„Rzeczpospolita" ujawniła, że jeden z najbogatszych biznesmenów w Polsce, Leszek Czarnecki, był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Akcje jego firmy tracą na wartości. Czarnecki zaprzecza, że donosił na kolegów z opozycji i minimalizuje skale i wartość swojej współpracy, której się nie wypiera.
Ile jeszcze takich przypadków czeka na ujawnienie? Ile jeszcze trzeba czasu, aby prof. Andrzej Romanowski, red. Krzysztof Kozłowski i ich kumple uznali lustrację i otwarcie archiwum IPN za warunek konieczny prawdziwie wolnej i demokratycznej Polski?
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski pracuje nad suplementem i drugą częścią książki opartą m.in. na dokumentach Stasi. Czy powołane przez biskupów komisje historyczne (z małymi wyjątkami) naprawdę nie powinny zająć się ostatecznym rozliczeniem z dwuznaczną, a czasami jednoznaczną przeszłością wielu duchownych, w tym wysoko postawionych w hierarchii Kościoła? Czy mamy czekać na kolejne rewelacje, od których huczą już fora internetowe i piszą blogerzy?
Czy powracające co jakiś czas pytanie o przeszłość, sprowokowane takimi wydarzeniami, jak ujawnienie przeszłości jednego z najbogatszych polskich biznesmenów, pokazanie prawdziwej twarzy najlepszego agenta bezpieki oraz środowiska, które go miłosiernie przygarnęło, co udało się autorkom filmu „Trzech kumpli" oraz dyskusja wokół najnowszej publikacji IPN-u nie jest kolejną szansą daną od losu na oczyszczenie tego komunistycznego i postkomunistycznego syfu, który zamula naszą rzeczywistość?
Panów Kozłowskiego, Romanowskiego i ich kolegów nie przekonam. Szkoda klawiatury. Ale moich rówieśników, którzy rzekomo są tak wycofani i polityką się nie interesują, może już tak. Nasze spory dotyczą już może innych spraw. Bardziej obyczajowych niż historycznych. Nasze myślenie polityczne nie organizuje już podział postkomunistyczny, ale wyłaniający się nowy układ sił, których wzorce możemy dostrzec w zachodniej Europie.
Ale myli się ten, kto sądzi, że uwolniliśmy się od najnowszej historii naszego narodu. Jest wprost przeciwnie. Im bardziej od niej uciekamy, tym gwałtowniej nas ona dopada. Dlatego warto toczyć spory polityczne o wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat, ich znaczenie i obecny wpływ na bieżące wydarzenia. Bo Polska jest zakładnikiem nierozliczonej historii. I będzie tak długo, Az będziemy sobie wciskać kit, że to nie ma żadnego znaczenia.
Agenci zachodnioeuropejskiego establishmentu, jak „Krytyka Polityczna", próbują narzucić swój język opisu rzeczywistości, głównych problemów i wyzwań, przed którymi stoimy oraz głównego wroga. A są nim przede wszystkim: katolicyzm oraz kapitalizm. A mówiąc generalnie - Polska - z która nowa lewica sobie nie radzi.
Nie ma zgody na takie postawienie sprawy. To nie katolicyzm i kapitalizm hamują rozwój tego kraju. Ale fakt, że wciąż żyjemy w cieniu PRL, w kraju nierozliczonej zdrady i niedocenionych bohaterów. Wpływowych byłych esbeków i ich agentów. Niewydolnego wymiaru sprawiedliwości i słabego państwa oraz deficytu wolnego rynku. Ci, którzy chcą nas uwolnić do kompleksu polskości nie dostrzegają, że istniej ścisły związek między dzisiejszą nędzą, bylejakością i społeczną niesprawiedliwością oraz wykluczeniem, a niedawną przeszłością, którą tak dobitnie przedstawia film „Trzech kumpli" czy „Dolina nicości".
Nie będziemy drugą Irlandią. Jesteśmy średniej wielkości krajem, wciąż leżącym między odzyskującą swój imperialny impet Rosją, a aspirującymi do faktycznego przewodzenia w Unii Niemcami. To ważne zastrzeżenie, które powinno studzić zapały „inteligenckich populistów", których w szeregach PO nie brakuje.
Nie będziemy prawdziwie wolnym krajem, jeżeli nie weźmiemy się za bary z naszą przeszłością. Ta generalna idea powinna być bliska kolegom dziennikarzom z Czerskiej, ale jak zawsze traktują oni rzeczywistość dość wybiórczo. Warto rozliczać Polaków z powojennego antysemityzmu (zgadzam się z tym poglądem) powiadają - ale pisanie o agenturalnej działalności Lecha Wałęsy uderza w wielki, być może ostatni mit wolnej Polski i niszczy wizerunek naszego kraju. (może warto przypomnieć kolegom liczne krytyczne publikacje na temat Jana Pawła II, wtedy jakoś nikt nie martwił się, że obala się największy autorytet Polaków i nadweręża wizerunek Polski za granicą, o zagranicznych publikacjach Michnika na temat Wałęsy nie wspominając).
Nie będziemy nigdy normalnym, europejskim krajem, jeżeli nie wyzwolimy się z ograniczeń narzucanych przez towarzystwo, które rości sobie pretensję do znajomości bolesnych faktów z przeszłości dotyczących ważnych osób publicznych. Ich filozofia „prewencji" tak dobrze opisana przez Marka A. Cichockiego w zbiorze „Władza i pamięć" jest filozofią szkodliwą, destruującą przestrzeń wolnej, nieograniczonej publicznej debaty. Nakładającą kaganiec na wolność badań, rugującą prawdę z życia publicznego, zamiataną pod dywan, o który już wielu się potknęło.
Nie będziemy wolnym, normalnym, europejskim krajem. Nie będziemy Polską godną swojej historii i dziedzictwa, na które tak chętnie wielu się powołuje, jeżeli nie wymierzymy sprawiedliwości złoczyńcom, działającym na szkodę tego narodu, wciąż żyjącym w dostatku i nie docenimy bohaterów, zdejmując z nich odium oszołomstwa.
W przeciwnym wypadku będziemy żyli w kraju, który tak sugestywnie opisał Bronisław Wildstein w „Dolinie nicości", gdzie nie ma zdrady, winy i grzechu, a więc szans na odkupienie win i moralność, która pozwoli widzieć rzeczy takimi, jakimi są.
Dlatego powinno się (dzisiaj już symbolicznie) ukarać byłych funkcjonariuszy zbrodniczego systemu, pozbawiając ich skandalicznie wysokich emerytur. Rzecznik marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego Jerzy Smoliński, który twierdzi, ze są ważniejsze sprawy, powinien - jeżeli tego jeszcze nie zrobił - zobaczyć film „Trzech kumpli". A zwłaszcza fragment z Janem Billem, byłym szefem Wydziału III krakowskiej SB. Co innego wiedzieć, co innego zobaczyć.
Żyjemy w kulturze obrazkowej, więc siła rażenia takiego filmu jak „Trzech kumpli" dla mojego pokolenia i ludzi młodszych jest ogromna. Tak, jak dla naszych starszych kolegów momentem przełomowym była rewolucja semantyczna i wygrana dwóch prawicowych partii w 2005 r. w wyniku największej afery III RP oraz ich opis, zawarty m.in. w „Demokracji peryferii" Zdzisława Krasnodębskiego tak dla nas kolejnym etapem tej rewolucji będą takie dzieła, jak film Ewy Stankiewicz i Anny Ferens oraz książka Bronisława Wildsteina.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)