Kim jest zdrajca? To ktoś, kto nie ufa rosyjskiemu śledztwu w sprawie Smoleńska i szuka wsparcia dla Polski u amerykańskich kongresmenów. Kto jest ekspertem, z pobudek patriotycznych pomagającym prezydentowi w polityce wobec Moskwy? Były dyktator trzymający Polaków za twarz z nadania moskiewskiego okupanta. Groteska? Nie, realna rzeczywistość Polski po 10 kwietnia, w której wszyscy przeciwnicy podporządkowania się Rosji mają zniknąć z głównego nurtu życia publicznego. Praktycznie nie ma już w nim nieodpowiednich dziennikarzy. System ma być szczelny – zaraz po wyborach, które minęły pod hasłem „nierobienia polityki”, ruszyła kampania na rzecz izolowania PiS nawet na szczeblu samorządu
W jednym z amerykańskich dokumentów opublikowanych przez portal Wikileaks cytowana jest opinia Francuza, głównego doradcy dyplomatycznego Pałacu Elizejskiego, Jean-Davida Levitte’a z 16 września 2009 r. Stwierdza on, że „minie całe pokolenie, zanim rosyjska opinia publiczna będzie w stanie pogodzić się z utratą wpływów – od Polski przez kraje nadbałtyckie po Ukrainę i Gruzję” oraz, że dla Rosji dobrzy sąsiedzi to „całkowicie ulegli podkomendni”.
Gdy francuski dyplomata wypowiadał te słowa, Polska nie była jeszcze takim całkowicie dobrym sąsiadem, bo żył prezydent Lech Kaczyński. Obecną pozycję Polski najtrafniej scharakteryzował w ubiegłym tygodniu Grzegorz Napieralski, stwierdzając, że Polska ma szansę być „liderem relacji z Rosją w Unii Europejskiej”. Tak, stajemy się liderem wśród – jak ujął francuski dyplomata – „całkowicie uległych podkomendnych”.
A to liderowanie wymaga eliminacji z głównego nurtu życia publicznego wszystkich, którzy mu przeszkadzają. Eliminacji na wzór putinowski, tak by nie znaczyli oni w Polsce więcej, niż w Rosji znaczą byli sowieccy dysydenci, jak Jelena Bonner, Władimir Bukowski czy Aleksander Podrabinek.
Oto plan polityczny, który wszystkie ugrupowania wywodzące się z postkomunistycznej oligarchii próbują realizować na naszych oczach.
Dlaczego oni nie mówią, o co im chodzi?
8 września 2010 r. Jarosław Kaczyński udziela wywiadu „Gazecie Polskiej”: „Platforma i jej zaplecze doskonale zdają sobie sprawę, że Polska, która uczci pamięć Lecha Kaczyńskiego, nie będzie tą Polską, której oni chcą. Tak jak Piłsudski nie mógł być symbolem PRL. Tak samo Lech Kaczyński – przy całej nieporównywalności postaci – nie może być symbolem kondominium rosyjsko-niemieckiego w Polsce”.
Reakcja na ten wywiad jasno pokazuje, co zmieniło się w Polsce po 10 kwietnia. Natychmiast zwołana zostaje niecodzienna konferencja prasowa. Choć Kaczyński w wywiadzie wymienił tylko Platformę, pojawiają się na niej przedstawiciele SLD i PSL. Niemający w tym wystąpieniu – pozornie – żadnego interesu.
Za stołem zasiada Grzegorz Napieralski, lider partii byłych komunistów i syn instruktora w szczecińskim KW PZPR. Obok – Eugeniusz Grzeszczak z PSL, były zastępca kierownika PGR w Strzałkowie, poseł dawnej partii satelickiej wobec PZPR. Wspierają oni Andrzeja Halickiego z PO, byłego działacza NZS, w III RP, jak określił to jego dawny współpracownik Paweł Piskorski, zajmującego się „biznesem i lobbingiem”, w tym współpracą z firmami developerskimi. Ta scenka ma wymiar symboliczny: są to trzej politycy reprezentujący dwa ugrupowania postkomunistyczne i jedno będące politycznym skrzydłem posowieckiego biznesowego lobby.
Napieralski stwierdza, że Kaczyński stara się „niszczyć to, co udaje się zbudować”. Grzeszczak komentuje, że „takie wypowiedzi szkodzą polskiej racji stanu”. Oświadczenia te brzmią dość enigmatycznie. Bo co „udaje się budować”? Albo jaką to nową „rację stanu” odkrył rząd i część opozycji? Ten tajemniczy ton pojawiać się będzie w kolejnych tygodniach wielokrotnie.
> Można bezkarnie zabijać Polaków
Konferencja ta nie była incydentem, lecz pierwszą tak otwartą demonstracją „nowego” w polskiej polityce. Ciąg dalszy mogliśmy obserwować w kolejnych tygodniach. Twierdzę, że najbardziej jaskrawą demonstracją „nowego” nie była wcale wizyta Jaruzelskiego u Komorowskiego czy pomnik bolszewików w Ossowie, ale torpedowanie misji Anny Fotygi i Antoniego Macierewicza w Stanach Zjednoczonych. Była to próba ratowania Polski przed osuwaniem się w posowieckie bagno. Grozi nam ono niezależnie od tego, czy w Smoleńsku doszło do zamachu, czy do wypadku. Odłóżmy na bok hipotezę o zamachu, o której piszemy w „GP” często.
Przyjmijmy, że w wyniku karygodnych zaniedbań zdarzyła się katastrofa. Rosyjska władza akurat tym razem nikogo nie zamordowała. Nie zmienia to faktu, że posługuje się ona morderstwami jako narzędziem swojej polityki. Liczba zamordowanych w tym państwie dziennikarzy przekroczyła setkę. Rosja posuwała się też do zbrodni poza swoimi granicami. To bezsporne, nawet „GW” opublikowała na ten temat dziesiątki tekstów.
Skoro tak, to jakie wnioski z faktu, że Polska nie potrafiła się postawić w sprawie śledztwa dotyczącego śmierci prezydenta i polskiej elity, wyciągnie kagiebowska władza? Takie, że z Polakami może bezkarnie robić, co chce. Co za problem zlikwidować konkurującego z Rosjanami na jakimś rynku niewygodnego polskiego biznesmena? Albo dziennikarza, który trafił np. na dowody tego, że rosyjski koncern korumpuje polskich urzędników? Albo sędziego, który wyda wyrok przynoszący takiemu koncernowi wielomilionowe straty? Skoro Polacy nawet nie próbowali sprawdzić, kto zabił ich prezydenta i elitę...
W interesie wszystkich Polaków leży to, by pokazać rosyjskiej władzy (i mafii), że każdy akt przemocy wobec Polaka spotka się z twardą reakcją. Jednym słowem: że koszt ewentualnej zbrodni będzie z punktu widzenia Rosji przewyższał zyski z niej płynące.
Rząd Tuska zachował się odwrotnie – zademonstrował Rosjanom, że Polaków wolno zabijać. Nie zrobił nic, by przejąć śledztwo. Na skandaliczne zaniedbania Rosjan, a nawet zmienianie zeznań przez świadków, praktycznie nie reagował. Nie wykorzystał współczucia świata w pierwszych dniach po tragedii, by powołać międzynarodową komisję z udziałem najwybitniejszych ekspertów, która zbadałaby jej przyczyny. Jeśli Rosja chciałaby potem utrudniać takiej komisji prace, musiałaby się spotkać z krytyką. Poczułaby, że Polacy potrafią się postawić. Że robienie im krzywdy może utrudnić współpracę z bogatymi państwami, na której Rosji zależy, choćby ze względu na interesy gospodarcze.
Dlaczego Michnik w sprawie Smoleńska nie uruchomił zachodnich kontaktów?
To, czego nie zrobił rząd, próbuje w ostatnich w tygodniach robić opozycja. Przed jakim państwem Rosja czuje respekt? Jeśli przed jakimkolwiek, to przed Stanami Zjednoczonymi, z którymi przegrała zimną wojnę. Nic nie podwyższy tak znacząco kosztów ewentualnego przyszłego stosowania przemocy wobec Polaków jak zainteresowanie Ameryki smoleńską tragedią.
W tej sytuacji poparcie misji Anny Fotygi i Antoniego Macierewicza powinno połączyć wszystkich Polaków ponad podziałami. Jeśli PO, PSL czy SLD nie chciałyby robić tego, by nie wspierać konkurencji, powinny wysłać tam własne misje. Mają w swych szeregach byłych premierów i byłego prezydenta. Zapewne mają oni kontakty w innych amerykańskich środowiskach niż PiS. Adam Michnik też mógłby użyć swoich legendarnych kontaktów. Zgoda pomiędzy Polakami w tej kwestii powinna wynikać nie tylko z troski o naszą niepodległość, ale i z elementarnego instynktu samozachowawczego.
Zamiast tego mieliśmy kampanię medialnych wrzutek, mających ośmieszyć tę misję. „Absolutny i totalny skandal, ocierający się wręcz o zdradę” – tak powiedział o niej Paweł Graś, rzecznik rządu, który zdezerterował z walki o prawdę o Smoleńsku. Powodem tej zdrady miało być zwrócenie się do, jak określił to Graś, „obcego mocarstwa”. Wsparł go sam premier Tusk, stwierdzając, że „to jest tak niesmaczne, że aż się odechciewa komentować”. Zaś Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta Komorowskiego, były działacz PZPR, stwierdził: „Bawicie się zapałkami nawet nie przy rozlanej benzynie, ale przy płonącej benzynie”.
Znów niedopowiedzenia. Czego metaforą ma być owa płonąca benzyna w wypowiedzi Nałęcza? Czy my czegoś nie wiemy?
PiS wygrał, więc nie wolno mu rządzić
Misja Fotygi i Macierewicza pokazała, jak daleko zaszła pełzająca putinizacja Polski. Wiele wskazuje, że jej częścią jest cały szereg niekoniecznie powszechnie łączonych ze sobą wydarzeń.
Z pewnością należał do nich pośpiech prezydenta Komorowskiego we wstawianiu swoich ludzi do mediów publicznych. Ujednolicenie w mediach elektronicznych znacząco przybliżyło nas do standardów rosyjskich.
Poświęcamy dziś sporo miejsca hipotezom dotyczącym fałszowania w Polsce wyborów. Nie przypadkiem – w krajach będących dotąd, mówiąc językiem Napieralskiego, „liderami relacji z Rosją”, jest ono na porządku dziennym.
Nasuwa się pytanie, czy odejście z PiS grupy Kluzik-Rostkowskiej nie jest po prostu tworzeniem prawicowej partii fasadowej, typowej dla posowieckiego obszaru, nawet jeśli takich intencji nie mają jej liderzy. Wskazywałby na to fakt, jak ochoczo zgodziła się ona na projekty PO dotyczące wstrzymania finansowania partii z budżetu. Jest jasne, że w kraju, w którym wielkie pieniądze ma wyłącznie oligarchia, ma być to próba likwidacji opozycji.
Jak szczelny ma być nowy system, okazało się po wyborach samorządowych. „GW” zaczęła z entuzjazmem opisywać, jak to samorządowcy zawiązują koalicje przeciwko PiS nawet tam, gdzie partia ta wygrała, jak na będącym bastionem PiS Podkarpaciu. Radni podkarpackiego sejmiku z PO, PSL i SLD stali się ogólnopolskimi gwiazdami, bo zawarli koalicję przeciwko zwycięskiemu PiS, który o włos miałby w nim samodzielnie większość.
W Radomiu dotychczasowy prezydent z PiS Andrzej Kosztowniak zdobył ponad 47 proc. głosów, a Piotr Szprendałowicz z PO – ponad 18. Media nadały w tej sytuacji rozgłos konferencji pozostałych kandydatów, w tym Marka Wikińskiego z SLD, byłego szefa postkomunistycznego ZSP, którzy poparli kandydata PO. Ku zaskoczeniu autorów kampanii akcja zawiodła – lokalne PSL dogadało się z PiS.
Piotr Lisiewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (18)