„Bronimy Lecha Wałęsy" - krzyczy wielki tytuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej". Jarosław Kurski, faktyczny szef gazety i - co warto tutaj przypomnieć - były rzecznik Wałęsy i autor niezwykle krytycznej książki na jego temat, pt. „Wódz" pisze:
O Lechu Wałęsie świadczy całe jego życie, a nie błąd młodości. Nie można się godzić, by w wolnej Polsce poniewierano twórcę „Solidarności". Nie zgadzam się, by esbecka próba zniszczenia Wałęsy znalazła finał dzisiaj.
Pod spodem widnieje mały portret Wałęsy z podpisem Jacak Fedorowicza: „Portret nieznanego mężczyzny z wąsem. (druga połowa XX w.)". A tuż obok wyjaśnienie:
W 1984 r. chciałem zwrócić uwagę na ówczesne marzenie komunistów, by za kilkaset lat w jakimś muzeum wisiał portret Wałęsy z takim podpisem, że nieznany, zapomniany, nieistniejący. Bardzo żałuję, że nieudane dzieło komunistów kontynuują dziś współcześni ich naśladowcy [podkr.moje - A.B.].
Typowe dla "Gazety" pomieszanie zdroworązsądkowych uwag ze skrajnnie kłamliwymi insynuacjami.
Socjalizm - według słów nieodżałowanego Stefana Kisielewskiego - to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się przeszkody nieznane w innych ustrojach. Podobnie jest z „Gazetą Wyborczą". Czołowi autorzy największego dziennika w kraju dwoją się i troją, aby wywołać konflikt, wymyślić i ustawić wroga, w którego potem dzień po dniu strzelają. Histeria wokół książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza, wywołana przez środowisko „Gazety Wyborczej" słynnym listem „autorytetów" oraz serią tekstów, które miały książkę i autorów zdezawuować, zanim publikacja była dostępna w sprzedaży, to tylko jeden z najświeższych przykładów socjalistycznej strategii „Gazety".
Dzisiaj Jarosław Kurski, namaszczony przez Adama Michnika na swojego następcę, pisze:
Sprzeciwiamy się temu, by wykrzywiony obraz Lecha Wałęsy zawładnął zbiorową świadomością, a błąd z młodości zdezawuował go jako narodowego przywódcę. Przez najbliższy tydzień reporterzy „Gazety" opiszą najbardziej dramatyczne decyzje Lecha Wałęsy, by przypomnieć, ile ona znaczy dla nas i naszej historii.
„Gazeta' rozpoczyna kolejny etap krucjaty, która ma na celu uratowanie wielkiego symbolu historycznego, jakim dla nas jest przywódca „Solidarności" przed nienawistnikami z IPN, którzy tylko czekają, żeby zniszczyć jeden z ostatnich mitów wolnej Polski. Destruując jednocześnie resztki wizerunku Polski za granicą, której strzępy po strasznych rządach Kaczorów, próbuje ratować obecny rząd.
Nie da się ukryć, o czym w tekście pisze Kurski, że „Gazeta" miała wielokrotnie na pieńku z Wałęsą. Kuriozalny tekst Adama Michnika w New York Review of Books to tylko najwymowniejszy przykład tej strategii. Ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów. Dlatego musimy zrozumieć, że na „Gazecie" spoczywa wielki ciężar i odpowiedzialność stania na straży demokratycznego państwa prawa, obrony przed zagrożeniem państwa wyznaniowego i teokracji oraz nieustanne dążenie do tego, aby Polska wreszcie była normalnym krajem.
Dlatego na takie paszkwile (pal licho, że nie podważane w najważniejszych punktach przez historyków), jak książki Gontarczyka i Cenckiewicza nie może być miejsca. O ciemnej przeszłości wielkiego przywódcy „Solidarności" mogą rozprawiać wybrańcy, wskazani przez towarzystwo i zaakceptowani przez salon, ale jeśli rękę na Wałęsę podnoszą "nieświęci młodziankowie" z IPN, to „Gazeta" im tę rękę odrąbie.
„Wyborcza" wciąż nie potrafi wyjść poza swój mit założycielski, uważając się za jedynego rzecznika wolnej, demokratycznej, oświeconej Polski (choć od pewnego czasu, przyznajmy, w dość groteskowy sposób próbuje to robić „Dziennik"). Dlatego z taką wściekłością, przekraczając wszelkie miary zdrowego rozsądku, przypisując swoim rzeczywistym i wydumanym wrogom motywy i cele, których jako żywo nie posiadają tylko po to, by podtrzymywać fałszywy mit organizujący polską politykę, kulturę i media. Mit walki oświecenia z ciemnogrodem, starcia sił ciemności z siłami światła. Dlatego dzisiaj na sztandar wrócił Lech Wałęsa, rzekomo krzywdzony przez IPN.
Największym wrogiem Lecha Wałęsy jest on sam. Podobnie jest w przypadku Adama Michnika i jego „Gazety".
***
Polecam, jako uzupełnienie do portretu „GW" znakomity tekst Pawła Milcarka, który niedawno pojawił się w „Rzeczpospolitej":
To stało się kilka dni temu, na naszych oczach: czternastoletniej dziewczynce, zaskoczonej swoją ciążą i borykającej się z niezrozumieniem najbliższych, wpływowe medium i autorytety naszego państwa wręczyły kwit na aborcję i bilet do kliniki, w której ministerstwo zdrowia znalazło lekarzy nie mających wątpliwości, że skoro prawo państwowe na to zezwala, jedno z dwóch żyć ludzkich można zadeptać.
To było jak w jakimś monstrualnym Big Brotherze, tylko że zamiast podekscytowanej publiczności głosującej za „usunięciem" lub „pozostawieniem", to dziennikarze „Gazety Wyborczej" usadowili dziecko Agaty na „gorącym krześle" i zrobili z niego „najsłabsze ogniwo", do wyrzucenia.
Urządzili spektakl, w którym fakty liczyły się niemal tak niewiele jak przyzwoitość i dobroć. Pisano o „ciąży z gwałtu" - gdy naprawdę chodziło o poczęcie dziecka w trakcie wielomiesięcznego „chodzenia" z chłopakiem, którego zdjęcie zdobi do dziś bloga dziewczyny. Pisano, że Agata jest zdecydowana na aborcję - gdy naprawdę wahała się bardzo, mimo nacisku ze strony matki, która miała jej zagrozić wyrzuceniem z domu. Pisano, że aborcji jej „odmówiono" - gdy naprawdę to również ona sama początkowo odmówiła na nią zgody. Pisano, że ksiądz i obrońcy życia „zaszczuwają" dziewczynę - gdy naprawdę oferowali jej opiekę i wsparcie finansowe w wypadku urodzenia dziecka (hałaśliwi zwolennicy rzekomej „wolności wyboru" proponowali jedynie sponsorowanie aborcji). Pisano, że przedstawiciele organizacji antyaborcyjnych utrudniają Agacie „podjęcie świadomej decyzji" - gdy naprawdę to nie oni, lecz ludzie Wandy Nowickiej ograniczyli się do wymachiwania transparentami i poszturchiwania dziewczyny, by „skorzystała ze swych praw". Złamano podstawowe standardy, posługiwano się metodycznie nieprawdą.
Czy prawdziwymi przyjaciółmi Agaty byli Miller, Urban i Nowicka, oferujący pomoc w aborcji za granicą? A może był nim red. Pacewicz, zainteresowany sprawą o tyle, o ile zaiskrzy w niej „realizacja prawa do aborcji", albo red. Szostkiewicz dostrzegający tu tylko okazję do krucjaty o świeckość państwa? Czy ktokolwiek z tego towarzystwa pojął sytuację dziewczyny inaczej niż gehennę ucieczki przed niechcianym ciężarem? Czy ktoś z nich spróbował zobaczyć w tej dramatycznej historii człowieka szukającego pomocy, a nie prostej licencji na zabijanie?
Swojej koleżance, która próbowała pomóc Agacie uchronić się przed aborcją chcianą przez jej matkę, dziewczyna napisała:
„Dziękuję ci za to, że powiedziałaś pani X. Dziękuję ci za to, że próbowałaś mi (nam?) pomóc ale na nic to się zdało. Jutro mam aborcję w szpitalu na Lubartowskiej, nie mogę zrobić już nic, nie chcę tego. Mam tylko nadzieję, że po tym wszystkim nie popadnę w depresję i nie zrobię sobie krzywdy". Parę dni później, gdy „Wyborcza" już wywalczyła swoje aborcyjne panaceum dla Agaty, napisała ona na swym blogu: „Najgorszy sen się spełnił". Żyjemy zatem w świecie, w którym dorośli, władający naciskiem mediów, starają się spełniać sny dzieci - nawet jeśli są to ich najgorsze sny, to jest im zupełnie obojętne.
To samo można powiedzieć o minister Ewie Kopacz i usprawiedliwiającym ją teraz premierze Donaldzie Tusku. Pani minister zaznaczyła się jedynie jako menadżer biura usług aborcyjnych. Jest to nadgorliwość, gdyż polskie prawo nie przymusza nawet urzędników o nadmiernie cichym głosie sumienia do wynajdywania szpitali, świadczących usługę likwidacji nienarodzonych dzieci. Wbrew temu, co chcą nam wmówić działacze proaborcyjni, w Polsce nie ma bowiem „prawa do aborcji" (obowiązująca ustawa jedynie nie przewiduje karalności aborcji w niektórych przypadkach, natomiast nigdzie nie orzeka się pozytywnego uprawnienia do aborcji, które musiałoby być egzekwowane przez władzę państwową - przynajmniej to udało się ustalić poprzez ekspertyzy autorytetów prawniczych wypowiadających się w roku ubiegłym w toku debaty o nowelizacji Konstytucji).
Niestety minister Kopacz błędnie zinterpretowała swoje zadania. Ponieważ na dodatek publicznie bagatelizuje zasadniczy konflikt zachodzący między swoją deklarowaną przynależnością do Kościoła a współudziałem w dokonaniu aborcji, nic dziwnego, że nawet bardzo powściągliwy w tych sprawach abp Gocłowski - ten sam sławiony niedawno we wszystkich TVNach za rozsądek i liberalizm - zareagował dość precyzyjnie:
„Uważam, że pani minister zachowała się niezwykle dziwnie. Żadna ustawa nie nakłada na panią minister tego typu zobowiązań. Nie wiem, dlaczego pani minister wskazała któryś ze szpitali gdańskich. Jeśli rzeczywiście wskazała, to bezpośrednio uczestniczyła w tym fakcie, który powoduje tego typu konsekwencje [ekskomuniki]. ... Ja bym tylko zacytował kanon, który powoduje, że konsekwencjami dla tych, którzy w taki sposób uczestniczą w tego typu procederze, są takie a takie kary kościelne".
Przypomnijmy, że nie pozostawiający wątpliwości przepis o ekskomunice za współudział w aborcji został wprowadzony na wyraźne życzenie Jana Pawła II i nie jest to żaden „relikt średniowiecza", tylko wymóg spójności życia.
Jednak problem proaborcyjnej nadgorliwości urzędników Rzeczypospolitej jest tu swoiście wtórny względem siły medium zaangażowanego w sprawę w sposób zgoła precedensowy. W tej sprawie „Wyborcza" przekroczyła granicę, oddzielającą zaangażowaną aksjologicznie publicystykę od tabloidowego otaczania konkretnego dramatu obłudnym tańcem "przyjaciela ludu".
Jednak zważywszy w jakiej to sprawie dziennikarze medium Michnika zdecydowali się być rycerzami dobrej opieki, powiedzieć to trzeba inaczej i dobitniej, słowami zapożyczonymi od jednego z uczestników internetowego Forum Frondy: „Wyborcza" właśnie przekroczyła istotną moralną granicę, analogiczną do tej, która dzieliła kiedyś dywagacje antysemitów o potrzebie pilnego "rozwiązania kwestii żydowskiej" - i instruktażowe prelekcje i ćwiczenia dla batalionów bojowników o czystość rasy. Tym razem jest to przejście od proaborcyjnego teoretyzowania do proaborcyjnego poszturchiwania.
Wiem, że to porównanie jest dotkliwe. Czy jest jednak nieuprawnione? Lata temu słyszałem Adama Michnika, pokrzykującego na publicznym spotkaniu, że zestawienie statystyk aborcyjnych i statystyk zbrodni hitlerowskich to tylko „banalizacja Shoah". A jednak właśnie będąc głęboko wstrząśnięty nazistowskim okrucieństwem „fabryk śmierci" (i zbrodniami komunizmu), Jan Paweł II porównywał do nich dzisiejszą banalizację śmierci najmniejszych:
„Po upadku ustrojów zbudowanych na ‘ideologiach zła' wspomniane formy eksterminacji ... wprawdzie ustały, utrzymuje się jednak nadal legalna eksterminacja poczętych istnień ludzkich przed ich narodzeniem. Również i to jest eksterminacja zadecydowana przed demokratycznie wybrane parlamenty i postulowana w imię cywilizacyjnego postępu społeczeństw i całej ludzkości" (Pamięć i tożsamość, s. 20).
Ideologia głoszona przez lata stanęła oko w oko z pewnym konkretem. Z poziomu aborcyjnej politgramoty „Wyborcza" wezwała swych wyznawców do udziału w gorącej wspólnocie rytualnego spełnienia "prawa do aborcji". Rytuał zakończył się krwią, i w ten sposób ludzi takich jak Pacewicz, Pochrzęst, Szlachetka, Środa czy Gretkowska spaja obecnie moralny współudział w czymś w rodzaju "mordu założycielskiego": doświadczenie wspólnego doprowadzenia czternastolatki do zabicia jej dziecka będzie miało swoją moc.
To już nie jest taka czy inna publicystyka, której konkretnych efektów zwykle nie daje się wyśledzić. Tym razem były to głosy popychające pewnego małego człowieka do tego, by się pozbył człowieka jeszcze mniejszego. Obłuda mówienia, że chodzi o "wolny wybór" prysła już w momencie, gdy ta sama „Wyborcza" rozkręciła obrzydliwą kampanię przeciw ks. Podstawce - czyli przeciw człowiekowi, który przyszedł do Agaty, żeby jej powiedzieć, że po urodzeniu dziecka sama zdecyduje chce czy nie chce je samemu wychowywać. To właśnie ks. Podstawka był w tej sprawie opanowanym rzecznikiem wolnego wyboru, tyle że zakładającego, iż trzeba tu ratować dobro wszystkich. W tym samym czasie Agacie nie proponowano w „Wyborczej" nic dobrego, nic pocieszającego, nic konkretnego - poza ukrytym w fałdach gadania o "prawie do aborcji" wzruszeniem ramion w geście "co za problem, weź się dziewczyno i wyskrob, good luck!".
I tak to płachty „Wyborczej" już nie szeleszczą, są na to zbyt wilgotne od krwi. Gazeta ta nie ma od dawna znaczka „Solidarności" - ale mogłaby teraz sprawić sobie nowy znaczek, z logo federacji proaborcyjnej, koniecznie z rzymską sentencją „viribus unitis, wspólnymi siłami". Tego znaczka-znamienia na pewno „Wyborczej" nikt by nie pozbawił.
Coś się stało - i nie wolno tego przeoczyć. Traktowałem „Gazetę Wyborczą" jako świat mi obcy, lecz obecny w zasięgu wspólnej debaty. Teraz żegnam się z tymi złudzeniami: nie zamierzam już nigdy przyjmować zaproszeń któregokolwiek z mediów Agory lub udzielać mu jakichkolwiek komentarzy, prasowych czy radiowych. Wzywam też innych, aby przynajmniej w ten sposób dali świadectwo.
Nie potrafiliśmy osłonić dwojga dzieci przed doradcami z Czerskiej - miejmy teraz tę przyzwoitość, by odwrócić się na pięcie i oddalić od nich na odległość uwalniającą od współpracy z tymi współpracownikami nieszczęścia. Owszem, to jest gest oskarżenia. Owszem, to jest gest wykluczenia. Owszem, to jest gest pomsty.
Dostępny nam gest, należny tym, którzy weszli z butami za wszelkie czerwone linie, cienkie i grube, po to, by - jak to słusznie rzekł niezwykle w takich razach ostrożny abp Życiński - "zabić dziecko". Po prostu.
Źródło: blog Pawła Milcarka



Komentarze
Pokaż komentarze (40)