie. Dowodem na to m.in. „Tygodnik". Jego status pisma katolickiego dowodzi mianowicie, że w Kościele jest miejsce również dla myśli niepokornej, krytycznej, poszukującej, miejsce dla błądzących, także dla grzeszników.
W Kościele „przełom naszego czasu" jest efektem końca ery oblężonej twierdzy, w której nie było miejsca na spory. Przetrwanie zależało od dyscypliny i posłuchu wśród załogi. Dziś bramy stoją otworem. Część załogi odeszła w otaczające przestrzenie, są i tacy, co nie dowierzając nowej sytuacji pozostali na obronnych posterunkach. Każdy szmer na zewnątrz podrywa ich na nogi. Ale tamtej twierdzy już nie ma. Jej badacze odkrywają coraz nowe informacje z lat oblężenia, ale życie toczy się gdzie indziej. Pytania o miejsce wiary i o rolę Kościoła w naszym świecie wymagają, jak już nieraz w historii, zupełnie nowych odpowiedzi. Co jest zmienne, a co niezmienne?
Niepokorni, krytyczni i poszukujący - to chyba najbardziej trafne słowa oddające ducha redakcji "TP" i jego modelowego, wyobrażonego przez marketingowców idei czytelnika. I nie ma w tym nic złego. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo, czy mówiąc inaczej, manowce. Które - dodajmy dla uczciwości -- grożą rownież innym mediom katolickim. Chociażby gazecie, w której pracuję.
Z jednej strony możemy popaść w dogmatyzm katolicyzmu otwartego, który pokryty lukrem tolerancjonistycznej frazeologii w rzeczywistości wyklucza wiele stron dyskusji, które są niewygodne. Mówił o tym w wywiadzie udzielonym "TP" abp Kazimierz Nycz:
Pytanie, które sobie powinniście postawić, brzmi: czy w obecnym „Tygodniku" jest tak, jak właśnie powiedzieliście? Czy debata nie jest ustawiana pod pewną, wcześniej przyjętą tezę? Czy zapraszani są do niej wszyscy, którzy mogliby ją wzbogacić? Czasem warto zaprosić także ludzi ze skrajnych opcji w stosunku do waszej linii. Z tego mogłyby wyniknąć dwie korzyści: przedstawienie czyichś poglądów i racji, i to, żeby się ludzie nawzajem uczyli. Przy nowej formule pisma – bo przecież nie chodzi tylko o nową szatę graficzną – potrzebna jest jasna deklaracja, że jesteśmy pismem niepartyjnym: takim, które się nie da zamknąć w jednej kategorii gazet, czy to z lewa, czy z prawa. Chcemy być gazetą katolicką, czyli taką, która daje głos każdemu, choć oczywiście sama musi mieć swoje zdanie.
Z drugiej strony istnieje realna groźba przekonywania tylko przekonywanych i zbytnia koncetracja na umacnianiu ortodoksji kosztem prób zrozumienia współczesnych wyzwań, czy jak mówi nauczanie soborowe "znaków czasu". O tym także mówił abp Nycz:
Im dłużej jestem biskupem, tym mocniej widzę, że 90 proc. mediów katolickich to media skierowane do ludzi przekonanych. „Gość Niedzielny", „Niedziela" i wszystkie inne pisma diecezjalne docierają do tych najlepszych spod ambony. Brakuje nam mediów pre-ewangelizacyjnych, które by ewangelizowały „przy okazji" muzyki czy publicystyki.
Przy czym nie są to zagrożenia równoważne w każdych okolicznościach i w każdym czasie.
W najnowszym numerze zmienionego "TP" możemy przeczytać esej Zygmunta Baumana. "Papieża" polskiej myśli socjologicznej. Buman przekonuje nas, że nie znalazł prawdy o totalitaryzmie w przestrzeniach Dachau i Kołymy. Prawdę o totalitaryzmie - powiada socjolog z Leeds - paradoksalnie, widać więcej w czasach naszych - czasach jednostek i ich praw. Większość wywodu wpisuje się w tradycję myślenia o totalitaryzmie, która nie dopuszcza do siebie porownań nazizmu z komunizmem. Zwierzęca i irracjonalna próba zniszczenia czlowieka zostaje tu przeciwstawiona złudzeniu, które zamieniło się w praktyczny cynizm. Bauman zdaje się (w ramach racjonalizacji także swojej biografii) nie dostrzegać, że komunizm i oświeceniowe ideały, którymi wabił takich, jak on, skończył się dla milionów fizycznym unicestwieniem. A nie tylko rozczarowaniem, o którym raczy pisać autor w swoim eseju.
To symptomatyczne, że najwazniejszy ideologiczny tekst w nowo zmienionym formacie "TP" pisze ktoś, kto na łamach "Gaurdiana" nie potrafił zmierzyć się z mroczną częścia swojego życia, przy okazji opisując Polskę pod rządami braci, jak kraj na skraju katastrofy. No, ale w końcu rzeczywistość jest płynna.
Mimo wszystko polecam nowy numer "TP". Obok irytującego Baumana, są jeszcze znakomite teksty Sienkiewicza, Olszewskiego czy Isakiewicz. A na dokładkę nieznana modlitwa Jana Pawła II (taki tygodnikowy news) oraz przypomnienie ważnego tekstu Jerzego Turowicza, który pod koniec lat 60 wywołal niemałą burzę i gorącą dyskusję. Szkoda, że dzisiaj taką rolę spełnia Zygmunt Bauman.



Komentarze
Pokaż komentarze (27)