Pogląd, że „Gazeta Wyborcza" ma kłopot z Radiem Maryja nie jest nowy. Adam Michnik nie może funkcjonować w świecie, w którym zabrakłoby o. Tadeusza Rydzyka. Krewki redemptorysta nie miałby przeciwko komu mobilizować swoich słuchaczy, gdyby nie nawrócony na liberalizm dysydent.
W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej" Katarzyna Wiśniewska („gazetowa" specjalistka od uprawiania Kościoła) w tekście o znamiennym tytule „Badanie Rydzyka" omawia najnowszy numer krakowskiego miesięcznika „Znak". I dodaje „gazetowego" ideologicznego sosu do naukowych analiz autorów krakowskiego pisma.
Redaktorzy pisma postanowili poświęcić wrześniowy numer „Radiu Maryja". Jak zapowiada we wstępniaku redaktor naczelny „Znaku" Michał Bardel: „Do współtworzenia numeru zaprosiliśmy przede wszystkim naukowców, bo ich rzetelny namysł gwarantuje, że w opisie fenomenu Radia Maryja nad emocjami wezmą górę fakty. Ich socjologiczne, politologiczne i językoznawcze badania pozwalają przedrzeć się przez warstwę obiegowych komunałów. Dzięki nim socjologiczny portret zwolenników ojca Tadeusza Rydzyka staje się znacznie bardziej skomplikowany. I prawdziwszy."
Czy autorzy diagnoz dotknęli prawdy o Radiu Maryja, czy raczej po raz kolejny odbyli rytualną debatę nad tym, jakie to straszne, że w normalnym, europejskim kraju funkcjonuje takie kuriozum, jak rozgłośnia i środowisko toruńskiego zakonnika?
Przyznaję, że pomysł zbadania fenomenu toruńskiej rozgłośni przez takie środowisko, jak „Znak" jest dość ryzykowne i - mimo ciekawych spostrzeżeń niektórych autorów numeru - mało wiarygodne. Przepływ informacji i opinii między jednym i drugim środowiskiem świeckich katolików jest mocno utrudniony. I to nie głównie z powodu mentalności oblężonej twierdzy środowiska o. Tadeusza Rydzyka. Ten fakt został już na wszystkie możliwe sposoby zbadany, opisany i wyszydzony.
Z rzadka natomiast można się natknąć w publicznej dyskusji z takimi próbami opisu katolików otwartych, za jakich uważa się środowisko „Znaku", za pomocą którego z równą troską pochylono by się nad socjologicznymi, politologicznymi i filozoficznymi cechami tego środowiska. Dotychczas najciekawsze próby podjęli dwaj konserwatywni autorzy.
Paweł Lisicki, który wykonał niebanalną robotę intelektualną, poddając krytycznej analizie filozoficzną i teologiczną spuściznę ks. Józefa Tischnera w tomie „Powrót z obcego świata". Oraz Dariusz Karłowicz, który popsuł nieco karnawałową atmosferę Dni Tischnerowskich, dzieląc się swoimi uwagami na temat zjawiska, które nazwał „Kościołem Tischnera", opisując je kategoriami, które sympatykom katolicyzmu otwartego kojarzy się raczej z o. Rydzykiem i sekciarstwem.
Oto streszczenie głównych zarzutów Karłowicza wobec „koła Tischnerowego", którego zapis w całości pojawił się m.in. w kwartalniku Fronda oraz na stronie „Teologii Politycznej".
1.Konstantynizacja chrześcijaństwa - oznacza de facto polityzację religii. W tym przypadku wyciąganie pewnych koncepcji politycznych i ekonomicznych dotyczących liberalnej demokracji oraz wolnego rynku i nadawanie im katolickiej legitymizacji. Problem i jednoczesne nadużycie tego zabiegu polegały na tym, że „poparcie konkretnego programu politycznego przedstawiano nie tylko jako jedyny słuszny politycznie i ekonomicznie (co już było sporym nadużyciem intelektualnym), ale na dodatek również jako jedyny w pełni chrześcijański"
2. Polityczna teodycea - to założenie, że pewne realnie istniejące zło jest nieuchronnym kosztem przemian związanych z wychodzeniem z komunizmu. Takie chrześcijaństwo stało się adwokatem beneficjentów zmian, pozostawiając ofiary wykluczenia politycznego i ekonomicznego samym sobie. Szerzej znane pod pojęciem „nieuchronnych kosztów transformacji".
3. Szantaż wolnością - wynikał z konsekwentnie wyznawanej politycznej teodycei. Sprowadzał się do przekonania, wedle którego każdy, kto ośmielał się wspominać o „kosztach transformacji" w innym tonie niż ten narzucony przez ideowych prawodawców środowiska, które miało ideowy monopol (a dzisiaj stara się ówczesny monopol pomniejszać i bagatelizować) stawał się z automatu oszołomem, który nie potrafi przyjąć dobrodziejstw „nieszczęsnego daru wolności".
3. Euzebianizacja historii - oznaczała zabieg takiego przedstawienia historii środowiska, z którego wynikało, że wszystkie wybory jego członków były zawsze dobre. Niezależnie od tego, czy to było zaangażowanie w Sejm w ramach Koła Znaku w latach odwilży czy jednostronne opowiedzenie się po stronie Mazowieckiego w wojnie na górze w latach '90.
4. Duch millenarystyczny - „Bardzo wyrazista i gwałtowna orientacja na cele polityczno-gospodarcze sprawiała, że rzeczywistość liberalno-demokratyczną przedstawiano jako rodzaj ‘tysiącletniego królestwa Chrystusa', w którym chrześcijanin miał się czuć doskonale i komfortowo. Jako ze swej natury chrześcijańskie rynek, nowe prawo i demokracja nie mogły być źródłem żadnych poważnych konfliktów chrześcijańskiego sumienia. W ferworze przemian zapominano, że zasada mówiąca, że wszystko, co nie zakazane, jest dozwolone - nie we wszystkim dotyczyć może chrześcijan".
5. Manicheizacja dyskursu religijnego - ostry podział świata, ludzi i środowisk według zasady wróg-przyjaciel i czarno-biała wija świata nie jest tylko cechą charakterystyczną Radia Maryja. Jej odpowiednikiem jest środowisko, które na sztandarach ma wypisane słowa: tolerancja, dialog i szacunek dla innego. Jak pisze Karłowicz, „w najróżniejszych dyskusjach ludziom myślącym inaczej niż za dopuszczalne uważano w tym środowisku miana chrześcijan odmawiano z niezwykłą łatwością i bardzo często. Biorąc pod uwagę ówczesny monopol informacyjny i rzeczywisty rząd dusz, który środowiska te sprawowały w kręgach ówczesnej inteligencji, niektóre kampanie okazywały się zresztą niestety nadzwyczaj skuteczne."
6. Naiwna wizja polityczności - to postrzeganie świata polityki, jako bezkonfliktowe uzgadnianie sprzecznych interesów w drodze politycznego dialogu. Śmieszy naiwnością i przykrywa realna walkę o uznanie bezalternatywnością wyznaczonych autorytetów moralnych.
7. Pelagianizacja „Kościoła Tischnera - to kolejny majstersztyk tego środowiska, który legł u podstaw filozofii wybaczenia i miłosierdzia na długo przed słynna homilią Jana Pawła II na Błoniach w 2002 r. „Szczególnie wyraźnie było to widać w dyskusji o miłosierdziu, która wywiązała się przy okazji debat lustracyjnych. W tym dyskursie nie tylko sprawiedliwość nie była formą miłosierdzia, ale - co bodaj ważniejsze - miłosierdzie nie było wezwaniem, lecz politycznym obowiązkiem. Mówiąc w ogromnym skrócie, ‘Kościół Tischnera' opowiadał się za pewnym rozwiązaniem ze swej natury teokratycznym, które wyrażało się ideą bezpośrednich rządów imperatywu miłosierdzia. Coś, co jest cnotą heroiczną, miało się stać integralnym elementem porządku politycznego - nie wezwaniem do heroizmu, ale obywatelskim obowiązkiem. Świętość jako imperatyw polityczny!."
W kraju takim, jak Polska „uprawianie Kościoła" to wciąż bardzo opłacalny interes. Środowiskowe interpretacje przesłania Ewangelii, Tradycji wielowiekowego nauczania Kościoła oraz szczególnej historii Kościoła katolickiego w Polsce i jego obecnej roli w życiu publicznym wyznaczają główne debaty religijne w tym kraju. Warto jednak zwrócić czasem krytyczny aparat, zbyt często zaprzęgany w ramach „zimnej wojny środowiskowej" do pałkowania o. Rydzyka i radia Maryja, w stronę grupy, która pod pozorem otwartości prowadzi bardzo konkretną politykę religijną.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)