Na początek o Jerzym Janowiczu: to świetnie, że od zeszłego roku zrobił tak duży postęp – w tej chwile najważniejsze wydaje się, by popracował nad emocjami, nad zachowaniami i gestami, które nie do końca przystają do tego eleganckiego (w założeniu) sportu. I przeanalizował lekcję, jakiej udzielił mu Andy Murray: jesteś, chłopie jeszcze surowy, siła to nie wszystko – nie wystarczy atomowy serwis, takiż forehand i nieźle opanowane skróty, by wygrywać z najlepszymi. Mniej siły, więcej finezji, wszechstronności, zmienności rytmu, lepsze wykorzystanie geometrii kortu – i głowa, głowa, głowa.
Łukasz Kubot – pełen szacunek. I zachęta, by przyjrzał się Tommemu Haasowi – i mierzył wysoko, nie przejmując się wiekiem
O „naszej Isi” napisano już tyle niedorzeczności, że wszystkich zachęcam, by na początek oddzielili politykę od sportu.
Polskich Patriotów zachęcam, by dali sobie spokój z kreowaniem naszej tenisistki na jakąś ostoję opozycji, czy kolejną Matkę Boską – bo to nie ten adres. Panna jest jak sądzę dość obojętna na sprawy polityki, zaś jeśli chodzi o preferencje, najchętniej głosowałaby na partię Louisa Vittona, gdyby taka była. Nie warto mylić postawy politycznej Ojca z postawą córek, bo to dwie różne rzeczy. Warto za to pamiętać brak godła na stroju w pierwszym meczu olimpiady (ale już np. Ula wystąpiła z herbem, więc można było), żenującą postawę w tym meczu i równie żenujące, czy wręcz głupawe wypowiedzi po.
Więc wybierając sobie „chorążego” w drodze do prawdy i rzeczywistej niepodległości, wybierajcie raczej kogoś, za kogo nie trzeba się co chwilę wstydzić. Lub stawać na głowie w sofistyce by nie musieć się rumienić.
Wracając do tenisa: mecz z Na Li moim zdaniem był jej najlepszym meczem od ok. 2 lat – i niestety jedynym. Proszę tu nie przywoływać zeszłorocznego finału z Sereną – z tego, że miss Williams w drugim secie ucięła sobie głębszą drzemkę niż w I i III nie należy wnioskować, że była jakaś wyrównana walka. Normą stało się, że ze słabszymi rywalkami Isia wygrywa dość łatwo (ostatnio znacznie trudniej) natomiast z tymi najlepszymi dostaje żenujące baty, często praktycznie nie podejmując walki, jak bodaj w zeszłym roku z Kuzniecową, która „naszą Isię” rozjechała. Oddając prawdę, że poprawiła serwis, nieco lepiej się porusza, ganiana po końcowej lini nie tylko broni się lobikami, (które chyba tylko zdaniem p.Fibaka są oznaką inteligencji – inni nie tak inteligentni jak nasz mistrz obserwatorzy wiedzą, że takie zagrania jako norma to oznaka słabego biegania, bycia w tzw niedoczasie, czyli zagrania tenisowo przedagonalne) ale i niekiedy potrafi skontrować celnie i płasko. Od czasu do czasu potrafi już zagrać topspinem, zdarzy się też winner. Cóż, kiedy te wszystkie postępy wyparowują, gdy naprzeciwko staje walczak w rodzaju nie tylko Szarapowej, Azarenki, ale i Sary Errani, pewnie Cibulkowej, ostatnio jak wiemy, Lisickiej i wielu innych. Wtedy ostatnią nadzieją Agnieszki jest oczekiwanie na błędy rywalki, przerzucanie po staremu: pod górę i przez środek, anemiczny serwis pierwszy i konający drugi i nadzieja, że rywalka wyrzuci w aut lub w siatkę. Czasem to się udaje, ale to jest antytenis, podbijanie paletką piłeczki. Tak się nie gra na tym poziomie (oprócz jeszcze Woźniackiej). Przywołując przykład bokserski, przypomina to walkę, gdzie jeden z zawodników ogranicza się obrony, gardy, uników, licząc, że przeciwnik zmęczywszy się zaplącze się we własne nogi i przewróciwszy przegra walkę.
Proszę zobaczyć, jak walczą inne tenisistki, jak bardzo są zaangażowane, ile emocji widać w ich grze, jaka jest ich mowa ciała. A tu mamy pannę, która snuje się ze znudzoną miną, w półfinale Wimbledonu nawet nie rusza do piłek, które powinna odebrać, do odbioru serwisu o którym wiadomo, że jest mocny, ustawia się jak na treningu, można odnieść wrażenie, że z trudem powstrzymuje się od ziewania. I do tego przegrawszy, nie umie się zachować. Wielu zawodników i zawodniczek po zwycięstwie pada na ziemię i dopiero po krótszej, a czasem dłuższej chwili podbiega do siatki by podać rękę rywalowi. Ten zawsze czeka i zachowuje się należycie. Sabina padła na krótko, i zaraz wstała i biegła do siatki, a to, co zrobiła nasza gwiazda, to po prostu żenada. A gdy czytam jak blogerzy na odlew i na oślep bronią „naszej Isi”, to tylko powtórzę: nie mieszajcie sportu z polityką, to wtedy zobaczycie rzeczy takimi jakie są, a nie jakimi chcielibyście je zobaczyć. Zobaczycie pannę, która ma nieco przewrócone w głowie i pewnie z czasem z tego wyrośnie – i taką miarę do tego trzeba przykładać, nie większą.
Dlaczego ma przewrócone, to inny temat. Jeśli się zewsząd słyszy, jaka to Agnieszka jest wyjątkowa, jedyna, najlepsza, najinteligentniejsza, to młodej dziewczynie może to zaszkodzić. A takie peany wznoszą od dawna liczni komentatorzy, porównując przy tym pannę a to do Federera, a to do Murraya, wskazując przy innych transmisjach kto i czego od Agnieszki powinien się uczyć. Absolutnym mistrzem odlotu jest w tym Wojciech Fibak, latami wygadujący na temat talentu i inteligencji Agnieszki bzdury niesłychane w ilościach hurtowych. Z wypowiedzi tego, moim zdaniem, tenisowego grafomana można się dowiedzieć, że reszta zawodniczek, to przygłupiaste pozbawione talentu rzemieślniczki, a talent i inteligencja przysługuje jedynie Isi. Wypowiadanie publicznie tego rodzaju andronów obraża pozostałe dziewczyny, świadcząc jednocześnie o prostactwie naszego „światowca”. Zostawiając na boku ostatnie sensacje towarzysko-obyczajowe p. Fibaka, zachęcam do zapoznania się z wypowiedzią na temat tej osoby Marka Króla w TV Republika. To ciekawsze.
Ktoś pisał, że nie wolno się czepiać, bo to dorosła osoba, do tego sama swoją pracę doszła do sukcesów i majątku . OK., tylko warto pamiętać, że prawdziwym twórcą tego sukcesu, również finansowego, jest Ojciec, czy szerzej rodzina, a dopiero od niedawna, będąc już bardzo wysoko, panna się „usamodzielniła”. Efekt początkowo wydawał się pozytywny, ale teraz wydaje się że poza kilkoma zmianami na lepsze opisanymi wyżej, nic się nie zmieniło, wyraźnie zmalała za to motywacja.
I tu powinien się pojawić trener Borussii Dortmund, czy raczej jego tenisowy odpowiednik. Czas opieki trenerskiej Ojca minął, bo takie jest życie, obecny trener/trenerzy nie dali zauważyć swoich osiągnięć. Czas, by pojawił się trener z prawdziwego zdarzenia, taki który albo nie słyszał o niesłychanych i wyjątkowych zdolnościach Agnieszki, albo, podobnie jak ja uważa je za stek bzdur.
Więc potraktuje naszą gwiazdę jak jedną z wielu dobrych tenisistek i podda ją takiemu rygorowi treningowemu jaki uzna za stosowne. Cytując bodaj Mateusza Borka, który wspominał, jak jemu z kolei Jurgen Klopp opowiadał, że aby wymusić na naszych gwiazdach należyte zaangażowanie w pracę, musi czasem do Kuby, lub Roberta powiedzieć po polsku: „Robert, roosz doopa, Kuba roosz doopa”.
Trener, który krótko i węzłowato powie naszej gwieździe: „Agnieszka, roosz doopa”. A Agnieszka się podporządkuje.
Dobrym przykładem jest przywołana wcześniej Na Li, która mimo wieku poczyniła kapitalne postępy po podjęciu współpracy z prawdziwym trenerem.
Jest tu na salonie taki bloger, którego ja nazywam Imbecylatorem. Jakiś rok temu, po finale Wimbledonu, napisałem na jego blogu komentarz w dość cierpki sposób wypowiadający się o „naszej Isi”, podobny w argumentacji do tego tekstu. W reakcji mój komentarz został usunięty a ja dostałem bana. Można powiedzieć ” pies ci mordę lizał” i olać buca. I nie pisałbym o tym , gdyby nie jego różne notki, które z rosnącym rozbawieniem czytuję. Koleś labilny emocjonalnie miota się od ściany do ściany, buduje stadiony tenisowe, rozbiera stadiony tenisowe, płynnie przechodzi od całowania śladów stóp Agnieszki do załamywania rąk i wyrywania sobie włosów z głowy, by za chwilę własną piersią bronić naszej gwiazdy nieważne, czy w słusznej sprawie, czy niekoniecznie.
Można powiedzieć: jego sprawa, jego blog, wolno mu. Ale gdy po kolejnych przegranych meczach (Errani, Lisicki) obraża te zawodniczki za to, że złoiły tyłek jego wybrance – to wyłazi z niego zwykły cham i prostak. W zachowaniu przypomina swoją gwiazdę, która nie potrafiła podziękować rywalce za grę. Wiocha. Czytając takie wypociny myślę, że szkoda było zwalczać analfabetyzm.
Bohdanowi Tomaszewskiemu życząc zdrowia zachęcam, doradzam by raczej już nie zarobkował – zajął się wnukami, lub prawnukami. W ten sposób pozostanie legendą.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)