Tbilisi - Wardzia 12.09.2008
Lądujemy w Tbilisi o 3 rano. Lotnisko na poziomie europejskim, co na tle ogólnej rozpierduchy w Gruzj (co stwierdzimy już później) miło zaskakuje.
Nie ma co uderzać na miasto o 3, więc uderzamy w kimono. Przyjemna, sztuczna trawka pod ruchomymi schodami nadaje się do tego idealnie.:) Budzimy lekkie zdziwienie ale nikt się nie czepia. I git. Jak się później okaże ta trawka nie raz nam posłuży za posłanie... ale nie ma co uprzedzać faktów.
Z lotniska zawijamy się koło 7. Autobus do centrum 40 ichnich groszy (tetri) a wrażenia bezcenne. Pierwsze zetknięcie z marszrutką, która zostanie naszym podstawowym środkiem lokomocji (która jest w ogóle podstawowym środkiem lokomocji w Gruzji), jest ciekawym doświadczeniem:) Podstawowe założenie: bus ma nieograniczoną pojemność i zatrzymuje się gdzie się tylko da.
Tbilisi to największe miasto Gruzji, ok. 1,3 mln mieszkańców, położone w Dolinie Tbiliskiej. Rozciąga się na 30 km w dolinie rzeki Kury oraz na okolicznych zboczach (wiki).
Ok, jesteśmy w centrum i co dalej? po pierwsze trzeba spróbować jedzenia autochtonów, po drugie lokalnego piwa, po trzecie gruzińskiego wina. Ruszamy na poszukiwania.
Pierwsza napotkana osoba (sprzątacz uliczny) potwierdza opinie o pozytywnej roli Kaczyńskiego podczas niedawnego konfliktu, wykrzykując same pozytywy o Kaczyńskim w łamanym ni to niemieckim, ni to angielskim:)
Tu nie od rzeczy będzie wspomnieć o naszej znajomości gruzińskiego i rosyjskiego. Zerowej znajomości. no, moze po rusku troszeczkę, zostało po podstawówce ze 100 słów, ale na początku i tak trzeba było: "my panimajem pa ruski, ale my gawarim ocień płoho", potem uciekaliśmy się do wyraźnego mówienia po polsku i liczenia na wrodzoną inteligencję interlokutorów:)
Pierwszy śniadanioobiad w Gruzji i pierwsze chaczapuri (placek z serem). Pyszota. do tego piwko Kazbegi i wino domowe na litry. nieufność wzbudziła nerka z flakami w postaci kiełbasy, ale daliśmy radę:) Ciekawie podawane jest jedzenie. Każdy dostaje mały talerzyk a jedzenie w półmiskach wędruje na środek stołu.
bardzo interesujący nas szczegół w restauracji- miała normalną łazienkę. z sedesem. odroczyliśmy nieuniknione ( o tem potem).
Pokrzepieni gruzińskim winem i piwem, najedzeni po same uszy, pełni entuzjazmu układamy plan działania na nadchodzący dzień. Oczywiście nikomu nie chciało się nic planować przed wyjazdem, więc improwizujemy na miejscu.
Na pierwszy ogień leci Wardzia, skalne miasto-klasztor założone w 1185r. Drogę do marszrutkowego dworca pokonujemy metrem, robi wrażenie, zjeżdża się w dół ze 40 sekund. widać, ze sowiecka robota bo zdaje się mialo to pełnić rolę schronu (tak przypuszczam, danych twardych nie posiadam).
NA dworcu bus odnajdujemy w kilka minut (naganiacze każdego turystę obskakują od razu), poczatkowa trema przeszkadza nam się targowac, więc po uiszczeniu 19 lari (tutejsze złotówki) pakujemy się do zdezelowanego transita.
Jak pisałem wcześniej pojemność marszrutek jest nieograniczona, więc podróż odbywamy w około 31 osób (ford transit). tylko kozy brakuje:)
po około 4h katorgi (spora częśc drogi to oes szutrowy z kamieniami wielkości pięści i dziurami, po których wyskakiwałeś 20 cm w powietrze) docieramy na miejsce. uff... podróż była dość męcząca, widoki jednak osładzały męczarnię. nic to, najważniejsze, że dojechaliśmy.
Instalujemy się w pokojach naprzeciwko starego, nieczynnego, absolutnie nie polecamy po nim chodzić!, mostu.
standardowe chaczapuri oraz wino. domowe. 4 lari za litra. a, lari to około 1, 7 PLN.
1 litr, drugi, 2 kolejne bierzemy na drogę. Idziemy zwiedzać skalne miasto. Robi wrażenie, ponad 1000 lat historii, zwiedzamy, pstrykamy fotki, słońce powoli zachodzi, wina ubywa w butelkach. Widoki niezapomniane. Wrażenia bezcenne.
W jedną stronę przeszliśmy rzekę nowym mostem, a w drugą? tak, to był głupi pomysł, zgadzamy się z tym wszyscy, ale jak to tak? nie przejśc po, absolutnie nie polecamy po nim chodzić!, starym, zniszczonym moście? to ile tych butelek wina było w sumie? 3? ee, nie. 4!
most zaliczony, ale nogi się po przejściu troche trzęsły trzeba przyznać. choć potem: "ee, to był pikuś, po ciemku i z plecakiem, to by było coś! nooo..."
Na kolację złapany świeżo w rzece okoń, i chyba weźmeimy winko, nie? a, jasne. to jeszcze litr winka poprosimy.
Z przewodnika wynikało, że jest tutaj gorące źródło i basen. Po rekonesansie wyszło, że to w tym rozlatującym się budynku z blachy falistej, nad rzeką. no i gra. Uderzamy na basen. Po negocjacjach (ekspresowo się uczymy) płacimy po lari od głowy, zamiast po 2. i naszym oczom ukazał się las.. tfu! basen. kamienny kwadrat ok 10x10, z wetknięta rurą z której prychała gorąca woda. w basenie było kilku lokalesów, w tym jeden golący się. luzik, wskakujemy i my.
wow! rewelacja, po marszrutce, zwiedzaniu, upale wypoczywamy w pełni. woda 45 stopni, lokalesi się zmyli, jest git. i skoki na bombę też były.
po baseniku lekka dyskusja z właścicielem? i znalazła się nawet butelka ichniejszej czaczy czyli bimbru na winogronach. w porównaniu do tej, która mieliśmy pić za 2 dni ta była przepyszna...
dobra, pora kończyć dzień pełen wrażeń. jeszcze chwila na kontemplację :księżyc w pełni, twierdza oświetlona, cykady cykają, czad. warto było tu przyjechać a Gruzja jest piękna.
c.d.n...




Komentarze
Pokaż komentarze (6)