Artur Bazak Artur Bazak
254
BLOG

Witajcie w krainie Szostkiewicza

Artur Bazak Artur Bazak Polityka Obserwuj notkę 34

W najnowszym numerze „Polityki" Adam Szostkiewicz pisze, że film „Trzech kumpli" oraz książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „wpisują się w ten sam od lat spór o etyczną czystość Polski." Jak podkreśla Szostkiewicz, „powstaje wrażenie, że w istocie nie chodzi wcale o prawdę o Wałęsie  czy o sprawie Pyjasa, tylko o upowszechnienie „prawdziwej" historii opozycji, Solidarności i przejścia do niepodległości".

Właśnie wróciłem z Wrocławia, gdzie przez kilka godzin, w świetnej skądinąd restauracji Marche na ul. Świdnickiej (polecam), rozmawiałem z Ewą Stankiewicz, która jest pomysłodawczynią i reżyserką filmu „Trzech kumpli". Razem z Anną Ferens stworzyła, zdaniem wielu (także moim) najlepszy dokument o najnowszej historii Polski po '89 r. *

Po tej rozmowie mogę spokojnie powiedzieć Panu Szostkiewiczowi, że się myli. I to bardzo. Wystarczyłoby przeczytać, co autorki  mówią o swoim filmie lub się z nimi skontaktować. Ale wtedy cała konstrukcja tekstu Pana Szostkiewicza posypałaby się w drobny mak.

Na moje pytanie o czym jest film „Trzech kumpli" Ewa Stankiewicz odpowiedziała:

Film „Trzech kumpli" jest przede wszystkim dramatyczną historią przyjaźni trzech osób. Ale jest też swoistym głosem sprzeciwu wobec tej rzeczywistości, w której żyjemy. Gdzie wielu byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL, którzy są często zwykłymi kryminalistami, ma się dobrze. Więcej, są grupą uprzywilejowaną. A bohaterzy, ludzie niezłomni, walczący o wolność i niepodległość tego kraju żyją w biedzie, zapomnieniu albo dorabia im się gęby oszołomów. Ten film jest głosem rozsądku w dyskusji o otwarciu bądź zamknięciu archiwów, próbą nazwania pewnych rzeczy po imieniu, przywrócenia pewnych pojęć. Kiedy słowa tracą sens, ludzie tracą wolność.

System komunistyczny był ustrojem zbiorowego zniewolenia, za którego instytucjami stali konkretni ludzie, z konkretnymi twarzami. I oni dzisiaj są uprzywilejowana grupa w Polsce. A to jest chora sytuacja. Dlatego wydawało mi się, że poprzez tę dramatyczną historię trzech przyjaciół, z których jeden został zamordowany, drugi zdradził, a trzeci walczy o prawdę do dzisiaj pokazać mogę kawałek najnowszej historii Polski."

Kiedy próbowałem przedstawić autorce rozmaite interpretacje, w tym taką, jaką zaproponował Adam Szostkiewicz na łamach „Polityki", odparła, że ten film jest naprawdę przede wszystkim opowieścią o przyjaźni, prawdzie i wolności. Szostkiewicz zarzuca filmowi upolitycznienie, pisząc: „szkoda, że z materiału na moralitet wyszedł film na wskroś polityczny, wymierzony w III RP, co otwartym tekstem w „Rzeczpospolitej" podkreślił Bronisław Wildstein. Po prostu uważam, że nie wszystko jest polityką" - kończy publicysta „Polityki". Jego zdaniem śmierć studenta (określanego przez Szostkiewicza jako „schulzowski wagabunda", którego nie interesowała polityka, lecz etyka) polonistyki zaczęła żyć po '89 drugim życiem i stała się narzędziem walki dwóch środowisk, które mają odmienną wizję tego, co się stało w trakcie i po Okrągłym Stole.

Z jednej strony Szostkiewicz rozumie i solidaryzuje się z uczuciami Wildsteina, który jak ujął to w rozmowie z Piotrem Zarembą  w „Dzienniku", po odkryciu, że Lesław Maleszka był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Ketman" poczuł, jakby najwyższe partie jego życia zostały unurzane w gównie. Szostkiewicz rozumie jego ból. Ale nie podziela jego politycznych konsekwencji. Twierdzi, że tzw. obóz Mazowieckiego miał dobre intencje. Nie odmawiał byłym funkcjonariuszom praw obywatelskich w nowej rzeczywistości, co jego zdaniem jest różnicą między zamordyzmem z praworządnością. Ten argument, sięgający do koncepcji pozytywizmu prawnego był często używany po to, aby uniemożliwić sprawiedliwe wymierzenie kary za konkretne krzywdy wyrządzone np. górnikom kopalni Wujek czy ofiarom dziwnych wypadków, prześladowań i inwigilacji.

Dzisiaj służy Szostkiewiczowi, żeby zasypać przepaść między dawnymi przyjaciółmi Staszka Pyjasa, którzy - jak ubolewa - podzielili się w ocenie ostatnich dwudziestu lat wolnej, niepodległej Polski. Jest to argument więcej niż słaby, a konsekwencje jego stosowania widać dzisiaj, kiedy dopiero po kilkudziesięciu latach można doczekać się jakiegoś wyroku na katach i tych, którzy służąc PRL-owskiej władzy niszczyli ludziom życie.

W tzw. obozie Mazowieckiego byli tacy ludzie, jak Krzysztof Kozłowski, były szef MSW w rządzie Tadeusza Mazowieckiego oraz były redaktor „Tygodnika Powszechnego" oraz jego zastępca, Jan Widacki, do niedawna członek komisji ds. nacisków, obrońca takich ludzi, jak Inkasent, prof. Zdzisław Marek i Jan Bill (szef III Wydziału krakowskiej SB), prywatnie wielki koneser dobrych win. Tacy ludzie byli na szczytach władzy. A kiedy się ich dzisiaj słucha ma się wrażenie, że kierują się w życiu wszystkim, ale nie dobrymi intencjami, jak próbuje nam wmówić publicysta „Polityki". To Kozłowski uważa, że list przyjaciół Maleszki, w którym ujawnili jego przeszłość, był „donosem", lustracja jest złem, a winę człowiekowi można udowodnić tylko przed sądem i nie zmienia tego fakt, że się do niej przyznaje. O wyczynach retorycznych i nie tylko Widackiego wspominać tutaj nie będę. Kto ciekaw, sam się dokopie fascynujących informacji o tym człowieku dobrej woli o dobrych intencjach.

Ewa Stankiewicz mówiła mi, że ma dość życia w rzeczywistości odwróconych prawd, gdzie nie wiadomo, kto występuje w obronie dawnych esbeków. Bo przecież jeszcze niedawno przeciwnikiem lustracji był publicysta „Gazety Wyborczej" Lesław Maleszka, który okazał się być jednym z najlepszych i wyjątkowo perfidnych agentów w historii bezpieki. Dlatego ten film jest też jakimś głosem sprzeciwu wobec tej rzeczywistości, w jakiej nam przyszło żyć a której architektami są ludzie z obozu Mazowieckiego, których nawet jeśli nie można obwiniać o wszystko, co w III RP złe (co zarzuca ich przeciwnikom Szostkiewicz, a co jest nieprawdą) to w najlepszym wypadku można opisać jako pożytecznych idiotów, wykorzystywanych przez uwłaszczającą się na potęgę nomenklaturę.

Pisze Szostkiewicz: „Obóz Mazowieckiego chciał sprawiedliwości, lecz także miłosierdzia - w imię spokoju społecznego. Jego adwersarze uznali, że sprawiedliwość idzie przed miłosierdziem, inaczej Polacy nie poczują się w nowym państwie w pełni u siebie. Dramat polega na tym, że obie strony mają rację, a dobrego wyjścia nie widać".

Teologiczny, a dzisiaj i polityczny spór o miłosierdzie i sprawiedliwość, toczy się w Polsce od niedawna na równych prawach obu stron. Dzisiaj ideologia przebaczania wszystkim wszystkiego w imieniu wszystkich nie jest już bezkrytycznie przyjmowana. Przeciętny katolik wie i rozumie, że nie ma miłosierdzia bez sprawiedliwości. Tak, jak nie ma miłości bez prawdy. Bo miłość bez prawdy to tani sentymentalizm. A miłosierdzie bez sprawiedliwości jest pustym gestem zdejmującym z życia człowieka ciężar owoców jego uczynków. Ale Pan Szostkiewicz to "katolik nieprzeciętny" (tak naprawdę buddysta), więc bezradnie rozkłada ręce i powiada, że „dobrego wyjścia nie widać", a „obie strony mają rację".

Nie, Panie Redaktorze. Tak, jak prawda nie leży zawsze po środku, tak też obie strony w tym wielkim politycznym i etycznym (bo nie ma etyki bez polityki i na odwrót) nie mają jednocześnie racji. Racja jest po jednej stronie i nie da się w nieskończoność udawać, że jest inaczej.

Na koniec swojego artykułu redaktor Szostkiewicz uderza w duże C. Do swojej interpretacji zaprzęga znaną już i wykorzystaną nawet w powieście Wildsteina koncepcję Judasza, jako narzędzia Bożego planu odkupienia i zbawienia świata. Tutaj już naprawdę redaktor „Polityki" przekracza granice śmieszności. „Przypominam o tym, bo w kraju katolickim powinno się unikać banalizacji dramatu Judasza, zdrady i zła." - przekonuje Szostkiewicz.

Odnoszę wrażenie, że to właśnie publicysta „Polityki" i jego koledzy, którzy tak ochoczo pod ramię z ks. Hryniewiczem podkreślali odkrywcze i rewolucyjne wnioski wypływające z apokryfu Judasza, banalizują zło, zdejmują ciężar zdrady i tym samy anulują wszelką moralność. Wina jest może i wielka - powiada Szostkiewicz - ale kara musi być średnią wyciągniętą ze słusznego dążenia do sprawiedliwej kary i boskiej skłonności do miłosierdzia.

Oczywiście jak się ją udowodni po dwudziestu, czy trzydziestu latach przed niezawisłym sądem. A jeśli nie, to nawet mimo przyznania się - jak mówi inny mędrzec - nie powinno się oceniać życia człowieka i wchodzić z butami w jego sumienie. Bo to sieje nienawiść i rodzi podziały. Dlatego najlepszym wyjściem jest wyobraźnia miłosierdzia.

Książka IPN o Wałęsie i film o sprawie Pyjasa to prawdopodobnie decydujący etap wojny o pamięć Polaków" - pisze Szostkiewicz. I pyta dramatycznie na końcu: „Czy mamy budować naszą tożsamość wokół Zdrady, czy wokół Dobra ,które zwyciężyło nad złem?"

Panie Redaktorze. Ten film jest przede wszystkim głosem zdrowego rozsądku. Dramatyczną opowieścią o przyjaźni trzech studentów, których losy w wolnej Polsce ukazują to, co z tym krajem zrobiły elity. Myślę, że powinien Pan zobaczyć ten film jeszcze raz. I może porozmawiać z jego autorką. Wtedy może nie będzie Pan tworzył tak głupich alternatyw, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. I z chrześcijaństwem, którego retoryką szafuje Pan na lewo i prawo.

* Wywiad z Ewą Stankiewicz ukaże się niebawem na łamach "Gościa Niedzielnego" oraz w całości na stronie www.teologiapolityczna.pl

Artur Bazak
O mnie Artur Bazak

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (34)

Inne tematy w dziale Polityka