Bez fajerwerków
To kolejna zmiana pisma, które od śmierci swojego założyciela próbuje utrzymać swój dawny poziom i wyjść naprzeciw wymaganiom, jakie stawia mu rynek czasopism i ostra konkurencja innych tytułów, a także internetu. Zmiana, dodajmy, rewolucyjna, wziąwszy pod uwagę fakt, że „Tygodnik Powszechny" od zawsze kojarzony był z dużym formatem i niewygodą w trakcie lektury.
Ostatni numer "Tygodnika Powszechnego" w dużym formacie ma 20 stron, nakład 40 tys. egz. i cenę 4 zł. W nowym formacie cena nie uległa zmianie. Zaś nakład wzrósł do 70 tys. egz., gazeta liczy teraz 48 stron.
W ocenie ekspertów zmiana formatu i szaty graficznej „TP" nie jest najlepsza. - Nie epatuje fajerwerkami. Jest poprawny, choć brakuje charakterystycznych elementów. Gazeta sprawia wrażenie składanej na bieżąco. Brakuje jasnych zasad, więc istnieje ryzyko, że gdy zabraknie nadzoru artystycznego, zapanuje chaos - mówi dla serwisu Press Kasper Skirgajłło-Krajewski, dyrektor artystyczny "Pulsu Biznesu".
Podobnie uważa Paweł Moskalewicz z „Przekroju": - Wygląda to trochę tak, jakby doradcy ze strony ITI (od września 2007 właściciela 49% udziałów gazety) naciskali na zmiany idące z duchem czasu, ale redakcja nie była do nich przekonana. Natomiast jeśli już zdecydowano się na zmianę, należało pójść na całość, i tak jak niegdyś "Polityka", przejść od razu na format kolorowego tygodnika opinii - komentuje.
Nieco łaskawszy dla zmian w krakowskim tygodniku katolickim jest ks. Kazimierz Sowa, szef kanału religia.tv. - Pozytywną zmianą jest to, że "Tygodnik Powszechny" przestał pisać wyłącznie o sprawach dotyczących zbawienia świata. W nowej szacie znalazło się miejsce na teksty poświęcone kulturze i historii. Tygodnik wykazał się odwagą. Chce zawalczyć o młodego czytelnika - mówi ks. Sowa.
Tygodnik dla studenta?
O młodym czytelniku wspomina też redaktor naczelny pisma, ks. Adam Boniecki w filmie reklamowym promującym nowy „Tygodnik" na portalu Onet.pl. Czy pismo, nawet po takich zmianach, jak odważniejsze wejście w internet (Secondo Life, e-wydania, itp.) i ze wsparciem finansowym i organizacyjnym tak doświadczonej w dziedzinie mediów spółki, jaką jest ITI ma szanse na powiększenie grona czytelników wśród młodej inteligencji czy wciąż tworzącej się w Polsce klasy średniej? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć.
Ks. Adam Boniecki w wywiadzie, jaki udzielił niedawno „Gazecie Wyborczej" („GW", 3 grudnia 2007) na pytanie, jakich nowych czytelników chce zyskać, odpowiedział: - Młodsze pokolenie inteligencji, studentów. Bardzo ciekawią nas czytelnicy, którzy czytają nas w internecie, to są tysiące ludzi. Mamy 900 tys. wejść w miesiącu! Może internauci wezmą do ręki ten poręczniejszy papierowy "Tygodnik"?
Dotychczasowe wskaźniki średniej sprzedaży po trzech kwartałach 2007 r. wyniosły 19 895 egz. (za ZKiDP). Ten wynik plasuje „Tygodnik Powszechny" w dole rankingu sprzedaży tygodników opinii, za „Polityką", „Newsweek", „Wprost" czy „Gościem Niedzielnym". Czy ostatnie zmiany podniosą sprzedaż? Nie wiadomo.
Ocalić od zapomnienia
O tym, że wydawca (Tygodnik Powszechny spółka z o.o) wspólnie z kolegium redakcyjnym zdecydował o zmniejszeniu formatu ostatniej gazety na rynku prasowym, która wyróżniała się swoją wielkością, trąbiono już od jakiegoś czasu. Do momentu przejęcia 49% udziałów przez spółkę ITI takie plany traktowano jednak z przymrużeniem oka. Wreszcie nadszedł ten dzień i wraz z 3048 numerem (49/2007) "Tygodnik" ma rozmiar codziennej gazety.
Zmiana formatu jest tyko jednym ze skutków strategii kierownictwa "Tygodnika", której celem jest przetrwanie tej gazety oraz - co niebagatelne nawet w takim mieście, jak Kraków - zysk z jej sprzedaży. W przypadku "Tygodnika Powszechnego" to niełatwa walka o to, żeby nie pozostać zramolałym kustoszem 60-letniego dziedzictwa. Dostosowanie się do bezlitosnych potrzeb rynkowych, dotarcie do nowych grup czytelników (zwłaszcza młodych, wykształconych, mieszkających w wielkich miastach), uatrakcyjnienie formy, angaż nowych dziennikarzy, a także współpraca z mediami z grupy ITI to narzędzia, które mają ocalić "TP" od zapomnienia.
Zwarcie szeregów i konsolidacja
Pierwszymi sygnałami wyraźniejszych niż dotychczas zmian, były roszady personalne w redakcji. W maju 2007 z pisma odszedł szef działu religijnego Marek Zając. Dzisiaj szefuje działowi zagranicznemu nowego dziennika Polskapresse „Polska". Wcześniej z grona redakcji został usunięty Jarosław Makowski, teolog i publicysta związany przez dwa lata (2005-2007) z lewicowym kwartalnikiem „Krytyka Polityczna". Teraz prowadzi własny program „Kruchta kulturalna" w kanale religia.tv (ITI).
Zmiany nastąpiły także wewnątrz redakcji „Tygodnika". Do zespołu dołączył ks. Grzegorz Ryś, wybitny historyk Kościoła z PAT, obecnie rektor Seminarium Duchownego w Krakowie. W redakcji pojawiły się nowe osoby, głównie z „Gazety Wyborczej" i „Newsweeka", a także środowisk związanych jakoś z „Tygodnikiem".
Z krakowskiej „Gazety Wyborczej" przeszedł Michał Olszewski, autor wielu reportaży i kilku książek, m.in.: „Do Amsterdamu", nagrodzonej w konkursie wydawnictwa „Znak". Z kolei z poznańskiej „GW" przeniósł się Dariusz Jaworski, który został pierwszym zastępcą redaktora naczelnego i szefem działu krajowego „Tygodnika". Także z „GW" przeniósł się jeden z bardziej znanych publicystów, zajmujących się Kościołem w Polsce, Roman Graczyk. Kierownictwo „Gazety" wyrzuciło go z pracy po tym, jak na kolegium redakcyjnym podważył politykę redakcji wobec lustracji. Elżbieta Isakiewicz, wcześniej publicystka i autorka reportaży, opuściła dla „Tygodnika" „Newsweek". W gronie redakcji znaleźli się również: ks. Jacek Prusak - psycholog i znany krakowski jezuita, Maciej Muller, Anna Łabuszewska, Teresa Stylińska, Joachim Trenkner, Anna R. Burzyńska (szefowa Katedry Teorii Literatury UJ, krytyk literacki) i Anita Piotrowska (krytyk filmowy).
Dlaczego piszę o tym tak szczegółowo? - ktoś zapyta. Dlatego, że zmiany personalne i transfery redakcyjne są jednym z ważniejszych wskaźników, które pokazują w którą stronę zmierza gazeta, a także do jakiego adresata chce dotrzeć. Zmiany, jakie przeszedł ostatnio pod tym kątem „Tygodnik Powszechny" prowadzą do jednego wniosku: główny rzecznik katolicyzmu otwartego - szerzej o tym w dalszej części artykułu - raczej zamierza umacniać swoją pozycję obudowując się murem niż otwierając na nowe środowiska. Konsolidacja i zwarcie szeregów - to najlepsze streszczenie tego, co dzieje się wewnątrz tego pisma.
Niepokorni, krytyczni, poszukujący
W artykule wstępnym, otwierającym wydanie, ks. Adam Boniecki (wychwalany pod niebiosa w filmie promocyjnym dostępnym na Onet.pl przez takie autorytety, jak Andrzej Grabowski, Zbigniew Hołdys, Beata Tyszkiewicz czy Piotr Najsztub) pisze:
- Określenie „myśl katolicka" jest szerokie. Dowodem na to m.in. „Tygodnik". Jego status pisma katolickiego dowodzi mianowicie, że w Kościele jest miejsce również dla myśli niepokornej, krytycznej, poszukującej, miejsce dla błądzących, także dla grzeszników - zaznacza.
I dalej: - W Kościele „przełom naszego czasu" jest efektem końca ery oblężonej twierdzy, w której nie było miejsca na spory. Przetrwanie zależało od dyscypliny i posłuchu wśród załogi. Dziś bramy stoją otworem. Część załogi odeszła w otaczające przestrzenie, są i tacy, co nie dowierzając nowej sytuacji pozostali na obronnych posterunkach. Każdy szmer na zewnątrz podrywa ich na nogi. Ale tamtej twierdzy już nie ma. Jej badacze odkrywają coraz nowe informacje z lat oblężenia, ale życie toczy się gdzie indziej. Pytania o miejsce wiary i o rolę Kościoła w naszym świecie wymagają, jak już nieraz w historii, zupełnie nowych odpowiedzi. Co jest zmienne, a co niezmienne? - podkreśla ks. Boniecki.
Niepokorni, krytyczni i poszukujący - to chyba najbardziej trafne słowa oddające ducha redakcji "TP" i jego modelowego, wyobrażonego przez marketingowców idei czytelnika. I nie ma w tym nic złego. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo, czy mówiąc inaczej, manowce. Które - dodajmy dla uczciwości -- grożą również innym mediom katolickim.
Z jednej strony możemy popaść w dogmatyzm katolicyzmu otwartego, który pokryty lukrem tolerancjonistycznej frazeologii w rzeczywistości wyklucza wiele stron dyskusji, które są niewygodne. Mówił o tym w wywiadzie udzielonym "TP" („TP", 48/2 grudnia 2007) abp Kazimierz Nycz:
- Pytanie, które sobie powinniście postawić, brzmi: czy w obecnym „Tygodniku" jest tak, jak właśnie powiedzieliście? Czy debata nie jest ustawiana pod pewną, wcześniej przyjętą tezę? Czy zapraszani są do niej wszyscy, którzy mogliby ją wzbogacić? Czasem warto zaprosić także ludzi ze skrajnych opcji w stosunku do waszej linii. Z tego mogłyby wyniknąć dwie korzyści: przedstawienie czyichś poglądów i racji, i to, żeby się ludzie nawzajem uczyli. Przy nowej formule pisma - bo przecież nie chodzi tylko o nową szatę graficzną - potrzebna jest jasna deklaracja, że jesteśmy pismem niepartyjnym: takim, które się nie da zamknąć w jednej kategorii gazet, czy to z lewa, czy z prawa. Chcemy być gazetą katolicką, czyli taką, która daje głos każdemu, choć oczywiście sama musi mieć swoje zdanie.
Z drugiej strony istnieje realna groźba przekonywania tylko przekonywanych i zbytnia koncentracja na umacnianiu ortodoksji kosztem prób zrozumienia współczesnych wyzwań, czy jak mówi nauczanie soborowe "znaków czasu". O tym także mówił abp Nycz:
- Im dłużej jestem biskupem, tym mocniej widzę, że 90 proc. mediów katolickich to media skierowane do ludzi przekonanych. „Gość Niedzielny", „Niedziela" i wszystkie inne pisma diecezjalne docierają do tych najlepszych spod ambony. Brakuje nam mediów pre-ewangelizacyjnych, które by ewangelizowały „przy okazji" muzyki czy publicystyki.
Przy czym nie są to zagrożenia równoważne w każdych okolicznościach i w każdym czasie.
Katolicyzm otwarty to rozdział zamknięty
„Czas dialogu, poznawania się wzajemnego czy wzajemnej akceptacji poglądów, wydaje się dobiegać końca. Zaczyna się okres ostrego konfliktu ideowego." - pisał przed paroma miesiącami na łamach „Rzeczpospolitej" Tomasz P. Terlikowski. Głos Terlikowskiego to nie pierwsza próba postawienia palącego pytania o słuszność lokowania swoich nadziei przez tych, którzy definiują się jako katolicy otwarci, w dialogu z każdym „innym". Wcześniej na kartach swojej książki „Kościół w czasach wolności" pisał już o tym Jarosław Gowin. Dwa lata temu przypomniał swoją krytyczną diagnozę w artykule „Kontrowersyjne jest samo chrześcijaństwo" (Newsweek, 26.09.2005): „Czy formacja katolicyzmu otwartego nie należy już do przeszłości? Obawiam się, że odpowiedź brzmi twierdząco. (...) 28 czerwca 2000 r. zmarł ks. Józef Tischner. Przypuszczam, że ta data wyznacza kres niezwykle zasłużonej dla Kościoła i Polski formacji „katolicyzmu otwartego".
W ciągu dwóch lat od tej diagnozy niewiele się zmieniło. Wydawnictwo „Znak" coraz bardziej przypomina skierowane do masowego odbiorcy Wydawnictwo „Otwarte". Skrajnej komercjalizacji, ważnego kiedyś instytutu wydawniczego, w którym pokazywały się jedne z istotniejszych dzieł religijnych i filozoficznych, nie pomaga drukowanie co jakiś czas Szymona Hołowni czy Normana Daviesa. Miesięcznik „Znak" nie inicjuje już ważnych debat, ograniczając się do roli kustosza 60-letniego dziedzictwa i biuletynu Instytutu im ks. Józefa Tischnera. Szeregi duchowieństwa opuścili czołowi autorzy „TP" i „Znaku". Coraz częściej można przeczytać tam rozmaitych autorów, którzy zajmują się tym, co robi lewicowa „Krytyka Polityczna. Działalność wydawnicza „Frondy", „Arcanów", „Ośrodka Myśli Politycznej", czy kolejne numery „Teologii Politycznej" nie wzbudzają już takiego entuzjazmu. A powinny.
Manowce dialogu wykorzenionego
Bezkrytyczna postawa otwartego dialogu świadczy dzisiaj o zatraceniu znamionującej dotychczas środowiska katolików otwartych umiejętności odczytywania „znaków czasu". Znakiem czasu jest wyzwanie, jakie rzuca dzisiaj katolicyzmowi w Polsce skrajny sekularyzm. Rozumiany nie jako neutralny proces zmian społeczno-kulturowych, przebiegających niezależnie od woli jednostki, lecz ideologia, której celem jest wyrugowanie katolickich roszczeń ze sfery publicznej.
A także nowa lewica, spod znaku „Krytyki Politycznej" pod wodzą Sławomira Sierakowskiego, która dokonuje coraz odważniejszej kolonizacji sfery religijnej. Głosi radykalnie antykatolickie idee i wygrywa swój niebezpieczny radykalizm oswajając tych, którzy już nie są „znakiem sprzeciwu". Katolickim rzecznikom dialogu pozostaje napędzająca siłę oddziaływania nowej lewicy postawa reaktywna, sprowadzająca się do próby zrozumienia co też francuski filozof Alain Badiou miał na myśli, wykorzystując św. Pawła i chrześcijaństwo do swojej koncepcji „wydarzenia" i „uniwersalizmu". A wystarczyłoby, biorąc przykład ze słynnego „demokraty" powiedzieć „odpieprzcie się od św. Pawła". Z tą różnicą, że za tymi słowami poszłyby konkretne działania wydawnicze i publicystyczne, które przypominałyby prawdziwe przesłanie apostoła narodów. Przypominanie sobie o św. Pawle wtedy, kiedy za jego ekshumacje bierze się radykalna lewica, przypomina zachowanie starego kustosza muzeum, który pilnuje, żeby zwiedzający zakładali kapcie i nie palcowali eksponatów, sam nie widząc, jakie skarby ma wokół siebie (por. ostatnia debata o św. Pawle na łamach „TP").
Dialog środowisk katolików otwartych z tzw. laicką inteligencją 30 lat temu zakończył się sojuszem obrońców polskiej wersji demokracji liberalnej, która chciała zamknąć katolicyzm w sferze tego, co metapolityczne.
Rzecznicy „demokratycznego sojuszu" klepią się po plecach na łamach „Arki Noego" w „Gazecie Wyborczej" oraz „Tygodnika Powszechnego". Byli księża, intelektualni celebryci w „Tygodniku Powszechnym" i „Znaku" odmalowują krytyczną kreską stan religijności w Polsce, piętnują „papieską idolatrię" i nawołują do demokratyzacji struktur kościelnych. Tak zakończył się dialog rozpoczęty dziełami Adama Michnika i Bohdana Cywińskiego. Kapitulacją strony katolickiej.
Dlatego tak ważne jest teraz to, w którą stronę idzie wzmocniony finansowo i osobowo „Tygodnik". Obawiam się, że nie jest w stanie wyjść z zaklętego kręgu i marzeń o przywróceniu dawnego blasku i wpływów, jakimi cieszył się przed 89 r. Na razie ze sceptycyzmem podchodzę do zapowiedzi ks. Adama Bonieckiego, który mówi w wywiadzie dla „GW": - Nie będziemy się wszystkim podobać. Ale czym innym jest podobanie się, a czym innym dopuszczenie do debaty w sprawach, w których wyraźnie się różnimy. Niezbędne jest otwarcie na innych, nie wolno odsądzać od czci i wiary, godzi się dostrzec coś dobrego w formacjach nawet bardzo odległych od naszej. Trzeba się spotykać - podkreśla naczelny „TP".
Kto czytał ostatnie debaty w „TP" ten wie, że krąg dyskutantów jest mocno ograniczony i dobierany z ideologicznego klucza, co przeczy tak chętnie wywieszanemu na sztandarach postulatowi otwarcia i spotkania.
Ale, ale w kolejnym najnowszym numerze mamy manifest teologiczny ks. Jacka Prusaka i ks. Adama Bonieckiego:
Misją „Tygodnika" jest stanie przy ludziach inaczej myślących. Ma bronić ich przed ideologią wątpliwości bądź nadmiernej pewności w sprawach wiary. Znawcy rynku mediów doradzali nam czasem wykreślenie z tytułu pisma przymiotnika „katolickie". Twierdzili, że wielu może on odpychać. Odpowiadaliśmy, że udzielone „Tygodnikowi" przez Kościół prawo do tego przymiotnika pokazuje, na czym polega katolickość.
O rozumieniu katolickości przez redaktorów i środowisko TP można jeszcze długo dyskutować. Ale to innym razem.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)