Powiedzieć, że „Krytyka Polityczna" jest popularna to nic nie powiedzieć. Nowa lewica ma uwodzicielską siłę i przez to jest jeszcze bardziej groźna
„Krytyka Polityczna" już dawno przestała być nazwą jednego z wielu niskonakładowych periodyków dla wyrobionych intelektualnie. Dzisiaj to gwałtownie rozrastające się środowisko lewicowe, niezależna oficyna wydawnicza, sieć otwartych w całej Polsce świetlic kulturalnych, multimedialny serwis internetowy oraz magazyn intelektualny o nakładzie 6,5 tyś egzemplarzy. Ludzie z „Krytyki Politycznej" lubią podkreślać, że tworzą najprężniejsze środowisko młodej, polskiej lewicy.
Słowa, które jeszcze parę lat temu mogły wywołać uśmiech pobłażania, powtarzanie konsekwentnie przy każdej nadarzającej się okazji, w sposób niemal niezauważony, stały się rzeczywistością. I to nie tylko za sprawą sprzyjających mediów i możnych patronów, ale także - trzeba to przyznać otwarcie - godnej podziwu pracy u podstaw ludzi skupionych wokół „Krytyki Politycznej" z jej twórcą na czele.
Lewica u bram
Sławomir Sierakowski, jeszcze jako student Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, postanowił założyć własne, autorskie pismo. Nazwa „Krytyka Polityczna" miała nawiązywać do młodopolskiej „Krytyki" Wilhelma Feldmana, na łamach której publikował swoje teksty m.in. Stanisław Brzozowski oraz do drugoobiegowej „Krytyki", publikującej opozycyjnych pisarzy i publicystów. Brzozowski został zresztą intelektualnym patronem stowarzyszenia, które wydaje pismo.
We wstępniaku do pierwszego numeru Sierakowski pisał: „(...) za punkt honoru stawiamy sobie otwarcie się na różnorodne środowiska i wsłuchanie się w głosy dobiegające z różnych stron." Od tamtego czasu upłynęło 6 lat, wydano 14 numerów kwartalnika. A projekt otwartego pisma studenckiego zmienił się w narzędzie budowania nowej lewicy w Polsce.
W ciągu ostatnich kilku lat „Krytyka Polityczna" wypracowała spójny program, mający na celu stworzenie takich warunków społeczno-kulturowych, w oparciu o które narodzi się zapotrzebowanie na idee, język i polityczne rozwiązania lewicy. Strategią Sierakowskiego jest konsekwentne wprowadzanie trzeciego, obok liberalnego i konserwatywnego, języka debaty publicznej. Jak powtarza, ludzie mają takie poglądy, jakie dostarcza im przestrzeń publiczna. Dlatego w supermarkecie idei walczy o równoprawność w dostępie do języka lewicy.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej wydało już kilkanaście książek ( i planuje kilkadziesiąt kolejnych tylko w tym roku), w tym kontrowersyjną „Rewolucję u bram" słoweńskiego filozofa Slavoja Żiżka, w której autor podejmując krytykę współczesnego kapitalizmu sięga do... Lenina. Czy Alaina Badiou, Św. Paweł. Ustanowienie uniwersalizmu, ze wstępem Kingi Dunin, która proponuje nowe odczytanie słów apostoła narodów z Listu do Galatów ( „Nie ma już Żyda, ni Greka..."), twierdząc, że św. Paweł miał na myśli także orientację seksualną. Obydwie książki wywołały burzliwą debatę, a przy okazji zrobiły świetną reklamę środowisku.
Wielu z przekąsem twierdzi, że „marketing ideowy" wychodzi „Krytyce Politycznej" najlepiej i w tej konkurencji faktycznie jest niedościgniona.
Władza, na razie symboliczna
Ludzie związani z „Krytyką Polityczną" nie ukrywają, że zależy im na zdobyciu władzy. Nie chcą jednak na stałe wiązać się z żadną z istniejących partii. Sierakowski, pilny uczeń Adama Michnika, zdaje sobie doskonale sprawę, że wejście w bezpośrednią politykę to nic porównaniu z wpływem, jaki można mieć na politykę zza redakcyjnego biurka wpływowego medium.
Przykład ostatni to rozpad Lewicy i Demokratów (LiD), który podobno był wynikiem politycznej decyzji Wojciecha Olejniczaka po rozmowie w znanej warszawskiej knajpie z Sierakowskim. Szef „Krytyki Politycznej" jest uznawany za autora koncepcji Centrolewu, czyli koalicji SLD, demokratów.pl oraz SDPL, do której rozpadu teraz sam przyłożył rękę.
Dwa mity
To wydarzenie symbolizuje koniec dwóch ważnych mitów polskiej polityki.
Pierwszy, nazwijmy go dialogiem ponad podziałami, nawiązuje do wielkiego sojuszu ponad podziałami politycznymi i historycznymi doświadczeniami między postsolidarnościową lewicą i postkomunistycznymi liberałami. Ich prominentni przedstawiciele - Adam Michnik i Włodzimierz Cimoszewicz ogłosili we wspólnym artykule „O prawdę i pojednanie" na łamach „Gazety Wyborczej" w 1995 r., że należy budować wspólnotę interesu politycznego mimo różnych biografii. Centrolew miał być nieco spóźnioną odpowiedzią na zapotrzebowanie stworzenia jednej partii demokratycznej byłych dysydentów i aparatczyków. Stracił rację bytu, kiedy upadł wróg, wobec którego się ukonstytuował. Gwóźdź do trumny wbił Sierakowski.
Drugi mit polskiej polityki dotyczy polityczności, czyli tego, jak polityka jest prowadzona w praktyce. Przez wiele lat wielką popularnością cieszyła się koncepcja „antypolitycznej polityki", wypracowana przez część opozycji demokratycznej przed '89 r. W III RP weszła w ramy dominującego nurtu polityki liberalnej środowisk związanych lub sympatyzujących z „GW". „Antypolityczna polityka" w czasach schyłkowego komunizmu oznaczała walkę polityczną w obronie wartości prawdy i godność ludzkiej. Po '89 r. stała się wygodnym narzędziem stygmatyzacji politycznego przeciwnika. Afera Rywina obnażyła mechanizmy kapitalizmu politycznego, skrytego za retoryką „antypolitycznej polityki", a wygrana w wyborach z 2005 r. partii, które podważały porządek wypracowany przez zwolenników „antypolitycznej polityki" i utorowała drogę tym, którzy w przeciwieństwie do Michnika nie uważali, ze „demokracja jest szara".
Siła i moc uwodzenia Sierakowskiego bierze się przede wszystkim z tego, że potrafił obalić te dwa potężne mity, rządzące dotąd polską polityką i na gruncie intelektualnym zaproponować atrakcyjną alternatywę. Dialog został zastąpiony głośnym monologiem lewicowego radykała, przyjmowanym z zadowoleniem na salonach. A „antypolityczną politykę" z radością wyparto lewicową retoryką walki i konfliktu, czyli politycznej polityki.
Nieudany produkt wychowawczy konserwatystów
Widać tu jeszcze jedną cechę Sierakowskiego i jego środowiska, która sprawia, że jego przekaz jest tak atrakcyjny dla ludzi, którym raczej obcy jest lewicowy radykalizm. Szef „Krytyki Politycznej" jest bardzo pilnym uczniem...warszawskich konserwatystów. A zwłaszcza nieistniejącego już Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej, który tworzyli Dariusz Gawin, Marek A. Cichocki, Dariusz Karłowicz, Tomasz Merta, Robert Krasowski, Paweł Paliwoda czy Janusz Ostrowski. Sierakowski przy każdej okazji podkreśla, ile zawdzięcza lekturom i dyskusjom seminaryjnym, prowadzonym przez Tomasza Mertę i Dariusza Gawina na UW.
W najważniejszych diagnozach społecznych Sierakowskiego i konserwatystów widać wiele podobieństw. Ten sam sprzeciw wobec liberalnego konsensusu i monopolu ideowego „GW", to samo upodobanie twardej polityki i wyraźnych granic między lewicą a prawicą. Z tych samych diagnoz wyciągają jednak oni zupełnie inne wnioski.
Młoda lewica w ogniu krytyki
Rosnąca w siłę młoda, polska lewica budzi wielkie namiętności i kontrowersje po dwóch stronach ideologicznej barykady. Skrajna lewica, obejmująca wiele rozproszonych środowisk, oskarża „Krytykę Polityczną" o zdradę lewicowych ideałów oraz zaprzedanie się salonowi. Prawicowe i konserwatywne kręgi intelektualne krytykują środowisko lewicowe za oderwanie od polskiej rzeczywistości i utopijność.
Pomysł na lewicę obyczajową w Polsce, gdzie najbardziej wykluczonymi grupami nie są geje i feministki, lecz bezrobotni, ludzie żyjący poniżej minimum socjalnego, kobiety matki oraz chorzy i starzy, uznać należy raczej za karkołomny. Rewolucyjne treści obyczajowe są może atrakcyjne dla znudzonej liberalnej młodzieży akademickiej z wielkich miast, ale nie stanowią żadnej oferty dla prawdziwie wykluczonych. Dlatego walka o emancypację uciśnionych grup społecznych wygląda w przypadku salonowej lewicy, jaką jest „Krytyka Polityczna", nieco groteskowo.
Mit młodego rewolucjonisty
Mimo tej słabości, młoda lewica, skupiona wokół Sierakowskiego uwodzi coraz szersze kręgi ludzi: polityków, publicystów, artystów i naukowców. Tłumacząc najmodniejszych zachodnich myślicieli i wskrzeszając zamrożoną przez 50 lat komunizmu przedwojenną tradycję lewicową wypełnia lukę, której nie umiał nikt dotąd wypełnić. W całej Polsce powstają jak grzyby po deszczu kolejne kluby „Krytyki Politycznej". Na spotkania przychodzą setki młodych ludzi, którzy znajdują tutaj miejsce dla realizacji swojej potrzeby działania dla wspólnej sprawy. Młoda lewica, w przeciwieństwie do rozproszonych środowisk młodej prawicy, prowadzi bogate życie towarzyskie, które spaja rosnącą wspólnotę. To bardzo ważny, choć często bagatelizowany, powód siły przyciągania takich środowisk, jak „Krytyka Polityczna". Połączenie towarzyskości z klasztorną samodyscypliną (Sierakowski często przywołuje „zakonną metaforykę") daje wyborny efekt. To klucz do umysłów i dusz studentów, którzy nie zostali jeszcze wchłonięci przez rynek pracy.
Zapotrzebowanie na romantycznego bohatera, rewolucjonistę, walczącego o swoją sprawę, jest też widoczne wyraźnie w mediach, które w dużej mierze przyczyniły się od wykreowania Sierakowskiego jako ważnej postaci publicznej.
Analiza tylko ostatnich tygodni w prasie i mediach elektronicznych prowadzi do wniosku, że „Krytyka Polityczna" to jeden z głównych rozgrywających w najważniejszych wydarzeniach politycznych i debatach intelektualnych kraju.
„Guru lewicowych pampersów", „ostatnia nadzieja polskiej lewicy", „młody tytan lewej strony", „rewolucjonista u bram", „nieformalny rozgrywający SLD" - to tylko najświeższe określenie, jakimi media opisują 29-letniego Sławomira Sierakowskiego, twórcę i redaktora naczelnego „Krytyki Politycznej".
I zdaje się, że nic nie powstrzyma tej fali entuzjazmu nową lewicą, nawet informacja o tym, że SLD przeznaczyła w 2007 r. 100 tyś. zł w ramach Funduszu Eksperckiego na działalność „KP". Gdyby taki news dotyczył, dajmy na to prawicowej „Frondy", która otrzymałaby pieniądze od PiS lub LPR-u, rozpętałaby się medialna burza. A tu nic. Cisza.
Patrząc z podziwem na skuteczność „Krytyki Politycznej" pod wodzą Sierakowskiego, nie zapominajmy, co nam serwuje. Jeśli mamy trudności w wyobrażeniu sobie skali zagrożenia, spójrzmy na to, co dzieje się w Hiszpanii, rządzonej przez socjalistów.
Rozszerzona wersja artykułu z "Gościa Niedzielnego", nr 17/27 kwietnia 2008



Komentarze
Pokaż komentarze (37)