„Czas fiesty" - krzyczy tytuł najnowszej „Polityki". A pod spodem słowa: „ Po wielu trudnych latach Polacy wreszcie odkrywają radości życia". Zaintrygował mnie ten tytuł i choć „Polityki" nie kupuję, postanowiłem poświęcić parę minut na przeczytanie tego, co też autorzy tygodnika odkryli. Spodziewałem się omówienia raportu z jakichś badań socjologicznych w wykonaniu prof. Janusza Czapińskiego lub Jacka Santorskiego albo co najmniej przewodnika po polskich ośrodków wypoczynkowych z odpowiednim komentarzem.
Zawiodłem się. Tematem numeru zajął się znany specjalista od nastrojów społecznych Jacek Żakowski. I wyszło, jak wyszło.
Mój ulubiony redaktor „Polityki" napisał wielką pochwałę dobrobytu, w jaki opływa polskie społeczeństwo. Posiłkując się paroma danymi (bez podania źródeł) doszedł do wniosku, że żyjemy w bezprecedensowym momencie dziejowym, który najlepiej streszcza słowo „fiesta". Jak na lewicowego publicystę przystało precyzyjnie wskazuje przyczyny tej społecznej erupcji radości, zadowolenia z życia, optymizmu i rozlewającej się w ludzkich sercach nadziei. Tym samym ratując resztki swojej lewicowości.
„Pięć lat nas straszyli. Rywinem, korupcją, agentami, układem, Ruskimi, Niemcami, Brukselą. Aż wreszcie tak nas nastraszyli, że mało kto się już czegokolwiek boi. Wygląda na to, że Wojna Pięcioletnia właśnie niepostrzeżenie się skończyła." Prawicowi populiści, żywiący się resentymentem i tym, co w ludziach małe, niskie i podłe zakłócili pochód polskiego państwa ku świetlanej przyszłości, jakim jest powszechny dobrobyt. W pierwszej dekadzie transformacji, czyli w czasie zbiorowego wyrzeczenia w imię makroekonomicznych owoców, mącili poddając krytyce polską drogę do demokracji, polską wersję integracji i politykę historyczną establishmentu. W drugiej, z małą pomocą Rywina i jego kolegów, wszczęli wściekły atak na strażników ładu społecznego i politycznego w Polsce, ciągle zagrożonej wybuchem endeckiego szaleństwa.
Ostatnim aktem pięcioletniej wojny (a wcześniejszej partyzantki) jest według Jacka redaktora profesora Żakowskiego bezmyślny atak dwóch „naukawych" doktorów z IPN na wielki pomnik polskiej historii - Lecha Wałęsę. Wielka rewolucja kończy się wielką kompromitacją. Jak zauważa, „duch dziejów opuścił IPN, CBA, Wildsteina i Kaczyńskiego, by przenieść się na piłkarskie boiska, a zaraz na pekińskie stadiony, na plaże, do ogródków i pubów, na sceny festiwali i do wszelkich możliwych kurortów tego świata. Sorry Winnetou."
Ale zaraz, zaraz. Redaktor mówi coś więcej. Subtelnie precyzuje, że nie chodzi o bezmyślny dobrobyt i konsumpcję. Tu chodzi o coś znacznie więcej: „Po trudnych blisko dwudziestu latach, po mrocznej wojnie pięcioletniej i po pełnych napięć dwóch latach IV RP za niemal wszelką cenę musimy odreagować stres i przeżyć to, czego wcześniej musieliśmy sobie odmawiać lub co wydawało się nieosiągalne". Jak mawiają biskupi: „Radość, wielka radość!"
Polskie społeczeństwo - zdaniem redaktora „Polityki" - może otrzeć transformacyjny pot ze swojego czoła. Czas wyrzeczeń, przerwany wojną polsko-Kaczyńską, właśnie się skończył. Tako rzecze Jacek Żakowski. Niczym jego zachodni koledzy Fukuyama i Bauman w jednym zadekretował koniec historii, koniec walk i głupich, wyniszczających wojen. Już nie wystąpi Polak przeciwko Polakowi, prawica przeciwko lewicy, młody przeciwko staremu. Wszystkie społeczne konflikty właśnie się wyczerpały. Wyblakły w promieniach prażącego słońca, wygasły w obliczu przelewającego się dobrobytu i bezprecedensowej koniunktury. Miłościwie panujący nam rząd zadekretował pokój i czasy miłości, dlatego nie będą nam tutaj wakacyjnego nastroju psuć lekarze, pielęgniarki, nauczyciele czy górnicy. Nastał czas fiesty! I jak słusznie powiedział kandydat na prezydenta Białegostoku: „Niczego nie będzie".
Niestety subtelny „niezbędnik inteligenta" pan Jacek redaktor profesor Żakowski nie zauważył, że to po prostu wakacje. I dorabia jakąś naciąganą ideologię do zwyczajowego, corocznego rytuału Polaków, którzy oblegają polskie plaże, zadeptują polskie góry i zwiedzają świat. Tak było wcześniej, jest teraz i będzie pewnie w przyszłości. Podobnie z kibicowaniem, które dla pana Jacka redaktora profesora Żakowskiego stało się przejawem wielkiej, jakościowej zmiany w polskiej świadomości społecznej, uwolnionej z pęt reżymu Kaczorów.
Panie Jacku, litości. Niech Pan zostawi takie tematy Czapińskim, Santorskim i innym zaklinaczom deszczu. Choć rozumiem, że nawet panu, „niezbędnikowi inteligenta" potrzeba umysłowej fiesty. A mnie się zdawało, że słońce, Euro, olimpiada, piasek zalegający w sandałach, gofr w jednej i jagodzianka w drugiej ręce nie zwalniają od myślenia. Jak zwykle się myliłem.



Komentarze
Pokaż komentarze (35)