"Powieść? - zapytał. - Mam nadzieję, że akcja toczy się w Krakowie. Warszawa zupełnie się do tego nie nadaje.
- Raczej poemat - odparłem z mieszaniną zawstydzenia i lęku.
- Niedobrze - spojrzał na mnie z najwyższym rozanieleniem - bardzo źle - uśmiechnął się od ucha do ucha - koszmar - zarechotał z prawdziwie serdecznym ukontentowaniem - fatalnie. Ale co zrobić? Jak się nie chce albo nie umie dać wielkiej realistycznej powieści - zawsze można dać mały nierealistyczny poemat. Dlatego jesteśmy krajem liryki. Z lenistwa i nieporadności. Z nadmiaru fantastyki i niedostatku zmysłów. (...)
- Jaki poemat?
- Metafizyczno-polityczno-teologiczno-autobiograficzno-sensacyjno-satyryczny. O daremności naszych mrzonek oraz o niepoznawalności widziadeł unoszących się nad naszymi mrowiskami...Widmowy katalog naszych porzekadeł, a zarazem coś w rodzaju pamiętnika utraty...
- Panie... - Poeta zbladł (...)"
Krótka rozmowa między Pisarzem i Poetą z „Marsz Polonia" w zwięzły sposób streszcza zamysł literacki Jerzego Pilcha, który „pochylił się" nad polskim imaginarium. Utwór, którego akcja rozgrywa się, o zgrozo, nie tyle nawet w Warszawie, co w większej części w posiadłości Beniamina Bezetznego, którego to posiadłość „graniczy z Polską", jest li tylko, a może aż małym i nierealistycznym poematem. Co nie znaczy, że niegodnym uwagi. Wprost przeciwnie. Ale ja nie o tym...
Zupełnie inaczej taka rozmowa przebiegałaby, gdyby Poeta spotkał innego Pisarza. Także krakusa, przebywającego na emigracji w stołecznym mieście Warszawa. Pisarza, który porwał się na rzecz, wydawałoby się, niemożliwą i już dawno przez poważnych ludzi, parających się piórem, zarzuconą. Zachciało mu się „dać wielką realistyczną powieść". Gorzej, powieść, w której główne postaci pochodzą z pierwszych stron gazet. W których czytelnik łatwo rozpozna rysy bohaterów wydarzeń ostatnich kilku lat. Jak twierdzą niektórzy, nie ulegający jeszcze usypiającej atmosferze powszechnej miłości i zgody narodowej, najważniejszych lat ostatniego dwudziestolecia, dobiegającego zresztą swojej okrągłej rocznicy. Poeta byłby wielce ukontentowany, gdyby usłyszał o czym ma być „wielka realistyczna powieść".
Jak pisze jej autor: „Powieść dzieje się w Polsce w 2004 roku. Nie było afery Rywina więc III RP może rozwijać się bez przeszkód. "Dolina nicości", bo taki tytuł nosi moja powieść, opowiada o sytuacji w naszym kraju, ale nie tylko. Nie żyjemy na samotnej wyspie, a Polska, wbrew pozorom, jest, dla uważnego obserwatora, doskonałym zwierciadłem zjawisk, które kształtują współczesną cywilizację Zachodu. Nasze spory choć osadzone w rodzimej historii są wariantami uniwersalnych debat, których rozstrzygnięcia zadecydują o losach naszego świata. Ale literatura to więcej niż starcie idei. To wpisanie ich w konkretne ludzkie losy, odsłonięcie konsekwencji jakie niosą one dla zbiorowości i poszczególnych ludzi."
Już po tym zagajeniu oraz notce, którą możemy przeczytać na stronie wydawcy (Wydawnictwo M), można łatwo przewidzieć, w którą stronę pójdzie tzw. „łatwa krytyka". Niewątpliwie sporo czasu zajmą „życzliwym literaturoznawcom" dywagacje nad warsztatową stroną powieści pisanej przez „publicystę, aspirującego do miana pisarza". Sporej zabawy dostarczy czytelnikom odcyfrowywanie fikcyjnych postaci powieści, w których przejrzeć się mogą ludzie, którzy tworzyli „zręby demokracji" - politycy, byli esbecy, biznesmeni, dziennikarze, właściciele mediów, itp. Jednym słowem, personel obsługujący polską transformację. Inni wreszcie, będą podważać wartość powieści ze względu na ideowe zaangażowanie autora i jego „inklinacje do siania nienawiści i wrogości wzajemnej w społeczeństwie". Itd., itp. Jestem pewien, że ta lista będzie się wydłużać.
Trzeba powiedzieć, że „Dolina nicości" trafia idealnie w swój czas. Czeka nas sporo rocznic historycznych. Mija dwadzieścia lat od „wielkiego przełomu". Afera Rywina jest już tylko publicystycznym wspomnieniem. A miłościwie nam panujący rząd, pompowany wynikami sondaży i życzliwymi mediami, ma bardzo dobre samopoczucie. Tak, jak program „Cienie PRL-u", tak i „Dolina nicości" powinna wielu otworzyć oczy na rzeczywistość. Nie tę widmową, mityczną, „gdzieś na granicy z Polską". Ale w samym jej centrum. Trzewiach, rzekłbym. Oddać największe spory ideowe naszego czasu w porywającej narracji i opowieści o losach bohaterów to sztuka, która udaje się niewielu.
Czy Pisarzowi się to udało? Coś mi mówi, że tak.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)