W czerwcu 2000 r. cieszyłem się świadectwem maturalnym i objeżdżałem różne ośrodki akademickie, zdając egzaminy wstępne na studia. Podczas pobytu w Toruniu, w jednym z sklepów spożywczych głos spikera radiowego obwieścił śmierć znanego w całej Polsce księdza.
Józef Tischner zmarł, kiedy spełniły się moje licealne marzenia i dostałem się na legendarny Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. O legendzie tu pisać nie będę, bo i nie ma o czym. Odejście Tischnera było wówczas dla mnie znakiem - tak to przynajmniej wtedy odczytywałem. Wejście w intelektualny świat Krakowa był dla mnie przede wszystkim zagłębieniem się w twórczość Tischnera, „Znaku" i „Tygodnika Powszechnego". Zajęło mi sporo czasu, zanim wyzwoliłem się z bezkrytycznego zachwytu środowiskiem, które już wtedy było cieniem samego siebie.
Pamiętam pierwsze Dni Tischnerowskie, przez które przesunąłem sobie terminy egzaminów semestralnych. I kolejne publikacje kontynuujące tischnerowski styl „myślenia według wartości", które obfitowały w słowa-klucze: agatologia, twarz Innego, dialogiczność, horyzont prawdy, itd., itp. Wznowienia książek księdza Łopusznej z posłowiami, które jak to w „Polskim kształcie dialogu" autorstwa Jarosława Gowina, wzbudzały polemiki jego najbliższych przyjaciół. Już wtedy widać było, jak trudne życie będą mieć polemiści księdza profesora. Jak szczelnym kordonem otoczyli jego spuściznę przyjaciele, uczniowie i ci, którzy za jego ideowych spadkobierców się uznali.
Kolejne indywidualności w sutannach określane mianem „kolejnego Tischnera", co miało w zgrabny sposób streścić wyjątkowość osobowości i doniosłość myśli delikwenta.
Ale ciekawsze od kolejny awatarów księdza Tischnera było środowisko, które go ukształtowało, otoczyło swoją towarzysko- ideowo-wydawniczą opieką, a dzisiaj strzeże Tischnerowego ognia prawdy przed tymi, którzy ośmielają się zakwestionować to, że jeszcze daje ciepło. Bo krąg towarzyski „Tischnerianów" grzeje się w ciepełku ognia mistrza. Tylko niestety mało z tego wynika. Oprócz naturalnej tendencji do archiwizowania dorobku księdza, którego stali się kustoszem, nie robią zbyt wiele, aby największe owoce myśli krakowskiego duchownego przekuć w coś oryginalnego.
Jedną z pierwszych syntetycznych krytyk myślenia samego Józefa Tischnera przeprowadził Paweł Lisicki w eseju zamieszczonym w zbiorze „Powrót z obcego świata". Naczelny „Rzepy" pokazał filozoficzne konsekwencje myślenia Tischnera, odzierając je z lukru bezkrytycznych interpretacji. Zainteresowanych odsyłam do źródła.
Inny typem zjawiska, które osoby i myśli Tischnera dotyczy, jest fenomen, który Dariusz Karłowicz nazwał podczas ostatnich Dni Tischnerowskich mianem „Kościoła Tischnera", definiując go nie tyle jako jakąś szczególną doktrynalną czy społeczną wizję Kościoła jako takiego, co raczej jako krąg pewnych ludzi, „polityczna sekta", czy „Koło Boże". „"Kościół Tischnera" dla bardzo wielu ludzi znaczy po prostu: „krąg towarzysko-polityczny", w którym filozof ten był niewątpliwym autorytetem. Bardzo łatwo wskazać tych, którzy owo towarzystwo tworzą, i każdy kto ma jaką taką orientację w temacie zrobi to bez większego trudu.
Karłowicz w swoim wystąpieniu, które pojawi się w zbiorze każdorazowo podsumowującym Dni Tischnerowskie, a który można już teraz przeczytać w najnowszej Frondzie i na stronie Teologii Politycznej, poddał druzgoczącej krytyce socjologiczne fenomen „Kościoła Tischnera". Jak wynika z tej analizy, prominentni przedstawiciele środowiska „Tischnera" nazbyt często prezentowali zachowania, które nie licowały z nauczaniem ich intelektualnego patrona. Redaktor „Teologii Politycznej" przedstawił krótką listę najważniejszych zarzutów pod adresem krakowskiego towarzystwa:
konstantynizacja chrześcijaństwa, oznaczająca de facto polityzacje religii - czyli innymi słowy wyciąganie pewnych koncepcji politycznych i ekonomicznych dotyczących liberalnej demokracji oraz wolnego rynku i nadawanie im katolickiej legitymizacji; problem i jednoczesne nadużycie tego zabiegu polegał na tym, że „poparcie konkretnego programu politycznego przedstawianego nie tylko jako jedyny słuszny politycznie i ekonomicznie (co już było sporym nadużyciem intelektualnym), ale na dodatek również jako jedyny w pełni chrześcijański"
polityczna teodycea - czyli założenie, że pewne realnie istniejące zło jest nieuchronnym kosztem przemian związanych z wychodzeniem z komunizmu. Jak pisze Karłowicz, takie chrześcijaństwo stało się adwokatem beneficjentów zmian, pozostawiając ofiary wykluczenia politycznego i ekonomicznego samym sobie. „Do dziś pamiętam pewien specyficzny ton, którym mówiono o niezbędnych, zdaniem reformatorów, przekształceniach na wsi, zwłaszcza w rejonach popegeerowskich: „Oni muszą coś ze sobą zrobić", powiadano z dykcją, od której cierpła skóra. W tamtych latach nie było zbyt wielu adwokatów, poważnie traktujących problemy ludzi wyrzuconych poza nawias nowego, lepszego świata. Za pomoc starczyć im miała cyniczna zachęta, by „wzięli sprawy w swoje ręce" - wspomina Karłowicz.
szantaż wolnością - wynikał z konsekwentnie wyznawanej politycznej teodycei. Sprowadzał się do przekonania, wedle którego każdy, kto ośmielał się wspominać o „kosztach transformacji" w innym tonie niż ten narzucony przez ideowych prawodawców środowiska, które miało ideowy monopol (a dzisiaj stara się ówczesny monopol pomniejszać i bagatelizować) stawał się z automatu oszołomem, który ni potrafi przyjąć dobrodziejstw „nieszczęsnego daru wolności". Pisze Karłowicz: „Nie podoba ci się nędza pegeerów, bieda emerytów, narkomania, pornografia w sklepach, prostytucja, prymitywizm mediów, rosnące bezrobocie - co więcej: zaczynasz je krytykować, szukasz rozwiązań, protestujesz - więc - brzmi diagnoza - nie rozumiesz natury demokracji, a być może tęsknisz za autorytaryzmem. O ile wiele absurdów lat dziewięćdziesiątych wyparowało, mam nadzieję, bezpowrotnie - to ten szantaż do dziś paraliżuje odpowiedzialność i aktywność wielu chrześcijan, którzy boją się kształtować rzeczywistość z lęku, że zostaną posądzeni o zamach na wolność, a może nawet chęć wprowadzenia jakiejś autorytarnej teokracji."
euzebianizacja historii - oznaczała zabieg takiego przedstawienia historii środowiska, z którym Tischner był związany, z którego wynikało, że wszystkie wybory jego członków były zawsze dobre. Niezależnie od tego, czy to było zaangażowanie w Sejm w ramach Koła Znaku w latach odwilży czy jednostronne opowiedzenie się po stronie Mazowieckiego w wojnie na górze w latach '90. Euzebiusz z Cezarei napisał panegiryk na cześć Konstantyna i zostawił po sobie Historię Kościelną, której zwieńczeniem było zwycięstwo Konstantyna Wielkiego nad Licyniuszem. Nie przymierzając, Jacek Żakowski napisał skromną książeczkę o środowisku „Tygodnika Powszechnego", w której dzieje krakowskiego czasopisma i środowiska, które go tworzyło było równie doniosłe, jak wszystkie zwycięstwa Konstantyna Wielkiego. „Taki sposób myślenia o własnej przeszłości jest wprawdzie terapeutycznie dobry, jednak - w moim odczuciu - dość śmiały i, co tu kryć, zabawny. Że jest to dość selektywne zastosowanie zalecanego innym wysiłku krytycznego namysłu nad własną heroiczną historią, odbrązawiania pomników i zastępowania mitów prawdą, o tym mówić nawet nie trzeba."
duch millenarystyczny - „Bardzo wyrazista i gwałtowna orientacja na cele polityczno-gospodarcze sprawiała, że rzeczywistość liberalno-demokratyczną przedstawiano jako rodzaj „tysiącletniego królestwa Chrystusa", w którym chrześcijanin miał się czuć doskonale i komfortowo. Jako ze swej natury chrześcijańskie rynek, nowe prawo i demokracja nie mogły być źródłem żadnych poważnych konfliktów chrześcijańskiego sumienia. W ferworze przemian zapominano, że zasada mówiąca, że wszystko, co nie zakazane, jest dozwolone - nie we wszystkim dotyczyć może chrześcijan. W dyskusji o chrześcijaninie we współczesnym świecie chętnie używano kolorów wyłącznie pastelowych. Realizm nie był w najwyższej cenie. Dlatego niestety ludzie doświadczający wówczas takich konfliktów traktowani byli jako dziwacy czy skrupulanci i w praktyce pozostawiani sami sobie. Nielicznych, którzy podkreślali, że dobro Kościoła i głos sumienia kłaść należy przed dobrem rynku czy demokracji, stygmatyzowano jako pesymistów, malkontentów i żołciowców (oraz rzecz jasna wrogów wolności, nieuków i oczywiście wątpliwych chrześcijan). Poważne osłabienie wrażliwości chrześcijańskiej na sytuacje rzeczywistego zagrożenia konfliktami sumienia to cena, którą płacimy za to również dzisiaj." - pisze Karłowicz. Najlepszym przykładem są nieliczne, ale skuteczne oddolne akcje katolików, takie jak „Józefów bez pornografii".
manicheizacja dyskursu religijnego - ostry podział świata, ludzi i środowisk według zasady wróg-przyjaciel i czarno-biała wija świata nie jest tylko przypadłością Rodziny Radia Maryja, jej prefiguracją jest środowisko, które na sztandarach ma wypisane słowa: tolerancja, dialog, szacunek dla innego. Jak przypomina Karłowicz, „w najróżniejszych dyskusjach ludziom myślącym inaczej niż za dopuszczalne uważano w tym środowisku miana chrześcijan odmawiano z niezwykłą łatwością i bardzo często. Biorąc pod uwagę ówczesny monopol informacyjny i rzeczywisty rząd dusz, który środowiska te sprawowały w kręgach ówczesnej inteligencji, niektóre kampanie okazywały się zresztą niestety nadzwyczaj skuteczne."
naiwna wizja polityczności - postrzeganie świata polityki, jako bezkonfliktowe uzgadnianie sprzecznych interesów w drodze politycznego dialogu śmieszy naiwnością i przykrywa realna walkę o uznanie bezalternatywności wyznaczonych autorytetów moralnych. „Wybór jest prosty. Dlaczego? Ponieważ spory nie biorą się z problematyczności spraw, których ludzki umysł definitywnie rozstrzygnąć nie może, lecz z faktu, że wiedza (którą my posiadamy) zderza się z nieuctwem lub złą wolą (która cechuje naszych przeciwników). Jeśli świat polityki przypomina system aksjomatyczny, który nie ma tajemnic dla politycznego eksperta, to taki ekspert - oświecony mędrzec, który posiada nieomylną wiedzę o tym, jak jest i jak być powinno - za przeciwnika może mieć tylko człowieka głupiego lub niegodziwego. Po co takiemu ekspertowi demokracja? Trudno orzec. Na szczęście tę sprawę można już zostawić historykom. Ten rodzaj myślenia o polityce jest już dziś na szczęście przeszłością."
pelagianizacja „Kościoła Tischnera - to kolejny majstersztyk tego środowiska, który legł u podstaw filozofii wybaczenia i miłosierdzia na długo przed słynna homilią Jana Pawła II na Błoniach w 2002 r. „Szczególnie wyraźnie było to widać w dyskusji o miłosierdziu, która wywiązała się przy okazji debat lustracyjnych. W tym dyskursie nie tylko sprawiedliwość nie była formą miłosierdzia, ale - co bodaj ważniejsze - miłosierdzie nie było wezwaniem, lecz politycznym obowiązkiem. Mówiąc w ogromnym skrócie, „Kościół Tischnera" opowiadał się za pewnym rozwiązaniem ze swej natury teokratycznym, które wyrażało się ideą bezpośrednich rządów imperatywu miłosierdzia. Coś, co jest cnotą heroiczną, miało się stać integralnym elementem porządku politycznego - nie wezwaniem do heroizmu, ale obywatelskim obowiązkiem. Świętość jako imperatyw polityczny! Myślę, że nawet Savonarola byłby pod wrażeniem. Autonomia polityki i religii ulega zawieszeniu razem zresztą z moralnymi i społecznymi skutkami grzechu pierworodnego! A wszystko to prezentowane jest jako element nauki społecznej Kościoła. Doprawdy imponujące! Projekt w historii polskiej teologii politycznej ostatniego stulecia bezprecedensowy."
Podczas kolejnych Dni Tischnera do głosu dochodzi wreszcie grupa ludzi, która próbuje krytycznie zmierzyć się z samą spuścizną myśli ks. Józefa Tischnera jak również z nieuchronną „rutynizacją jego charyzmy" w ramach dusznego i z rzadka wietrzonego środowiska, tworzącego „sektę Tischnera".
Dzisiaj Ojcowie założyciele i Matki założycielki środowiska odchodzą „parzyć ziółka". Czasopismo, które jak bardzo trafnie pisze w ostatnim „Plusie Minusie" Agnieszka Rybak „było już moralnym drogowskazem, głosem świeckich w Kościele, a także sztabem wyborczym, dziś walczy o to, by stać się dobrze sprzedającą się gazetą (...)".
Instytut zajmujący się myślą ks. Tischnera wykonuje dobrze swoją robotę, dając ostatnim, którzy załapali się na pełnienie zaszczytnej roli ucznia księdza profesora, zajęcie na długie lata. W maju odbędą się kolejne Dni Tischnerowskie, wydane zostanie znowu jakieś nieodnalezione i niepublikowane dotąd dzieło księdza profesora lub kolejny wywiad-rzeka.
I tak sobie ten krakowski ‘Kościół Tischnera" będzie pędził spokojny, niespieszny żywot w rytm kolejnych Tischnerowych wydarzeń. Polityczna atmosfera sprzyja. No i na szczęście nie przenoszą stolicy do Krakowa. Ktoś by jeszcze, nie daj Boże, chciał wedrzeć się na tę dialogiczną mszę dla „wybranych" i wygłosić homilię bez odwołania do twarzy innego i kształtu dialogu, nie kierując się myśleniem według wartości. Oj to by była dopiero katastrofa! Znowu jakiś list trza by było sporządzić naprędce i obudzić starszyznę, żeby powiedziała coś doniosłego i oburzenie swoje wyraziła. A tak, spokój i cisza...potrzebne do głębokiego namysłu są zapewnione.
I oby tak zostało. Lepsze to niż kolejne krucjaty ogłaszane przez kapłanów Kościoła Tischnera.



Komentarze
Pokaż komentarze (19)